Pokazywanie postów oznaczonych etykietą party. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą party. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 stycznia 2015

Piżamowy dzień

Pożegnaliśmy stary rok. Nowy witam leniwie w piżamie, wylegując się na sofie i delektując świadomością, że dziś nie muszę NIC robić.


W głowie nieco szumi, ale jest stabilnie (te szampany nie były najlepszym pomysłem, a już szczytem błysotliwości było to ostatnie piwo). Mam kilka pomysłów, jak sprawić, żeby 2015 był lepszym rokiem od minionego, ale bez spinania się. Żadnych wielkich noworocznych postanowień, u mnie to nie działa. Zaznaczę tylko, że owszem, mam kilka planów, ale nic Wam nie zdradzę :P

Mała refleksja: w roku 2014 chodziliśmy z Angolem średnio 1,07 raza w tygodniu do kina i nawet przeniosłam się w czasie, żeby widzieć na dużym ekranie Pulp Fiction; byliśmy tylko na trzech koncertach (nie licząc Woodstocku), ale zobaczyłam Slasha, co się liczy jako 10 innych koncertów; odwiedziliśmy kilka nowych miejsc, w tym wyczekiwany przeze mnie Londyn; pierwszy raz płynęłam promem i to od razu czterokrotnie; bawiłam się na dwóch wieczorach panieńskich i trzech weselach; obejrzeliśmy kilka naprawdę świetnych seriali (Clive Owen love); trzy razy miałam szansę wyściskać piesiuńcia; zrobiłam masę głupot, śmiałam się, płakałam, tęskniłam, kochałam, byłam kochana, codziennie czegoś nowego się nauczyłam i doświadczyłam wszelkiej gamy uczuć tego roku.

2015, here we go.

piątek, 5 grudnia 2014

Najlepszy weekend roku

Powiedziałam kilka dni temu na głos ile mam lat i się przestraszyłam. Naprawdę aż tyle?! Gdybym jeszcze była mądrzejsza, albo nie wiem, zgrabniejsza, bogatsza czy coś... a tu nic. Może ewentualnie bardziej w głowie poprzstawiane i zmarszki mimiczne. O zgrozo!
Zamiast biadolić opowiem po krótce o najlepszym, nawspanialszym, cudnym weekendzie w tym roku. Mam na myśli ten miniony. Zapomniałam całkiem o Andrzejkach, bo w głowie miałam tylko dwie rzeczy. Snowdon i Slash.
Właściwie to dobry humor zaczął się już w piątek wieczorem. W pośpiechu piekłam muffinki, bo chcieliśmy zaliczyć małe party urodzinowe naszego kolegi z Czech. Pech chciał, że przecięłam wargę przy zaklejaniu koperty (kto do cholery robi takie ostre krawędzie kopert ja się pytam?!) i nie mogłam się śmiać. A przynajmniej tak założyłam, że nie mogę, bo boli. Gdzie tam! Nie przewidziałam obecności harmonijki na imprezie, a połączenie harmonijki i wstawionych Czechów skutkuje salwami śmiechu. Pod koniec wieczoru bolały mnie wszystkie mięśnie twarzy, a łzy ciekły mi po twarzy bynajmniej nie ze wzruszenia, gdy podziwiałam podrygi Karola do czeskiego punku granego na harmonijce. Oi oi oi! Niestety dla nas była to krótka imprezka, gdyż następnego dnia szykowały sie wojaże.
Z tym też ciekawa sytuacja - planowane od dawna wojaże stanęły pod znakiem zapytania, w obliczu niespodziewanych obrotów wydarzeń... ale daliśmy radę! Wprawdzie plany się pozmieniały, ale Angolowi i mnie udało się zwiedzić zamek w Caernarfon. Próbowałam nauczyć się waijskiej wymowy, ale na nic moje próby. Hfrhfgrhwfon. Czy jakoś tak. Zaprawdę, w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie to pikuś w porównaniu z walijskimi łamańcami jęzkowymi bez samogłosek. Mimo przeciwności lingwistycznych zjedliśmy smaczny lunch w porze kolacyjnej i w pełnym składzie 6. Wspaniałych dotarło do hostelu. Wyszło na jaw kto jest dobry, a kto jest sabotażystą! I było dmuchanie wyimaginowanego ognia, bo health&safety, no ale urodzinyyyyy to trzeba dmuchać! W tym miejscu pragnę z całego serca podziękować Mizerii za PYSZNY tort i Piotrusiowi za iście teatralne udekorowanie podłogi tymże. Gdyby nie to, że obżarłam się podczas kolacji, to pewnie zjadłabym górną warstwę - była cały czas nienaruszona, a zarazki nie zdążyłyby na nią wskoczyć.
Po małym celebrowaniu położyliśmy się do łóżek, by rano skoro świt wstać i ruszyć na najwyższy szczyt w Walii. Właściciel hostelu zasugerował nam, którą trasę wybrać (ciągle chce mi się śmiać z jego żartu, family route, pf!). Jako że moja kondycja leży i kwiczy zarządzałam dużo przerw, licząc na kawałek brownies... i dzięki tym brownies udało mi się! Zdobyliśmy Snowdon i staliśmy na najwyższym szczycie Snowdonii całe 3 minuty, bo wiało jak w Kieleckim, okulary parowały, a mgła pozwalała na rozwijanie wyobraźni. Ponoć można stamtąd dojrzeć Lake District, szczyty w Szkocji, a nawet w Irlandii... ale coś mi się zdaje, że to podobny żart w stylu "family route". Czyli - jeśli wierzysz, że za tą gęstą jak śmietana mgłą widać piramidy to proszę cię bardzo, nikt nie zabroni.
Warto było. Już dawno nie czułam takiej satysfakcji, wolności i piękna w naturalnym wymiarze. Tylko Angol wie, ile razy powiedziałam "Ale tu pięknie!". Bo było pięknie...
Po naradzie ruszyliśmy w podróż powrotną wybierając family route (hrehrehre). Cała wędrówka zakończona była kawą w lokalnej kawiarence i ekstremalną jazdą autobusem na parking, gdzie zostawiliśmy samochody. Szacunek dla kierowcy autobusu. Zasuwał tymi krętymi drogami z murkami zamiast pobocza, pogwyzdywał wesoło i na ostrych zakrętach przytrzymywał się uchwytu, by nie wypaść z fotela. Facet musi kochać swoją pracę...
Także ten. Dziękuję ekipie - M&M's, Ewa, Danka, sabotażyści i krasnoludy, do następnego :) Obiecuję, że nie będę tyle stękać i kupię sobie buty do chodzenia a nie do ślizgania się po kamieniach. Za słodkości i prezenty też dziękuję. Było mi szalenie miło.
Na moje szczęście weekendowe przyjemności nie skończły się wraz z nadejściem poniedziałku, gdyż w pracy panowała ciągle radosna atmosfera, a prognozy na wieczór zapowiadały się gorrrąco... Angol już dawno powiedział mi, jaki ma dla mnie prezent urodzinowy. Sama mu go podrzuciłam, wracając pewnego dnia po pracy do domu i lamentując, że Slash gra w Birmingham dokładnie w moje urodziny i to musi być znak. Dobrze się domyślacie, w poniedziałkowy wieczór jechałam z Knurkiem zobaczyć miłość mojego dzieciństwa! Targały mną obawy, że moje wyobrażenia mogą przekraczać realia. Drżałam na myśl, że mogę się zawieść, bo kiedy idzie się zobaczyć na żywo kogoś, kto wydaje się być legendą, presja jest ogromna. Było kapitalnie! Legendarny Slash zagrał dla mnie Happy Birthday w wersji "Sweet Child O'Mine". I ja wiem, że to było specjalnie dla mnie ;) Reszta zespołu, zwłaszcza Myles, bardzo przypadli mi do gustu. Naładowałam się. I ciągle jeszcze przeżywam. Knurku, dziękuję. Ty wiesz.

Fajnie jest mieć urodziny. Nie ważne, które :) Zakwasy ma się przecież w każdym wieku...

To kiedy powtórka?? :)

piątek, 26 września 2014

Wielki powrót siura

Przydałyby się werble, bo oto jest - nowy post. Po wielu dniach sprawdzania, odświeżania i nękania autorki pytaniami, kiedy coś nowego napisze, w archiwum pod nazwą Wrzesień pojawi się cyfra 1 w nawiasie. Co za podniosła i uroczysta chwila!

Nawet nie będę próbować streścić tego, co działo się przez ten czas, bo to z góry przesądzone, że nie dam rady. Na swoje usprawiedliwienie wtrącę tylko, że nie podoba mi się, gdy mój własny, malutki laptopik się psuje, ponieważ pisanie postów mobilnych jest irytujące. Łatwość usuwania notki jest jeszcze większa, niż za czasów zamierzchłego onetu. Także napisałam coś, owszem, wspominałam o mojej fascynacji szyszkami, o sąsiadach, którzy wyjęli z okien worki na śmieci i o tym, że jadę na ślub Aneka i Zbycha. A później niechcący mi się kliknęło i całe moje skrupulatne dotykanie paluszkiem ekranu telefonu poszło! Nawet mnich tybetański by się wkurzył.

Aktualizując informacje nadal podtrzymuję ekscytację szyszkami. Szyszki są fantastyczne! Fenomenalne, inspirujące, ładnie pachną i w ogóle są super. Moi sąsiedzi faktycznie pozbyli się z okien worków na śmieci. Wystawiali je zawsze. Worki sobie powiewały na wietrze, a ja - wraz z innymi wnikliwymi obserwatorami - snułam teorie, po co sąsiadom worki na śmieci za oknem. Dwie tezy okazały się być najlepiej uargumentowane. Teza pierwsza, która zakładała, iż worki na śmieci odstraszają ptaki, które lubią sobie tak o, od czasu do czasu wlecieć w okno rozbijając sobie dziób o szybę. Teza druga zakładała, że moi sąsiedzi są wariatami. Teraz nie wiem co myśleć, bo worków nie ma. Nawet zaczęłam się trochę martwić, poważnie!
A ślub Aneka i Zbycha? No był! I ja z Angolem też na nim byliśmy. Największy stres związany z tańczeniem ze Zbychem ( "bo przecież ja nie umiem, a on tak i wszyscy będą patrzeć, bo to w końcu jego ślub to będzie w centrum uwagi, a na pewno będzie chciał ze mną zatańczyć, bo kto by nie chciał, a ja nie odmówię, bo to w końcu jego ślub i trzeba być miłym, i jest teraz w rodzinie, o kurka, co ja zrobię") okazał się zbędny. Pod koniec już nawet trochę zajarzyłam! Anek wyglądała przepięknie! I udowodniła wszystkim, że ciągle potrafi zatańczyć irisha, nie tylko salsę :) Angol miał szansę poznania mojej familii. Czekaliśmy na "Przepióreczkę", lecz się nie doczekaliśmy, bo niestosowna. Ogólnie to warto było się tłuc samochodem, by spędzić trzy dni w Polsce, na weselu. I to nie byle jakim, bo Anekowym :)

Tera nastał spokój. Teoretycznie. W pracy mam wciąż zapewnioną ciągłość, jeśli chodzi o wesela, a do tego mam kilka bonusów w formie nieproszonych gości. Ach uroki życia na farmie!
Powoli nadchodzi jesień, co bardzo mnie cieszy. Lubię jesień. Jest wtedy tak ładnie i można pić więcej gorącej herbaty oraz wyciągnąć swetry, czapki i szaliki, można pozbierać kasztany i szeleścić liśćmi w parku... Jesień jest fajna.
A kto jej nie lubi ten ma pecha.

wtorek, 22 lipca 2014

Historia zagubionych kapci

Przyznać się: kto mi schował kapcie? Nie mogę ich znaleźć, co w realiach powierzchni, jaką mam do przeszukania, jest bardzo podejrzane. Jakiś łobuz zajumał mi kapcie. Pytanie po co? I czy ma to związek z kradzieżą piżamy Ali?

By zrozumieć, napiszę o co chodzi. Otóż w miniony weekend miały miejsce dwa wydarzenia. Przede wszystkim był wieczór panieński Mizerii, a by faceci nie pałętali się po okolicach "Bombaju" zrobili swoją alternatywną imprezę w naszej chatce. Płeć piękna bawiła się elegancko, jak można było się spodziewać. Pin-up, czerwona szminka, grochy, sukienki, sam seks. Wszystko okraszone wizerunkami męskiego przyrodzenia i striptizerem na torcie. Więcej szczegółów nie podaję, bo to ściśle tajne. Przecież dobrze wiemy, że szpiedzy są wszędzie, a jak już tu patrzą to niech mi rozwiążą zagadkę moich zaginionych kapci. Były rozdeptane na piętach (chociaż przysięgam, starałam się wsadzać stopę w całości do środka, ale sama mi wyłaziła!), w kolorze brudnego różu, włochate, można powiedzieć, że nieco rozczochrane, sztuk dwie. Zimno mi w stopy, więc wolałabym, żeby się znalazły.

Z rzeczy istotnych - Mizeria zmieni nazwisko... i to już niedługo! Cieszę się, że mogłam uczestniczyć w jej ostatnim wieczorze wolności* oraz że nie będę musiała edytować nazwy kontaktów w telefonie. To znacznie ułatwia sprawę :)

Wróżba z Dziwadłowego panieńskiego była błędna - jednak był następny taki wieczór. I całe szczęście! Dziękuję pin-up'om!  


P.S. Gdybym miała codziennie rano dodatkową godzinę, gdybym umiała się uczesać i obchodzić się z lakierem do włosów, prawdopodobnie zostałabym przy pin-up'owej stylizacji. Piękności!

*- nie dotyczy jej dziewczyn. Byłyśmy pierwsze.

wtorek, 6 maja 2014

Nas uczyli w szkole, że całuje się na stole

Ostatnio biadoliłam, że nie wiem, kiedy nastał kwiecień. Maj sobie ze mnie zażartował i zaskoczył mnie jeszcze bardziej.

Trochę już nie pamiętam, jak to się pisze bloga, zwłaszcza gdy zdarzyło się tyle wartych zapisania wydarzeń, że nie mogę się zdecydować,  który napisać.

Najważniejsza sprawa - odwiedziłam Polskę. Dwa razy. W rezultacie trzy weekendy kwietnia spędziliśmy z Angolem w ojczyźnie. Okazja ku temu była huczna i wyjątkowa. Najpierw żeńska część Kołków i Znajomych świętowała wieczór panieński Dziwadła. Analogicznie, dwa tygodnie później, wznosiłam toast za Młodą Parę. Do tej pory gdy o tym myślę nie mogę się przyzwyczaić, że Dziwadło jest teraz żoną Żandarma. Mimo iż jej nowe nazwisko jest mi tak doskonale znane, to jakoś nie pasuje mi w zestawie z jej imieniem. Muszę się przestawić. Sam ślub był krótki, uroczy i śmieszny. Jako świadek pełniłam naczelną rolę w kwestii wzruszenia, a pomagało mi w tym horrendalne przeziębienie, czy też alergia, nie do końca wiadomo. Ważne, że Dziwadło i Żandarm przysięgli sobie co należało, choć czasem wielebny recytował zbyt wiele tekstu do zapamiętania i powtórzenia. A później nastąpiła bardziej pijana część. Wesele, ach cóż to było za wesele! Nikt nic nie wiedział, nawet ci, którzy z założenia powinni wiedzieć najwięcej, ale koniec końców wszyscy bawili się świetnie. Kołki oczywiście zostały do rana, a jak. Pewnie gdyby się dało, zostalibyśmy jeszcze dłużej, lecz wówczas Chmura puściłby całą Warownię z dymem, a ja z Sąsiadką i Mizerią wyjadłybyśmy wszystkie babeczki z owocami i budyniem... Natańczyłam się, wyobracano mną po wsze czasy, a nowe balerinki, których szukałam jak opętana na tydzień przed weselem, sprawiły się na medal. Zero odcisków, tylko zafarbowane rajstopy. Pełen sukces.

Tak oto spędziliśmy z Angolem ponad tydzień w Polsce. Czas po brzegi wypełniony był załatwianiem urzędowych i bankowych obowiązków, nadrabianiem zaległości i odwiedzaniem znajomych, przytulaniem piesiuńcia... Udało się nam wyciągnąć Izajasza na lodowisko (!), odrobinę pojeździłam pociągami, posiedziałam przy Żubrze w prajmie, degustowaliśmy domowe wino u Chmury w ogródku, dostałam sprawozdanie z UŚ od Natki Pietruszki, sączyłam z Królową Pimm'sa... Miło było znów wypić herbatę ze starego kubka, spojrzeć na znajomą brzozę, przypomnieć sobie, jak bardzo klaustrofobicznym miejscem jest toaleta w rodzinnym domu. Z sentymentem patrzyłam na znane mi, ale jakby inne ulice, budynki, miejsca, nawet ludzi. Żal było wyjeżdżać. Bo jak wytłumaczyć Jokerowi, że muszę do znowu zostawić, no jak?

Niestety, przypomniały mi się również aspekty, za którymi wcale nie tęsknię. Załatwiając sprawę w banku jakiś wściekły facet wpadł jak bomba do pokoju w którym prowadziłam rozmowę, od progu niewybrednie skarżąc się na kompetencje konsultantki i domagał się wyjaśnienia swoich interesów. Żałosny brak dobrego wychowania - nie wspominając o przyjemniaczku, który obficie ochlapał mnie wodą z kałuży, jadąc samochodem boczną uliczką. W sumie sama się prosiłam - buty na obcasie, sukienka przed kolano i jasny, jaśniuteńki żakiet. Żal byłoby odpuścić.
(Taka się ze mnie zrobiła pańcia, fiu fiu)

Dziękuję wszystkim, dzięki którym te kilka dni było tak wyjątkowych. Wspaniale było Was znów zobaczyć. Za poszczególnymi osobnikami stęskniłam się szczególnie - nie wiedziałam, że aż tak, dopóki ich nie spotkałam. Na szczęście niedługo widzimy się znów :)
***

Teraz znów wróciłam do szarej rzeczywistości i rutyny. Hahah, żartuję, daliście się nabrać? W pracy rutynowe jest tylko parzenie herbaty i kawy, a moja rzeczywistość mieni się wszystkimi kolorami - teraz najbardziej żółtym i fioletowym, bo wszędzie są pola rzepaku i zakwitły bzy. Pisałam kiedyś, że uwielbiam ten kraj wiosną? Bo uwielbiam i nie mogę się nacieszyć wszechobecną wiosną.

Troszeczkę nas nosi i spontaniczne decyzje kończą się u nas małymi wypadami, ale o tym chyba napiszę następnym razem :) Wówczas możliwe, że następny raz będzie wcześniej aniżeli w czerwcu.

PS. Notkę dedykuję Sąsiadce, która wytrwale sprawdza, czy jest tu coś nowego i która właśnie mi napisała: "Dziś mija miesięcznica Twojego niepisania na blogu ;p"

środa, 19 marca 2014

Zbyt ryzykowne, by myśleć za długo

Przede wszystkim chciałam zaznaczyć, że nie cierpię jakości papieru toaletowego w publicznych toaletach! Nie znoszę. W ciągu ostatnich kilkunastu dni korzystałam z ich dobrodziejstw wielokrotnie i za każdym razem myślałam o tym samym. "Nie cierpię tego papieru".

Teraz, gdy frustracja została wylana mogę przystąpić do radosnej części posta. 

Nie wspomniałam ostatnio o przemiłym dniu kobiet, który zaserwował mi mój mężczyzna. Kino, spacer, cornish pasty, kino po raz drugi, a wieczorem impreza. Z wizją roboczej niedzieli. Obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy nie pójdę do pracy na kacu, więc musiałam stopować, ale i tak było fajnie. W pracy także, mimo mycia garów przez 2,5 godziny.
Innego dnia wybraliśmy się na zakupy do Wielkiego Miasta. Misja: garnitur dla Angola. Status: pomyślnie zrealizowana. Przy okazji poszwędaliśmy się po Birmingham, lecz tylko troszeczkę, bo bolały mnie stopy (do licha ciężkiego, kto mi podrzucił pomysł z obcasami?!), a wieczorem ponownie rozsiedliśmy się w kinowych fotelach, wychylając uprzednio pintę cydra w naszym ulubionym pubie w Shrewsbury. Lecz była to dopiero rozgrzewka przed weekendem. W planach było polowanie na kiecki z Mizerią. Nie wiem, dlaczego założyłyśmy takie szczytne cele, skoro doskonale wiemy, jak wyglądają nasze wspólne polowania odzieżowo-obuwnicze (na przykład kultowego flapjackowego zielonego wełnianego swetra szukam po dziś dzień)... ale bardzo się cieszyłam na samą myśl spędzenia całeeeego dnia z Mizerią. Przemierzyłyśmy kilka centrów handlowych, zaglądając do wszystkich sklepów z ubraniami - poza M&S ze względu na wysoką średnią wiekową i Nike, bo oni chyba jeszcze sukienek nie produkują. Wróciłyśmy do domu z kilkoma płytami, szortami i słodyczami panjabi. Sukienek jak nie było tak nie ma. 
Ale za to miałam swój pierwszy raz! Jeździłam czerwonymi piętrowymi autobusami, które chyba każdemu kojarzą się z Anglią (a już na pewno z Londynem). Frajda niesamowita! Oczywiście nie obyło się bez obciachu na schodach, kiedy to próbowałam z gracją zejść na dolny poziom. Autobus zahamował i skręcił, więc narobiłam hałasu i prawie spadłam ze schodów, udając Michaela Flatley'a z marnym skutkiem. Jednak muszę nadmienić, że kultura jeżdżenia autobusem jest na bardzo wysokim poziomie. Nie zdziwiło mnie witanie się każdego pasażera z kierowcą oraz dziękowanie za otworzenie drzwi (przyzwyczaiłam się do tego), ale miłą niespodzianką było to, że po naciśnięciu przycisku "stop" autobus zatrzymywał się na najbliższym przystanku, a kierowca cierpliwie czekał, aż dany pasażer wytoczy się ze środka pojazdu. Żadnego pośpiechu, żadnych nerwów, inni czekają cierpliwie w kolejce... gdy o tym myślę tym bardziej nie umiem pojąć, jak to się stało, że stojąc z Mizerią w kolejce do wejścia uciekł nam autobus... 
Prawdopodobnie my tak po prostu mamy - przypominają mi się historie pożegnań na przystankach tramwajowych tudzież sprinty na ostatni autobus miejski do domu.
Wisienką na torcie weekendowym było wyjście do ... kina! (proszę udawać zaskoczenie) Angol zabrał mnie na absolutnie fenomenalny film, który zajął na mojej liście bardzo wysokie miejsce. "The Zero Theorem". Jeśli będziecie mieć okazję obejrzyjcie koniecznie. Mam dreszcze, gdy o tym myślę :)
Weekend ciągle trwał ku mej niewypowiedzianej radości. Korzystając z wolnej niedzieli i pięknej, słonecznej pogody Angol wyprowadził mnie na spacer, żebym się trochę wybiegała. Poszliśmy na wieżę, którą widzę od kilku lat i do tej pory nie było okazji jej zwiedzić. Flounders' Folly, gdyż tak się nazywa ten zabytek, zostało zbudowane właściwie nie wiadomo po co. Jest kilka teorii; jedna z nich głosi, że fundator, Benjamin Flounders, chciał zostawić po sobie ślad z okazji swoich 70-tych urodzin, dodatkowo dając biednym tubylcom okazję do zarobku. Inna, dość kuriozalna teoria mówi, iż wieża miała służyć obserwacji statków w Kanale Bristolskim oraz na rzece Mersey, mającej ujście w Liverpoolu. Cóż, widoczność w niedzielę była zdumiewająco dobra, ale nasz wzrok najdalej sięgał wzgórz w Walii oraz wzniesień hrabstwa Shropshire. Nieważne. Widoki i tak były zapierające dech w piersiach, zwłaszcza w połączeniu z porywistym wiatrem.
Mieszkam w przepięknej okolicy. Zachwycam się za każdym razem, gdy na to patrzę.


Teraz koniec dobrego, trzeba zakasać rękawy i trochę popracować, bo czuję się odrobinę rozpuszczona :)


PS. Gdy na koniec wypocin wymyślałam tytuł Angol przypadkowo wyłączył mi komputer. Stąd tytuł :P

poniedziałek, 2 grudnia 2013

18 + 7 do doświadczenia

Nie mogłam dziś złapać oddechu z powodu ataku śmiechu, gdyż zostałam poinformowana o istnieniu sarkastycznego narkazmu. Ale śmiech to zdrowie, a mi się ono przyda, zwłaszcza w moim wieku (!).

Ok, wiem, jestem i tak najmłodsza z towarzystwa (z kilkoma wyjątkami). Lecz przysięgam z ręką na sercu, na moje ukochane ogórki, na barszcz czerwony, na muffinki, na brownies i na Scotta Pilgrima, że nie czuję się wcale na tyle lat, ile mam. Kiedy to wszystko minęło? Nie wiem.

Z drugiej strony wspomnień jest wiele... :)

Jak na jubilatkę przystało, zdmuchiwałam świeczki trzy razy. Najpierw był lokalny cydr w pobliskim pubie, a następnie spędziłam przyjemną noc w Ankh-Morpork wraz z Angolem, Mizerią i Piotrusiem. Żadne z nich nie dało mi wygrać. Paskudy. Na pocieszenie spałaszowałam serniczki oreo (bajka!) i cały dzień robiłam nic.
Dziękuję wszystkim za życzenia. Tym, którzy się ze mną stukali patrząc w oczy, oraz tym, którzy się pofatygowali z kartkami i listami (love <3), tym od sms-ów, tym od maili, wiadomości, ryjbuczka itd. Naprawdę, sprawiliście, że poczułam się ważna, kochana i wyjątkowa razy pierwiastek ze 100. 


poniedziałek, 25 listopada 2013

Brak poprawy

Dużo wody w Severn upłynęło, nim ostatni raz pisałam posta, choć postanawiałam poprawę. Tak to już czasami bywa i niczego na to nie poradzę. Kijem nie cofnę.

Lecz żeby przejść do konkretów - obcięłam za krótko paznokcie i doskwiera mi uporczywy ból przy każdej czynności wymagającej użycia palców. Tak, teraz też mnie boli. Wszystko z powodu poświęcania się dla pracy. Wzięłam sobie do serca nową rolę i postanowiłam przyciąć szpony, a z powodu wrodzonego lenistwa nie zabrałam się za piłowanie, lecz drastycznie skróciłam je nożyczkami. Hańba! Następnym razem się zastanowię czy warto.
Poświęcam się dla pracy nie tylko w kwestiach higieny osobistej. W przeciągu miesiąca pokonywałam swój lęk przestrzeni balansując na drabinie i ozdabiając żyrandol oraz zwalczałam strach przed pająkami (z wielkim okazem baraszkującym po mojej głowie, tralala). Nawet oglądałam fragment "Zmierzchu". Oto jak się poświęcam. O!
Na szczęście życie to nie tylko praca. Zdarzają się czasem wolne weekendy  wtedy można zaszaleć. Jeden z nich spędziliśmy z Mizerią i Piotrusiem na parapetówie wypadającej dokładnie w dzień urodzin Mizerii. Zrobił się z tego mały zjazd i wspominki starych czasów z Dareczkiem. Po wykończeniu zapasów alkoholu zdecydowaliśmy się na spacer. Zapalaliśmy lampiony w środku nocy, w środku parku miejskiego, wyryczeliśmy obowiązkowe "Sto lat" a nad naszymi głowami przelatywały dwa helikoptery. Cóż za magiczny klimat... Zaliczyliśmy kilka gleb i znaleźliśmy dwie lodówki na ulicy. W jednej były grzyb i pleśń, a w drugiej schowano nóż, którym pewnie ktoś kogoś zasztyletował, ale niespecjalnie nas to wówczas przejęło. Wręcz przeciwnie. Pod koniec, gdy Angol leżał jak kłoda a Piotruś czołgał się po podłodze, bo próbował tańczyć, piękniejsza część towarzystwa słuchała Domowego Przedszkola i tak nas to ululało... że zrobiło się południe następnego dnia. Nie wiem, jakie wino piłyśmy, ale było dobre i kac też okazał się łaskawy, więc apeluję za tym, by to powtórzyć :)
Jak już wszyscy zdążyli zauważyć listopad się kończy, a co za tym idzie święta zbliżają się małymi kroczkami. Wraz z Knurkiem zaczęliśmy łapać świąteczny klimat. Nie słuchałam jeszcze Nirvany, to za wcześnie przecież, ale zaliczyliśmy Średniowieczny Jarmark Świąteczny. Rzecz działa się na zamku (czy też raczej w jego pozostałościach), chodziliśmy po słomie przepychając się wśród tłumów ludzi i oglądając wszelkie rozmaitości, które przy okazji posiadania zbędnego majątku można było zakupić. Wiadomo, nie obyło się bez jedzenia. Spałaszowałam strudla, walijskie oggie i pieczone kasztany. Podobało mi się bardzo, ale podobno to przedsmak tego, co czeka mnie za 3 tygodnie ^^ Lecz o tym kiedy indziej...
A czy ja się w ogóle pochwaliłam, że mamy nowego członka emigracyjnej paki? Chyba nie! A więc, droga gawiedzi, powitajcie Maję, która skończyła dziś dokładnie miesiąc :) Póki co płacze, gdy ją trzymam na rękach a nasza obecność poprawia jej pracę jelita grubego, aczkolwiek wróżę nam dobrą przyszłość.
Chwaliłam się kinem? Pojechaliśmy pooglądać Lo.. znaczy Thora na przedpremierze, zobaczyliśmy także abordaż somalijskich piratów oraz Sandry Bullock zmagania z brakiem grawitacji. Lubię kino. A kino z Mordką to podwójna przyjemność.

Przede mną kolejny długi tydzień uwieńczony wolną niedzielą. Nie mogę się doczekać z kilku powodów. A najważniejszy z nich to szansa, że znów ktoś wzbudzi niepokój na mojej dzielni ;)

Trzymajcie się łobuzy i ubierajcie się ciepło.

czwartek, 9 maja 2013

Majówka po mojemu

Co to był za weekend! A ile się działo! Namnożyło się wszelakich wydarzeń - ostatni weekend w pracy, chęć zamordowania Angola na karuzeli, kosztowanie angielskiego piwa ale i spóźniona integracja z współpracownikami, siedzenie na zielonej trawce i rozkoszowanie się piękną pogodą oraz podziwianie szybowców... A wszystko w przeciągu kilku dni. Lecz żeby wszystko uporządkować zacznę od początku - tak najłatwiej jest opowiadać.
Zatem sobota i niedziela były moimi ostatnimi dniami pracy na najniższym szczeblu przemysłu gastronomicznego, z czego czułam ogromną satysfakcję. Myśl, że to ostatni taki weekend sprawiała, że utrzymywał się na mojej twarzy ironiczny uśmieszek. Plus na sobotę i niedzielę przeznaczone były wieczorne atrakcje - May Fair w Ludlow oraz festiwal piwa.
May Fair to objazdowe wesołe miasteczko, które odwiedza Ludlow początkiem maja co rok. Dla mnie była to pierwsza okazja na uczestnictwo i prawdopodobnie nie do końca wiedziałam, na co się piszę. Przecież boję się wysokości i mam lęk przestrzeni! Na moje nieszczęście przez chwilkę mi się o tym zapomniało, bo Angol jest dobrym namawiaczem. I jak na samochodzikach było spoko, tak na karuzeli nr 1 było już odrobinę niebezpiecznie. Gdy zaczęło nami wywijać to pomyślałam, że zjedzenie skromnej kolacji było genialnym pomysłem... Później Angol namówił mnie na drugą karuzelę, na którą nie chciałam iść. W efekcie przeżywałam katusze walcząc z siłą odśrodkową i przeciążeniami oraz w agresywny i głośny sposób oznajmiałam Angolowi, że go nienawidzę i ma mnie nie dotykać. Biedny Krzyś, który siedział obok mnie, bał się jak ja i jeszcze musiał wszystkiego wysłuchiwać... Gdy nareszcie moje nogi z waty dotknęły powierzchni ziemi, byłam najszczęśliwszą (i najbardziej wystraszoną) osobą na całym globie, ale nie skończyłam z atrakcjami. Poszłam na sławetne filiżanki (zły pomysł) oraz na diabelski młyn, z którego zaglądaliśmy do okna kamienicy i machaliśmy imprezowiczom. Mimo gorliwych namów Angola nie poszłam na najlepszą i najwyższą atrakcję, bo chciałam zachować swój honor. I nie posikać się ze strachu. Później jeszcze mój luby wygrał dla mnie Charliego, pluszowego jednorożca i mogliśmy wracać do domu. Na parkingu odegraliśmy krótką scenkę "gdzie ja zgubiłem kluczyki do samochodu i jak to możliwe, że ich nie ma, skoro siedzimy w środku"", zakończoną happy endem.
"To ostatnia niedziela..." - miałam ochotę śpiewać spacerując rankiem następnego dnia do pracy. Humor mi dopisywał i nic, ani nikt (NIKT!) nie był w stanie zepsuć mojego szampańskiego humoru. A może powinnam napisać piwnego, gdyż poza świadomością ostatniego dnia w znienawidzonej pracy majaczyła na horyzoncie wizja festiwalu piwa w lokalnym pubie. Po odbębnieniu szychty, zjedzeniu niedzielnego lunchu i kawałku Victoria sponge cake, mogłam ostatecznie powiedzieć "papa", ostentacyjnie wyrzucić gumowe rękawice do kosza na śmieci i odmaszerować do domu z poczuciem ogromnej ulgi. Natomiast wieczorem wraz z polskimi znajomymi i Angolem pojechaliśmy skosztować piwa. Okazało się to nie piwo, ale ale. Krzywiliśmy się mniej z każdym kolejnym łykiem, ale szczerze mówiąc nie dało się tego pić. Dobrze, że w pubie mieli cider. Taki prawdziwy, lokalny, bardzo jabłkowy i bez gazu. Co ciekawe jednym z elementów wystroju tegoż pubu były butelki po piwie, a wśród nich... Żywiec oraz Okocim Zagłoba :) Poza kosztowaniem angielskich trunków doszło do nieprzewidywalnej integracji z moimi eks współpracownikami - pomijając Stefka, który był moim ziomem od samego początku. Wyszło na jaw, że łatwo osądzić człowieka ze względu na pochodzenie, ale równie szybko można zmienić zdanie na jego temat wyłącznie ze względu na ubiór. No tak, w służbowym uniformie ciężko eksponować własny styl. Mniejsza o to, bo koniec końców wreszcie pogadano ze mną jak z równą sobie, a Angol swą urzekającą osobowością podbił wszystkie serca - angielskie, walijskie oraz zdecydowanie szkockie ;) Slàinte mhath!
W poniedziałek z racji dnia ustawowo wolnego postanowiliśmy z Angolem pocieszyć się wspólną wolnością. Pogoda zdecydowanie nam dopisywała. Wyruszyliśmy na małe zakupy i od tamtego momentu możemy cieszyć się muzyką w samochodzie :) Zakupami szybko się zmęczyłam, więc zaproponowałam, abyśmy pocieszyli się grzejącym słońcem gdzieś za łonie natury. Wybraliśmy lotnisko na szczycie wzgórz. Siedząc na miękkiej jak dywanik, idealnie przystrzyżonej przez owcze zęby trawce i popijając ciderka oglądaliśmy przelatujące nad nami szybowce. Kocham tamto miejsce - ciche, wietrzne, z zapierającym dech widokiem na angielskie pola i walijskie góry. Zawsze, kiedy tam jestem, dopada mnie natchnienie, którego nie potrafię niestety wykorzystać. Może kiedyś, gdy nauczę się ubierać w słowa moje uczucia.
Tak minął weekend. Od tamtego czasu powróciłam do swojej codzienności bezrobotnego, z tą różnicą, że nauczyłam się wcześniej budzić. Dobrze mi, ale nie narzekałabym, gdyby coś mi się udało znaleźć. Wszak perspektywy na przyszły rok zakładają dużo więcej wydatków, niż można tego było się początkowo spodziewać.

Przy okazji perspektyw - druga połowa czerwca zapowiada się obiecująco!

Pogodowy update: na chwilę obecną pada deszcz, ale robi się coraz cieplej. Poprosiłam Królową o wysłanie mi moich sandałów, a to o czymś świadczy.

Zmierzam niespiesznie ku końcowi. Dbając o charakter edukacyjny mojego bloga (taa), chciałam pouczyć Was, że jeśli trzymacie wodę do kwiatków w butelce po 7UP to prędzej czy później, w przypływie wielkiego pragnienia (lub roztargnienia) pociągniecie wielce rozczarowujący łyk.

Si ju!

niedziela, 5 maja 2013

Powód do świętowania

Od dziś jestem wolnym człowiekiem!!!

I zamierzam to uczcić na festiwalu piwa w lokalnym pubie.
Ale in the dale, let's go!

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Post zawiera lokowanie produktu

Wrócił deszcz. Nasz nieszczęsny bałwan, a raczej mała kupka rozmoczonego śniegu, która z niego pozostała wygląda mizernie na kawałku trawnika. Serce się kraje.

Przez ostatnie kilka dni niewiele się zmieniło. Rozkoszuję się ostatnimi chwilami, kiedy mogę bezkarnie wylegiwać się w łóżku do 9, choć nie zawsze mi się to udaje, gdyż czasami muszę iść do pracy. Albo czasem budzi mnie John, ale ma w tym konkretny cel. Weekend minął szybko, za szybko. Większość czasu spędziłam na uśmiechaniu się, czyszczeniu wszystkiego, co trzeba wyczyścić i podawaniu napojów, a w międzyczasie kilka razy się wzruszyłam. Mam nową rodzinę, która stoi za mną murem, więc jeśli ktoś ze mną zadziera, zadziera również z całą ekipą. Na miejscu mojego potencjalnego wroga wycofałabym się z konfliktu, ponieważ Sharon potrafi być nieprzewidywalna i niebezpieczna, gdy w zasięgu jej rąk leżą sztućce.

I jeszcze znalazło się trochę czasu na odwiedziny u znajomych. Najpierw spaliliśmy nową książkę telefoniczną w kominku i Gege prezentował magiczne sztuczki ze znikającymi żółtymi stronami, a później zaniechaliśmy oglądanie filmu po czesku na rzecz oglądania bobasa radującego się na widok puszki z piwem. Przy okazji wyszło na jaw, że pistacje zbliżają do siebie ludzi :)


Przepis na relaksujący wieczór? Ogień w kominku, pieczona kaczka na talerzu i pachnący Fructisem Angol!

- przy okazji reklam, mogę zostać aktorką w reklamie Fairy, bo autentycznie uważam, że Fairy starcza na więcej i fajnie się pieni. A wystarczy tylko kropelka! Mówię to ja, specjalista od zmywania.
I pytanie: czy tylko mi pan z reklamy Niquitin przypomina zadowolonego Dextera (na końcu jak podśpiewuje)?

niedziela, 13 stycznia 2013

Wygwizdałam

Pani Rozmaryn przepowiedziała mi wczoraj, że będę szczęśliwa w weekend, bo widziała prognozę pogody i ma padać śnieg. Ucieszyłam się bardzo, bo od razu wyobraziłam sobie białe drogi, białe drzewa, białe dachy i puch unoszący się w delikatnym powiewie wiatru, wciąż prószący z nieba. Co za niedorzeczność. Lecz pomarzyć zawsze mogę. Pani Rozmaryn jednak miała sporo racji, bo weekend trwa, a ja bardzo szczęśliwa jestem.
Z kilku powodów.
Po pierwsze - spadł śnieg! No i co z tego, że tylko w górach, i że jedyne wzgórze poryte śniegiem pomyliłam z chmurą (bardziej prawdopodobnym było, że chmura udaje ośnieżony szczyt...). Spadł śnieg? Ależ spadł. I właśnie dlatego jestem szczęśliwa, bo wreszcie to wygwizdałam/wynuciłam ^^
Po wtóre - wczorajszy wieczór był uwieńczony niespodzianką! Otóż mój szarmancki mężczyzna zabrał  mnie do restauracji na pełnowymiarową kolację plus drinki. Naprawdę! Takie z nas burżuje, mieszkamy sobie na wsi to chociaż w weekend będziemy ociekać snobizmem i przeżuwać sery z krakersami z serwetkami na kolanach.

Ok, ok, żartowałam. Rzeczywiście byliśmy w restauracji. Na zaległej świątecznej kolacji z pracy Angola. Było dobre jedzonko, drinki za darmo i pokaz akrobacji Konrada. Później imprezka nieco zmieniła poziom. Wylądowaliśmy w domu Wioli i Konrada oglądając koncerty z Przystanków Woodstock. Zrobiło się nam tak błogo... Wróciłam do domu szczęśliwa i bardzo możliwe, że delikatny wpływ na to miała tajemna mikstura o smaku ananasa i anyżu.
Ponadto jestem szczęśliwa, bo miałam dziś wzbogacić moją szafę o spódnicę, na którą zerkam od pięciu miesięcy. Jednak plany się zmieniły z powodu miłości od pierwszego wejrzenia i dotknięcia pewnej tuniki... Spódnica czeka na mnie tyle czasu, więc może jeszcze poczeka troszeczkę :)

Dobra rada na przyszłość. Nie próbujcie tańczyć jak Van Damme, kiedy na nogach macie klapki, a w promieniu metra stoi suszarka z praniem i rozbity szklany pojemnik.

wtorek, 1 stycznia 2013

Na nowo bez zmian

Witam wszystkich w nowym roku :) Nic się nie zmieniło - wszystko po staremu. Przegrywam z łomotem w Monopoly i wciąż lubię wylegiwać się w łóżku. Zapowiada się ciekawie, chociaż to dopiero pierwszy dzień, lecz mam nadzieję, że szczęśliwa trzynastka będzie zaprawdę szczęśliwą.

Postanowienia noworoczne spisane. Ciekawe czy je wypełnię?

Sylwester spędzony w kameralnych warunkach, lecz nad ranem załapałam się na międzynarodową transmisję plebiscytu na Losera Roku 2012. Został nim Prorok, chociaż Dziwadło z siadaniem na sikach  oraz Szczur ze skręcaniem nogi na kablu od odkurzacza deptały Prorokowi po piętach. Ostatecznie należało mu się zwycięstwo, bo nie codziennie można odebrać komuś tożsamość i to w dodatku w obcym kraju :D

czwartek, 6 grudnia 2012

Czy Twoja dziewczyna wie, że...

Minęło trochę czasu od mojego ostatniego wpisu. Dużo się w międzyczasie wydarzyło. Powinnam już dawno zabrać się za spisywanie relacji, bo jak słusznie stwierdził Angol: ta notka nie będzie wyglądała tak, jakbym chciała, żeby wyglądała. Trudno, będzie wyglądała tak, jak mi się ją napisze.

Zaczęło się od tego, że dwa tygodnie temu zabraliśmy po drodze do domu dwóch autostopowiczów. Przebyli daleką drogę z Nowej Huty aż do naszej wiochy! Mowa o Mizerii i Piotrusiu, którzy zrobili mi wielką niespodziankę umilając swym towarzystwem kilka dni w naszej chatce. Mogłam pokazać im okolicę w strugach deszczu, a także zjeżdżalnię, która wzbudziła u mnie szybsze bicie serca oraz moje teraźniejsze życie. Wieczorami kosztowaliśmy wszelakich trunków planując nasze wojaże, troszkę kucharzyliśmy i piekliśmy geologiczne muffinki. Piotrusiowi najwyraźniej spodobały się pluszowe cycki i sofa, bo rozstawał się z tym zestawem bardzo rzadko. Mizeria natomiast topiła w muszli klozetowej pastę do zębów. I tuliła się. Do mnie! Gdy myślę o tych odwiedzinach, automatycznie nucę "Nie, nie boję się" i zaczynam kołysać biodrami. To taka zaraźliwa piosenka! Niestety błogostan musiał się skończyć i żegnaliśmy naszych gości na lotnisku. Spoglądanie na schody, którymi się oddalali sprawiało mi ból. Dzięki Mizerii i Piotrowi czułam się, jakby weekend trwał od środy do niedzieli.
Nie zdążyłam jednak przejść do końca żałoby po ich wyjeździe, a pojawili się nowi goście! Na chwilkę tylko, ale jednak się pojawili. Przyjechał Gege i przypomniało mi się, jak go lubię i jak za nim mi się stęskniło. Brakuje go w naszej wiosze.
Po dwóch dniach niczego nie świadoma dziergałam sobie czapeczkę na drutach, kiedy to Angol spiskował za moimi plecami i przywiózł mi kolejnych gości. Tym razem za naszymi niebieskimi drzwiami znalazłam Sąsiadkę i Izajasza. Pech chciał, że Prorok miał pewne problemy po przyjeździe do UK i zabrali mi tożsamość. Należy jednak doszukiwać się plusów tej sytuacji - mógł razem z Sąsiadką zwiedzić Londyn i przekonać się że Murzynom można ufać ;) Gdy ostatecznie wszystko się poukładało i Izajasz otrzymał tymczasową tożsamość, mogliśmy świętować moje urodziny. Dostałam cudne prezenty, odśpiewano mi Happy Birthday i nawet zdmuchnęłam świeczkę, dwa razy, choć wcale nie było tortu! W zamian Angol przyrządził mi obiecaną lasagne, pograliśmy w Guitar Hero (jestem doskonałą gitarzystką, wiem to) i było bardzo sympatycznie. Był również czas na wycieczkę. Pojechaliśmy na wzgórza, bo na car boot nie wstaliśmy, potem do Shrewsbury, gdzie wypiliśmy włoską kawę i poszalałyśmy z Sąsiadką na zakupach w... sklepie papierniczym. Najbardziej owocnym dniem był jednak poniedziałek. Poszliśmy na spacer do osiołków - nawet do nas wyszły, wszystkie trzy - upiekłam muffiny dla Sąsiadki, a Izajasz ugotował nam risotto. Na deser wypiliśmy gorącą białą czekoladę i było mi taaak dobrze... Niestety następnego dnia o świcie Sąsiadka i Izajasz musieli się zabierać do domu. Szkoda, że musieli wracać, ale wakacje nie mogą trwać wiecznie.
Mam nadzieję, że jeszcze do nas wrócą. Chociażby po to, aby rozgromić nas w królikach na wii ;)

Teraz nagle zrobiło się więcej miejsca w naszej chatce. I jest jakoś zimniej, albo mi się wdaje?

Fajnie było tak na trochę przenieść się w inne realia.

Na szczęście zbliża się magiczny czas, Anglia zaczyna mnie urzekać na nowo i wspomnienia wracają. Wczoraj była druga rocznica od kiedy I'm in lesbian with Scott Pilgrim. Gwiazdy nam sprzyjają, paczki z Polski są w drodze tudzież dotarły... Jest wspaniale :) To oficjalne.


Idę po skarpetki, bo odmarzają mi stopy :P

czwartek, 11 października 2012

Plany zastępcze

Cały tydzień żyłam nadzieją, ale chyba sobie odpuszczę. Jest czwartkowy wieczór i pewnie nic z tego, co skrzętnie sobie zaplanowałam, nie przejdzie. Pora wcielić w życie plan B i byłoby miło, gdyby ten wypalił. Ale przez chwilkę fajnie było pomarzyć. Cóż, może kiedyś, może gdzie indziej. I następnym razem nie będę skrzętnie planować, tak na wszelki wypadek.
Ostatnimi dniami poznawałam zakątki sąsiedztwa, których dotychczas nie widziałam oraz przekonałam się, jak milutko jedzie się na rowerze podczas deszczu. Najlepiej jest zjeżdżać z górki. Jupijej!
A czy ja w ogóle opowiadałam o tym, jak to ciekawie minął nam ostatni weekend? Konkretniej chodzi mi o sobotę. Chyba nie. To opowiem! W sobotę rano miał nas odwiedzić elektryk, żeby sprawdzić instalację. Wpadł z poślizgiem, pooglądał, pokiwał głową, wykazał co mamy "against the law" i założył nam nowy alarm przeciwpożarowy, który jest tak czuły, że nie możemy nawet przypalić jedzenia w piekarniku bo zaczyna wyć. Przetestowane. Po odwiedzinach elektryka i próbach załatwienia spraw u mechanika mogliśmy zająć się przyjemniejszą częścią dnia czyli... zakupami! ^^ Huahuahua. A wieczorem wybraliśmy się na urodzinowe party do Karola. Jak przystało na jubilata, gdy się pojawiliśmy to był on już ładnie zrobiony. Jak się okazało na następny dzień, nawet nie wiedział, że przyszliśmy. Ale to nie szkodzi! Posiedzieliśmy, pograliśmy na wii, pogadaliśmy, powznosiliśmy toasty w dwóch językach za zgonującego Karola. Gege był taki pijany, że prawił mi komplementy i zapomniał ze mnie szydzić. Całe szczęście nadrobił dnia następnego, bo już zaczynałam się o niego martwić. Siedziało się całkiem przyjemnie, ale w domu na mnie czekała druga impreza! Nieco inna, bo przez skype, ale to też się liczy. Moi drodzy, Mizeria została magistrem, więc było co świętować. I z tego co zaobserwowałam świętowano godnie :D
Tak wyglądała sobota. Niedziela była spokojniejsza i bardzo kontrastowa, ale nie chce mi się o tym pisać, więc nie będę.

Wszem i wobec oznajmiam, że znalazłam jedną pozytywną rzecz w "Borderlands 2". Może dzięki niej wybaczę twórcom tej gry kradzież duszy mojego chłopaka na kilka tygodni :)

A tak na koniec napiszę, że... nie jestem przekonana, czy będziemy obecni na przyszłym plebiscycie losera roku, ale Angol miałby predyspozycje drugi raz z rzędu zgarnąć ten tytuł :P

wtorek, 21 sierpnia 2012

Matko Bosko, co to się stanęło?

Wiedziałam, że w Primarku są fajne majtki i skarpetki, ale teraz mocno przesadzili z pięknem. Ledwo się zdecydowałam. Cale szczęście ten sklep z cudownymi majtkami i skarpetkami jest tak daleko od naszej chatki, bo w przeciwnym wypadku miałabym poważny problem z upchaniem mojej bielizny do niezbyt obszernych szuflad.
To taka refleksja na sam początek. Jak niektórzy zdążyli się zorientować, przeprowadziłam się do Kraju Wszędobylskiego Imbiru. Póki co wydaje mi się, że jestem po prostu na wakacjach, zwłaszcza, że nie zdążyłam jeszcze rozpakować walizki. Nie miałam czasu! To dlatego, iż dzień po przyjeździe do mojego nowego domu mieliśmy pierwszego oficjalnego gościa. Moja Narzeczona, Goha, zatrzymała się u nas na kilka dni umilając mi czas swym towarzystwem i bardzo pomagając w domowych obowiązkach. Doszło do tego, że nawet wyręczała Angola w kuchni, co - trzeba podkreślić - nie jest takie łatwe :) Przy okazji pokazaliśmy Gosi kilka ciekawych rzeczy w okolicy (np. Primark... no dobra, to był mój pomysł, w pełni interesowny), których w części nawet ja nie znałam. Miło było znowu spojrzeć na Hobbiton... kocham tamto miejsce! Teraz Goha jest już w drodze do Atlanty, a w mieszkanku zrobiło się pusto i cicho. Bądź co bądź, fajnie było mieć towarzyszkę, ale co dobre szybko się kończy - teraz muszę zmywać naczynia sama.
[Narzeczono, dziękuję za wszystko :*]
Zgodnie z zapowiedzią szukam odpowiedniego parasola, ale wybór jest szalenie trudny. Głównie ze względów portfelowych. Lecz gdy wreszcie go znajdę nie omieszkam się tym pochwalić.

Zazwyczaj nie spogląda się w przeszłość, bo to niezdrowe, ale gdybym zerknęła na sekundkę za plecy to pierwszą myślą jest Przystanek Woodstock, o którym ledwie wspomniałam. Należy to zmienić i to zaraz. Otóż moi drodzy, ten Przystanek był moim siódmym oderwaniem się od rzeczywistości. Nasza niezawodna ekipa spod bandery Brudnica Walcownik, wzbogacona o Jebie oraz wiele znajomych znajomych, była bardzo rozrywkową i sympatyczną ekipą. Co prawda z powodu nadmiaru osób, z którymi chciałoby się zamienić kilka słów oraz dostatku trunków, które skutecznie uniemożliwiały konwersację po kilku godzinach, nie odbyłam tylu rozmów, ile zakładałam odbyć. Ale te które były i czas, jaki spędziłam z moimi Kołkami był najpiękniejszy. I gra w stópki na Kamilu B., siedzenie pod plandekami, przewracanie się w grobie, wycieczki do myjek i toików przy ASP, gdzie mieli torf, spotykanie przedziwnych ludzi, odwiedzanie się nawzajem, atmosfera najpiękniejszego festiwalu na świecie, O Boże-, Boże-, Boże-, Bożenko! Jeśli o muzyczną kwestię to mam do siebie trochę żalu. Widziałam mniej, niż zakładałam. Z naszej miejscówki co prawda było słychać wszystkie trzy sceny, więc mogłabym się upierać, że byłam na wszystkim, lecz tak naprawdę byłam na Machine Head (widok z ramion Angola na ten cały tłum, pogo i falujące w powietrzu flagi - mrrr!), The Darkness, Kabanosie, Kamilu B. :D i to chyba wszystko... Więc słabo, słabiuteńko. Cóż, siurek nie miał czasu. Musiałam się nacieszyć ludźmi :) Pomyśleć, że następny Woodstock dopiero za rok. Dobrze, że wspomnienia można cały czas odświeżać, inaczej byłoby krucho, nie tylko ze mną.
Kiedy wróciliśmy z Kostrzyna miałam tydzień na odwiedziny, spotkania zapoznawcze, załatwianie ważnych spraw, pakowanie i tulenie pieseczka. Weekendowa impreza niespodziankowa u Szczura o tematyce Polska, zwana także "Porzyganie siura" była fantastyczna i na moje szczęście nikomu nie udało się na mnie womitować. Albo to było pożegnanie siura? Już nie wiem. Ważne, że było fajnie: cytrynowo, KOMANDOSOWO (sic!), bardzo tanecznie i towarzysko, szczególnie podczas gry w Prawo Dżungli, powszechnie nazywane "Misiu łapie". Co prawda pod koniec party zrobiło się nieco smutno, ale któż nie byłby smutny w takim momencie? Przecież żegnałam się na jakiś czas z Kołkami. Teraz jestem ciekawa kto pierwszy mnie odwiedzi. Hm? Już przeszliśmy przez egzamin bycia gospodarzami i nawet nam to wyszło, może ktoś chce się przekonać? Upiekę muffinki!

Z innej beczki. Zaczęłam oglądać "Misfits", głównie ze względu na Kaszyg, bo się jej to podobało. Już wiem dlaczego. Trzy godziny stracone na pogłębianiu wysiedzianej dziury na sofie i gapieniu się w ekran. Hell yeah. Czwarty odcinek już się szykuje.

Wczoraj wieczorem Angol spowodował mój chichot, który nie pozwalał mi zasnąć. Poszedł spać wcześniej ode mnie, bo ja, jako wspaniałomyślna i uczynna dziewczyna robiłam mu kanapki do pracy. Gdy skończyłam też poszłam się ułożyć wygodnie, nieco wybudzając Angola ze snu. Nagle Angol zapytał mnie: "Ile kopii?"
Jak ja uwielbiam te jego wyrwane z kontekstu zdania ^^ A potem się dziwić, że nie mogę zasnąć... bo się śmieję.


I na koniec pytanie do publiczności - znacie pana Kazimierza, tego od kamienicy?

środa, 18 lipca 2012

Wspomnienia z podziemia

Mam swoją pierwszą fotkę rentgenowską i chociaż nic nie umiem z niej wyczytać, to i tak się cieszę! Zobaczymy, czy moja radość przeminie, gdy specjalista rzuci na nią okiem.

Takie to ciężkie czasy nastały, że zamiast cieszyć się wakacjami, człowiek łamie ręce nad swoją paszczą. Ale kiedyś trzeba, zwłaszcza, że terminy naglą.

Póki co nie będę zrzędzić, tylko nadrobię zaległości, bo o ile mnie moja wyselekcjonowana pamięć nie myli, obiecałam wyjaśnić, dlaczego dałam się pokąsać i dlaczego miałam wyjetratatane. A było to na początku lipca, weekend przed moją obroną. W naszej metropolii postawiono na undergroundowe granie i dopięli swego celu organizując festiwal. Co prawda nie była to pierwsza inicjatywa, bo takie spędy miały miejsce już wcześniej, tyle że nie w centrum miasta, lecz w centrum (sic!) wsi, w której ranek nie zaczyna się od kawy tylko od rozwijania asfaltu. No dobra, złośliwości na bok, bo w tamtych jakże urokliwych okolicznościach miło się alkoholizowało i śmiało ze znajomych na scenie. Przypomina mi się też sytuacja, kiedy to razem z Sikersem szukaliśmy wyjścia i z wyciągniętymi przed siebie dłońmi. Ciemno było, nie znaliśmy terenu i próbowaliśmy natrafić na płot, który miał nas doprowadzić do bramki. W rezultacie odbiliśmy się od niego jak od trampoliny ledwo utrzymując się na nogach, przyrzekając sobie nawzajem, że nikt o tym nie musi wiedzieć i że tajemnica.
Jednak zanim zaszczyciłam swoją osobą tę undergroundową imprezę, przyjechała do mnie magister Szczur i wraz z magister Sąsiadką oraz jeszcze nie, ale na pewno wkrótce, magistrem Chmurą i Olgą - magistrem w planach ale pewnie szybciej inżynierem (chyba?), wypaliliśmy sobie faję, mocząc gardła złocistymi trunkami. Następnego dnia, mimo usilnych prób Sąsiadki wyciągnięcia mnie i Szczura ze snu, ostatecznie zwlekłyśmy się dość późno i dzień płynął leniwie. W sumie nie wiedziałyśmy nawet, że wcale nie musimy się śpieszyć, bo organizatorom festiwalu też nie bardzo zależało na czasie, dzięki czemu zyskałyśmy długie godziny czekania. Mniejsza. Po wstępnej lustracji terenu festiwalu, której wnioski zostawię sobie dla siebie, zdecydowałyśmy ze Szczurem, że idziemy na rury z Młodym. Dołączyli do nas na sam koniec Dziwadło i Żandarm. Pewnie gdybyśmy wiedziały, że do Lej Mi Pół jeszcze trochę czasu jest, to zostałybyśmy z nimi na rurach dłużej, ale mi bardzo zależało usłyszeć piosenkę o siostrze jeszcze raz. Poza tym zżerała mnie ciekawość, jaki statyw na mikrofon będzie tym razem na scenie. Wróciłyśmy więc ze Szczurem na festiwal, dowiedziałyśmy się, że Robert kocha pewną boginię Anię, która jest idealna pod każdym względem i abyśmy przypadkiem o tym nie zapomniały, powtarzał nam swoje wyznania po stokroć (zanim nie został wyproszony z imprezy, ale to smutna historia i nie będę o niej pisać). Wreszcie doczekałam się występu swoich ulubieńców. LMP wtoczyli się na scenę i zagrali cudownie chaotyczny koncert z bisami, kradnąc ponownie moje serce. Są tacy niepozbierani, mają do siebie tyle dystansu, są z BB, więc nie da się ich nie kochać. Tak mi się pomyślało, że gdybym tylko potrafiła tyle wypić i gdybym nauczyła się grać z gitarą na pasku a nie na kolanie to może mogłabym dołączyć do ich składu...? Jestem ich zagorzałą fanką i nie ukrywam tego. Lej Mi Pół to pedalski zespół jest, pedalski zespół jest, pedalski zespół jest... Dobra, wystarczy tej podniety.
W międzyczasie do mnie i do Szczura dołączyli Dziwadło i Żandarm, a że humory dopisywały to poszliśmy na piwo, potem na koncert i potem znowu na piwo... A kiedy wszystko się skończyło Dziwadełko podskakiwała, jakby tańczyła jiga i rozstaliśmy się na rozdrożu, aby grzecznie powrócić do domków i paść na twarz. Przynajmniej ja padłam, z przerwami na skrobanie się po nogach. I to właśnie następnego ranka , choć właściwie tego samego, ale kiedy słońce wstało, odkryłam czerwone placki na moich odnóżach, które z każdą godziną dokuczały mi coraz bardziej. Zapamiętać: siedzenie na trawie w krótkich spodenkach jest niebezpieczne!
Dzięki temu weekendowi zbliżający się stres musiał ustąpić przed niepowstrzymaną chęcią drapania się po ugryzieniach. Na dobre mi to wyszło. Spóźnione podziękowania dla festiwalowych towarzyszy :* Kto wie, może za rok będą więcej niż dwa tojki i się skuszę?

niedziela, 1 lipca 2012

Żałoba Party

Ostatnie szlify. Jutro nie będzie już odwrotu i jeśli znajdę jakąś wpadkę po wydrukowaniu i oprawieniu to wyjdę z siebie, stanę obok i trzepnę się w ucho.

Zostałam na szarym końcu, więc chociaż mogłoby się obejść bez komplikacji. I szybko. Bo już mi mózg puchnie.

W piątek mieliśmy Żałoba Party, czyli ostatnią imprezę na Słowackiego. Jeszcze nigdy nie było mi tak smutno idąc na libację. Tyle wspomnień zamkniętych w tych ścianach. Tyle przetańczonych nocy, zjedzonych kanapek, poranków z kapciem w ustach i niezapomnianym widokiem z okna... Będę zawsze mile wspominać wszystkie imprezy, te małe i te duże, które przyszło nam tam wyprawiać. Cóż, trochę tam się działo... (tutaj następuje chwila refleksji zakończona błogim uśmiechem na twarzy siurka)
Z całej imprezy najbardziej zapadła mi w pamięci Częstochowa (:D) i samonapełniające się kubeczki i kieliszki. Dobrze, że jednak z Mizerią wróciłyśmy się po znicze, bo poza elementem wystroju okazały się bardzo pożyteczne, gdy zapadły egipskie ciemności w łazience. Jako że była to ostatnia taka impreza to sobie nie żałowałam, ani trochę - dziękuję mojej ekipie ratunkowej, co złego to nie ja, tylko Asiura. I czereśnie!

Chciałam ładnie podziękować za te wszystkie wrażenia i wspomnienia - lub ich brak - lecz niestety ściska mi się gardło, obejmuje mnie bezgraniczny smutek, po prostu nie mogę. Bo przecież to nie koniec... no nie? Teraz będzie tylko inaczej.

czwartek, 7 czerwca 2012

Najważniejsze, zeby zdążyć na Slejera

Ech. Ostatnie dni minęły pod sztandarem ostatnich - ostatnie ćwiczenia, ostatnie wykłady, ostatni dzień "w szkole", aż się robiło smutno na samą myśl. Na szczęście siedzenie pod Korfantym i lody niekoniecznie musiały być ostatnimi, ale stanowiły sympatyczne uwieńczenie dni. Najbardziej podobał mi się wpis z wykładu, na którym nigdy nie byłam. ( - I co ja mam z wami zrobić? - Dać wpisy. - Teraz? - Tak. - No dobra.) W taki oto sposób niespodziewanie szybko nadeszła sesja i siur starym zwyczajem postanowił wraz ze Szczurem godnie tę sesję rozpocząć... Ursynaliami w Warszawie :)
Idea była taka, żeby się odchamić, zrelaksować i zrobić pożytek z legitymacji studenckich, póki jeszcze je mamy. Dobór zespołów powodował u mnie ślinotok, a wizja imprezy na polu namiotowym zaostrzała apetyt. Mimo iż z tym drugim wyszło nie do końca, pierwsze zdało egzamin. Każdego dnia miałam jakiegoś faworyta. Pierwszego było to Limp Bizkit, zespół szczenięcych lat, który rozczulił mnie do tego stopnia, że ledwo nad sobą panowałam. Drugiego czekałam na In Flames i Illusion. Szwedzi rozbroili mnie swoim zapraszaniem do crowd surfingu - to co się działo pod sceną było prawdziwym piekłem i walką o przetrwanie :D Natomiast stare, dobre Illusion, które "Zwyczajnie nie" nie zagrało (jąkam się!) uświadomiło mi moją tęsknotę za kwaśnymi koncertami. Trzeciego dnia na łopatki położyła mnie Gojira. Dawno nie słyszałam tak świetnie wyselekcjonowanego dźwięku, precyzji i porządnego łomotu w jednym. Na deser pozostał Jelonek, którego przewojowałam co prawda w innym miejscu niż zazwyczaj, ale kark bolał do wczoraj, co jest wiarygodnym miernikiem zabawy. Powinnam nadmienić o koncercie Slayera, na którego mieliśmy zdążyć (...) i o występie Nightwish, który wzbudził we mnie niekontrolowaną wesołość. Zagrali 100% mojej wymaganej setlisty i bardzo mnie tym usatysfakcjonowali, do tego mieli fajne ogniki i latające drobinki, które przyciągały uwagę bardziej niż to, co działo się bezpośrednio na scenie. Ale to tak na marginesie, bo Nightwish to nie moje klimaty.
To tyle jeśli chodzi o muzyczne sprawy. Należy się kilka słów o ekipie, bo nie ukrywam, przez moment trzepałam portkami. Tymczasem moje obawy co do tego festiwalu i nocowania na Centralnym okazały się zbędne, gdyż pod swój dach przyjęła nas Martyna, niech będą jej dzięki za cierpliwość i zaufanie! Namowy Szczura zaowocowały więc nowymi znajomościami z naszą gospodynią, która lubi kroić ser, "niuniami", czyli Danielem, Tomkiem i Aleksem, a także Gosią, Sylwią i Natalią. Później dołączył Jarek zwany Systemem oraz mój nowy młodszy brat, Rysiek. O blondi księżniczce nie mówimy, bo szkoda mi miejsca w internecie. Ogólnie przez mieszkanie przewijało się wielu ludzi, do tego stopnia, że gdybym była ochroniarzami to podejrzewałabym Martynę o same najgorsze rzeczy :D Imprezowaliśmy do rana, jedliśmy tosty, piliśmy magnez i kierowaliśmy się dewizą peace and peacing. Było tak fajnie, że aż mi tego brakuje, choć właściwie wszystko rozkręciło się ostatniego dnia. Na samym festiwalu też pojawiło się sporo znajomych. Reprezentacja BA jednak została odnaleziona (i tu ukłony w stronę szczurzego wzroku), dzięki czemu wyprzytulałam TNT i Krzyka, wychylając z nimi piwo góra osiem. Znaleźliśmy się (!) też z Jezusem, który trząsł się jak w febrze. Bo w sumie zimno było... Na szczęście zawsze można było się ogrzać w namiocie piwnym, trenując przy okazji swoje umiejętności flirtowania :D Jak trafnie zauważył Angol, dobrze, że nie spotkałam żadnych Anglików, bo na pewno ochrzciłabym jakiegoś Steve'a i Boba moimi best friends. Cóż, taki ze mnie siurek ogórek. Ubolewam nieco nad tym, iż moje podchody uniemożliwiły mi pogaduchy z Mańkiem, ale mam nadzieję, że mi to wybaczy. Przynajmniej jego żona na pewno nie będzie o nas zazdrosna :D
W ciągu tych trzech dni przekonałam się, że stolica nie jest taka zła. Mają ładne toalety publiczne, śpiewające metro i uprzejmych żuli. Doświadczyłam mnóstwo przesympatycznych chwil, przeżyłam kilka muzycznych uniesień i zyskałam cenne znajomości, które należy pielęgnować. Poza blondi księżniczką, ale o tym nie piszemy. Ujmując istotę moich refleksji w sedno - fantastyczne uwieńczenie juwenaliów, jakie tylko mogłam sobie wymarzyć :)
Dzięki wszyscy :*

***
Powrót był przytłaczający, ale mam mało czasu i powinnam jak najszybciej uwinąć się z tym, co muszę zrobić. Trzeba zakasać rękawy i do roboty, bo już na horyzoncie kolejne przygody. I niekoniecznie mam na myśli Euro, chociaż poniekąd... owszem ;)

PS. Wiedzieliście, że podczas kichania najskuteczniejszą barierą dla rozprzestrzeniania się zarazków jest kichanie w łokieć?

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Za zające, króliki i krewnych Królika

Miniony weekend był intensywniejszy, niż się tego spodziewałam.
Spędziłam go na udawaniu nieprzytomności, urazu kręgosłupa i poparzeniach obu rąk spowodowanych wyskoczeniem z płonącego budynku. Przy okazji nasłuchałam się wielu komplementów - w znacznej części nieszczerych, przecież należy zapewnić poszkodowanemu komfort psychiczny, więc trzeba mówić, mniejsza o treść. Ale to z 19-tką na karku mi schlebiło. Wyglądam apetycznie jako kebab w cienkim cieście ;)
Nieco później powstałam i zamieniłam się w Marcowego Zająca zamieszkującego Brudnicę Czarów. Kolejna impreza tematyczna u Szczura wypadła świetnie. Niestety, na samym początku zostałam poczęstowana magicznymi napojami, których działania nikt nie znał i miało się je ujawnić dopiero na końcu imprezy. Ujawniło się i to boleśnie. Magiczne napoje bardzo źle działają na głowę, wierzcie mi... Ale to nieważne, bowiem wręczyliśmy prawie że w pełnym gronie zaległy urodzinowy prezent dla Szczura, odśpiewaliśmy jej chóralne i nieskoordynowane "Sto lat", a później wychylaliśmy za jej zdrowie kielonki pełne cytrynówki. Przyznaję się ze skruchą, ze zjadłam dużo babeczek i ciasteczek, bo one tego chciały. A ja nie miałam zamiaru oponować. Standardowo wraz z Dziwadłem ulokowałyśmy się na parkiecie i frygidrygałyśmy ile się dało! Aż moje kolana trzeszczały. Inni też z nami ochoczo frygidrygali, ale nie wiem, kto ostatecznie wygrał konkurs, ponieważ zające mają krótką pamięć. A ja wczułam się w swoją rolę, jeśli wiecie, co chcę przez to powiedzieć... Trochę było mi przykro, kiedy okazało się, że Sławek jest bardziej magiczny niż ja, tzn. że swoimi karcianymi sztuczkami przyćmiewa moje. Ale warto było. Jestem pod wrażeniem. I pod wrażeniem Piki, która ma głos jak dzwon też jestem.
Martwią mnie tylko dwie rzeczy. Po pierwsze - że tak mało umiem napisać o tym czarodziejskim party, a po drugie - że pomyliły mi się ściany i byłam przekonana, że zasnęłam pod inną, gdy los chciał bym obudziła się przy kaloryferze.

Jakkolwiek - dzięki wszystkim za odskok od rzeczywistości, a szczególne podziękowania należą się Szczurowi, że po raz kolejny zechciała wziąć na siebie odpowiedzialność imprezowania z kołkami :)



To tyle mianem zreferowania weekendu.
Jeśli o dzień dzisiejszy chodzi to zauważyłam, że ostatnimi czasy podczas pichcenia w kuchni notorycznie brudzę sobie skarpetki. Z takim darem trzeba się urodzić (ewentualnie - trzeba nosić skarpetki).