poniedziałek, 15 lutego 2016

Miastowa

Milczę. Ciągle jeszcze istnieję, ale nie mam czasu, żeby zebrać myśli w poprawne gramatycznie zdanie.
Taka jestem miastowa.

środa, 21 października 2015

Owczarek niemiecki

Zainspirowała mnie śmierć.
Od dwóch lat jeżdzę taką samą drogą do pracy. Jeśli warunki mi na to pozwalają wsiadam na rower. Mam już swój rytuał: spoglądam na dom z workami na śmieci w oknach, czasem mijam dostawcę lokalnej gazety, zaglądam do ogródka przy drodze sprawdzić jak się mają truskawki w skrzynce z napisem volvo, obszczekuje mnie owczarek niemiecki... No właśnie. Za każdym razem wypatrywałam tego psa. Wylegiwał się w ogródku a na mój widok zawsze podnosił się i obszczekiwał tak długo, aż zniknęłam z pola widzenia (ewentualnie aż mu się znudziło). Bywały dni, że go nie widywałam i ogarniał mnie lekki niepokój, ale pojawiał się na następnego dnia i wiedziałam, że wszystko jest na swoim miejscu.
Dzisiaj jechałam do domu i zamiast starego druha zobaczyłam małego szczeniaczka.

Jeden z elementów mojego rytuału został zaburzony. Poczułam, że to znak.

Za niecałe dwa tygodnie przeprowadzam się do innego mieszkania, w innym mieście. Już nie będę dojeżdżać do pracy na rowerze, zniknie więc obecny rytuał. Biorąc pod uwagę, że wszystkie moje przeprowadzki miały charakter chaotyczny (i było ich aż, bagatela! dwie) i nigdy tak do końca ich nie rozplanowałam, teraz trzęsę portkami. To konkretna sprawa i nie mam pojęcia, od czego zacząć. Na samą myśl, że nasza chatka nie będzie już nasza robi mi się bardzo smutno... więc staram się nie myśleć. Nie ma co ukrywać, że przywiązałam się do tego miejsca, w końcu trzy lata to szmat czasu.
Lecz dzisiejsza rozmowa o owczarku niemieckim coś zmieniła. Pomyślałam sobie, że na wszystko jest w życiu odpowiedni czas.
Teraz nastaje czas na opuszczenie chatki i rozpoczęcie nowego życia w nowym mieszkaniu.

A pies? Pewnie jest teraz szczęśliwy gdzieś daleko, w świecie bez irytujących rowerzystów.

środa, 30 września 2015

Najlepsze miejsce do ukrywania się we wrzosach

Jakiś czas temu wspomniałam, że jak znajdę trochę czasu to napiszę Wam o najlepszym miejscu do ukrywania się we wrzosach. Czasu co prawda nie mam, ale przy kubku kawy z mlekiem czekoladowym (bez laktozy) naszła mnie ochota na pisanie. Takiej okazji nie można odtrącić.

Wrzosy w chwili obecnej nie są imponujące, gdyż okres ich świetności przypada na koniec sierpnia i początek września. Kiedyś dawno temu, w odległym dzieciństwie czytałam książkę, w której bohaterka jechała do swojego nowego domu przez wrzosowisko. Nie do końca świadoma co to znaczy, wyobrażałam sobie jakieś ponure, straszne miejsce. Nic bardziej mylnego.

Niedaleko miejscowości, w której mieszkam rozciągają się pofałdowane wzgórza. Nie ma nic oprócz owiec, paproci, borówki i wrzosów właśnie (i lotniska dla szybowców). Kiedy wrzosy zaczną kwitnąć to miejsce wygląda bajecznie!

Gdy zapytacie, gdzie są najlepsze, najpiękniejsze wrzosowiska w Anglii zapewne usłyszycie, że w Yorkshire. Tam ogólnie wszystko jest najlepsze, jak powszechnie wiadomo ;) Warto jednak wziąć pod uwagę wciąż tajemnicze i sielskie Shropshire Hills. A jeśli jesteście nie tylko fanami flory, ale także amatorami wędrówek po górach to polecam wejść na Caer Caradoc i tam na samym szczycie z powodzeniem można chować się we wrzosach i obiecuję, nikt Was nie znajdzie.

Sami popatrzcie.



wtorek, 22 września 2015

Jak zarobić fortunę przez internet

Jak zarobić fortunę przez internet?

Nie mam bladego pojęcia, ale jeśli ktoś wie, chętnie wysłuchać wszelkich wskazówek.

Wiem jednak kiedy podświadomość wysyła sygnał, że zbliża się podeszły wiek. Próbuje dotrzeć do świadomości poprzez sny. Przykład:
S. (otwiera szafkę w łazience): Co jest? Kto zużył mój cały krem różany pod oczy?
A. (przeciągle): Ja... Bo miałem suche kolana.
S. (rozpacz): @#/%&*$£¥§

Kurtyna.

poniedziałek, 14 września 2015

Ciągle dycham

Dla uspokojenia wszystkich, którzy niepewnie zerkają na ten zakątek internetu i martwią się, że od jakiegoś czasu nic się nie pojawia - pragnę Was powiadomić, że ciągle żyję, mam się dobrze i jedyne czego mi brakuje to wolny czas. Co w sumie jest dobrą informacją.
Pomiędzy próbami poprawienia kondycji, szukaniem nowego lokum, wypadami do kina i pracą mam czas na sen. Stąd milczenie. I czasem też, prawda, weny brakuje.  Tak już z nią jest, że gdy jest potrzebna, to jej nie ma.

Aby ten post nie był tylko tłumaczeniem się przed Wami zdradzę sekret. Krwawy sekret.
Rozjechałam gołębia... W jednej chwili pojawił się na przejściu dla pieszych i zdecydował, że się przespaceruje. To był jego ostatni spacer.

Ups.

Jak mi się znowu zechce (czyt. znajdę czas) to napiszę o najlepszym miejscu do chowania się we wrzosach. Bywajcie!

sobota, 18 lipca 2015

Aberystwyth

Jest sobie takie miasto na mniej więcej środkowym wybrzeżu Walii, którego nazwa na pierwszy rzut oka jest niewypowiadalna dla zwykłego śmiertelnika. Aberystwyth. Kiedyś, nie wiedzieć czemu, kojarzyło mi się z absyntem. Teraz kojarzy mi się bardziej z ogniskami na plaży i hazardem.

W Aberystwyth - jak w każdej szanującej się mieścinie na Wyspach Brytyjskich - znajduje się zamek. Niewiele z niego zostało, ale przyznam, musiał być imponujący za czasów swojej świetności. Obawiam się, że jednak większą uwagę przykuwa budynek starego uniwersytetu, którym nie pogardziłby żaden fan Harrego Pottera. Chociaż do nich nie należę budowla znalazła u mnie wielką aprobatę (och te wieżyczki!). Zwłaszcza w świetle zachodzącego słońca. Już nawet wyobraziłam sobie siebie samą, siedzącą na nużącym wykładzie, spoglądającą przez okno w dal, na fale rozbijające się o skały. O tak.

Budynek uniwersytetu Aberystwyth

środa, 15 lipca 2015

Na zielono i niebiesko

Ostatnio pisanie nie przychodzi mi z taką łatwością jak kiedyś. Zbieram w głowie myśli, formuję je w zdania, ale potem jakaś niewidzialna siła powstrzymuje mnie przed ich zapisaniem. To chyba świadomość i powątpiewanie przyczyniły się do tej blogowej ciszy.
Zresztą nie tylko tu brak nowości. Od dawna przestałam pisać jakiekolwiek teksty. Chciałabym, ale nie czuję się wystarczająco dobra.

Za milczenie można również obarczyć naszą ludzką rasę. Zwyczajnie się zniechęciłam. Czasem po prostu łatwiej i zdrowiej jest zamknąć usta. Przemilczeć. Olać gorącym strumieniem moczu.

Jakiś czas temu zdarzyło mi się oglądać znowu "Amelię". Zapomniałam, jaki to piękny film, zostawiający w człowieku ciepło jeszcze na długo po jego obejrzeniu. Byłoby pięknie żyć w świecie Amelii. Takim prostym, szczerym, w odcieniach czerwieni. Tak... hm. Muszę zadowolić się życiem siurkowym, które jest trochę bardziej skomplikowane, w kolorze zieleni i błękitu.

Ostatnio znowu byliśmy nad morzem. Wpatrując się w horyzont myślałam o tym, że tam gdzieś daleko dokładnie przede mną zaczyna się Irlandia. Wdychanie jodu zdecydowanie mi sprzyja. Tak sobie myślę, że gdybym dożyła emerytury mogłabym zamieszkać nad morzem. Spacerowałabym rano po plaży znajdując setki muszli i połamane szczypce krabów.

***
Tęsknię do Woodstocku. Już niedługo!