Wyszłam z wprawy.
W pisaniu notek - dlatego ćwiczę, by ponownie wpaść w rytm.
W pieczeniu też wyszłam z wprawy. Uznało mi się kilka dni temu, że upiekę ciasto marchewkowe. Dawno nie było, nie jest skomplikowane, Angol nawet je lubi. Samie argumenty za. Oczekiwałam na wolny wieczór, żeby zakasać rękawy i oto nadszedł. Pełna entuzjazmu wzięłam się za mieszanie. Cóż. Mój entuzjazm przerósł umiejętności. Ciasto wyszło za rzadkie, zapomniałam o proszku do pieczenia (ale omyłkowo wsypałam podwójną porcję sody - do diaska z podobnymi pojemniczkami!), wszystko mi się wylało w piekarniku i załączył się alarm przeciwpożarowy.
Juhu! W przyszłym tygodniu zabieram się za shortbread.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wpadki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wpadki. Pokaż wszystkie posty
sobota, 10 maja 2014
środa, 19 marca 2014
Zbyt ryzykowne, by myśleć za długo
Przede wszystkim chciałam zaznaczyć, że nie cierpię jakości papieru toaletowego w publicznych toaletach! Nie znoszę. W ciągu ostatnich kilkunastu dni korzystałam z ich dobrodziejstw wielokrotnie i za każdym razem myślałam o tym samym. "Nie cierpię tego papieru".
Teraz, gdy frustracja została wylana mogę przystąpić do radosnej części posta.
Nie wspomniałam ostatnio o przemiłym dniu kobiet, który zaserwował mi mój mężczyzna. Kino, spacer, cornish pasty, kino po raz drugi, a wieczorem impreza. Z wizją roboczej niedzieli. Obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy nie pójdę do pracy na kacu, więc musiałam stopować, ale i tak było fajnie. W pracy także, mimo mycia garów przez 2,5 godziny.
Innego dnia wybraliśmy się na zakupy do Wielkiego Miasta. Misja: garnitur dla Angola. Status: pomyślnie zrealizowana. Przy okazji poszwędaliśmy się po Birmingham, lecz tylko troszeczkę, bo bolały mnie stopy (do licha ciężkiego, kto mi podrzucił pomysł z obcasami?!), a wieczorem ponownie rozsiedliśmy się w kinowych fotelach, wychylając uprzednio pintę cydra w naszym ulubionym pubie w Shrewsbury. Lecz była to dopiero rozgrzewka przed weekendem. W planach było polowanie na kiecki z Mizerią. Nie wiem, dlaczego założyłyśmy takie szczytne cele, skoro doskonale wiemy, jak wyglądają nasze wspólne polowania odzieżowo-obuwnicze (na przykład kultowego flapjackowego zielonego wełnianego swetra szukam po dziś dzień)... ale bardzo się cieszyłam na samą myśl spędzenia całeeeego dnia z Mizerią. Przemierzyłyśmy kilka centrów handlowych, zaglądając do wszystkich sklepów z ubraniami - poza M&S ze względu na wysoką średnią wiekową i Nike, bo oni chyba jeszcze sukienek nie produkują. Wróciłyśmy do domu z kilkoma płytami, szortami i słodyczami panjabi. Sukienek jak nie było tak nie ma.
Ale za to miałam swój pierwszy raz! Jeździłam czerwonymi piętrowymi autobusami, które chyba każdemu kojarzą się z Anglią (a już na pewno z Londynem). Frajda niesamowita! Oczywiście nie obyło się bez obciachu na schodach, kiedy to próbowałam z gracją zejść na dolny poziom. Autobus zahamował i skręcił, więc narobiłam hałasu i prawie spadłam ze schodów, udając Michaela Flatley'a z marnym skutkiem. Jednak muszę nadmienić, że kultura jeżdżenia autobusem jest na bardzo wysokim poziomie. Nie zdziwiło mnie witanie się każdego pasażera z kierowcą oraz dziękowanie za otworzenie drzwi (przyzwyczaiłam się do tego), ale miłą niespodzianką było to, że po naciśnięciu przycisku "stop" autobus zatrzymywał się na najbliższym przystanku, a kierowca cierpliwie czekał, aż dany pasażer wytoczy się ze środka pojazdu. Żadnego pośpiechu, żadnych nerwów, inni czekają cierpliwie w kolejce... gdy o tym myślę tym bardziej nie umiem pojąć, jak to się stało, że stojąc z Mizerią w kolejce do wejścia uciekł nam autobus...
Prawdopodobnie my tak po prostu mamy - przypominają mi się historie pożegnań na przystankach tramwajowych tudzież sprinty na ostatni autobus miejski do domu.
Wisienką na torcie weekendowym było wyjście do ... kina! (proszę udawać zaskoczenie) Angol zabrał mnie na absolutnie fenomenalny film, który zajął na mojej liście bardzo wysokie miejsce. "The Zero Theorem". Jeśli będziecie mieć okazję obejrzyjcie koniecznie. Mam dreszcze, gdy o tym myślę :)
Weekend ciągle trwał ku mej niewypowiedzianej radości. Korzystając z wolnej niedzieli i pięknej, słonecznej pogody Angol wyprowadził mnie na spacer, żebym się trochę wybiegała. Poszliśmy na wieżę, którą widzę od kilku lat i do tej pory nie było okazji jej zwiedzić. Flounders' Folly, gdyż tak się nazywa ten zabytek, zostało zbudowane właściwie nie wiadomo po co. Jest kilka teorii; jedna z nich głosi, że fundator, Benjamin Flounders, chciał zostawić po sobie ślad z okazji swoich 70-tych urodzin, dodatkowo dając biednym tubylcom okazję do zarobku. Inna, dość kuriozalna teoria mówi, iż wieża miała służyć obserwacji statków w Kanale Bristolskim oraz na rzece Mersey, mającej ujście w Liverpoolu. Cóż, widoczność w niedzielę była zdumiewająco dobra, ale nasz wzrok najdalej sięgał wzgórz w Walii oraz wzniesień hrabstwa Shropshire. Nieważne. Widoki i tak były zapierające dech w piersiach, zwłaszcza w połączeniu z porywistym wiatrem.
Mieszkam w przepięknej okolicy. Zachwycam się za każdym razem, gdy na to patrzę.
Teraz koniec dobrego, trzeba zakasać rękawy i trochę popracować, bo czuję się odrobinę rozpuszczona :)
PS. Gdy na koniec wypocin wymyślałam tytuł Angol przypadkowo wyłączył mi komputer. Stąd tytuł :P
PS. Gdy na koniec wypocin wymyślałam tytuł Angol przypadkowo wyłączył mi komputer. Stąd tytuł :P
Etykiety:
ciekawostki,
euforia,
fotki,
góry,
kino,
love,
party,
praca,
relacje,
Shrewsbury,
UK OK,
wędrowanie,
wpadki,
złote myśli
środa, 5 marca 2014
Jeden z tych dni
Jakiś pechowy dzień. Ktoś rzucił klątwę czy jak?
Najpierw czekałam, długo czekałam i nie mogłam zrobić nic, bo gdybym zaczęła to pewnie musiałabym się szybko zbierać wychodzić. Zatem czekałam.
Gdy wreszcie dotarłam do pracy, zobaczyłam, że mój kubek jest poważnie uszczerbiony. Zmartwiło mnie to troszkę, bo moje kubki mają dla mnie bardzo duże znaczenie emocjonalne. W ramach zemsty zwanej przypadkiem wlałam wrzącą wodę do kubka szefowej. Kubek pękł zalewając cały blat kawą. A na opakowaniu wytłuszczone - nie zalewać wrzątkiem, bo to kawa rozpuszczalna! Masz ci los.
Później wijąc się wśród gałęzi, wózka i kwiecistych żyrandoli w firmowym busie, w poszukiwaniu serwetki (w kolorze ivory), zauważyłam z przerażeniem, że rozdeptałam biedronkę. Szlag! Pierwsza biedronka tej wiosny i od razu martwa! Zupełnie jak z borsukami... tyle że borsuków nie rozdeptuję.
Patrząc na rozgniecione moim trampkiem zwłoki pomyślałam: "to nie będzie dobry dzień".
Na szczęście obyło się bez tłuczenia kosztownych rzeczy. Spadło tylko na mnie lustro, delikatnie wgniatając mi okulary i spędziłam kwadranse przy bezpiecznikach, bo pralka nie podołała...
Pełna nadziei wróciłam do domu z myślą, że wszystko się odmieni, bo jest Pancake Day i można się obżerać bez wyrzutów sumienia. Obżarłam się. Byłam szczęśliwa. A później myjąc naczynia rozbiłam moją ulubioną szklankę. W efekcie ozdobiłam sobie dłoń gustownymi plasterkami (w kolorze ivory) a mój dzielny mężczyzna podjął się wyzwania i dokończył za mnie mycie garów...
Chyba nie będę się już dzisiaj niczego podejmować. Tak będzie lepiej dla nas wszystkich.
Najpierw czekałam, długo czekałam i nie mogłam zrobić nic, bo gdybym zaczęła to pewnie musiałabym się szybko zbierać wychodzić. Zatem czekałam.
Gdy wreszcie dotarłam do pracy, zobaczyłam, że mój kubek jest poważnie uszczerbiony. Zmartwiło mnie to troszkę, bo moje kubki mają dla mnie bardzo duże znaczenie emocjonalne. W ramach zemsty zwanej przypadkiem wlałam wrzącą wodę do kubka szefowej. Kubek pękł zalewając cały blat kawą. A na opakowaniu wytłuszczone - nie zalewać wrzątkiem, bo to kawa rozpuszczalna! Masz ci los.
Później wijąc się wśród gałęzi, wózka i kwiecistych żyrandoli w firmowym busie, w poszukiwaniu serwetki (w kolorze ivory), zauważyłam z przerażeniem, że rozdeptałam biedronkę. Szlag! Pierwsza biedronka tej wiosny i od razu martwa! Zupełnie jak z borsukami... tyle że borsuków nie rozdeptuję.
Patrząc na rozgniecione moim trampkiem zwłoki pomyślałam: "to nie będzie dobry dzień".
Na szczęście obyło się bez tłuczenia kosztownych rzeczy. Spadło tylko na mnie lustro, delikatnie wgniatając mi okulary i spędziłam kwadranse przy bezpiecznikach, bo pralka nie podołała...
Pełna nadziei wróciłam do domu z myślą, że wszystko się odmieni, bo jest Pancake Day i można się obżerać bez wyrzutów sumienia. Obżarłam się. Byłam szczęśliwa. A później myjąc naczynia rozbiłam moją ulubioną szklankę. W efekcie ozdobiłam sobie dłoń gustownymi plasterkami (w kolorze ivory) a mój dzielny mężczyzna podjął się wyzwania i dokończył za mnie mycie garów...
Chyba nie będę się już dzisiaj niczego podejmować. Tak będzie lepiej dla nas wszystkich.
niedziela, 5 stycznia 2014
Cisowa niedziela
O, leniwa niedzielo! Zbawienie moje! Tak rzadko cię mam, a gdy już cię mam celebruję bez wstydu.
Wstałam sobie późno i siedząc na sofie, owinięta szlafrokiem pałaszowałam jogurt waniliowy (bez laktozy) na śniadanie. Oglądaliśmy z Angolem najnowszy odcinek "The Big Bang Theory" i cieszyłam się, że mam wolne. Było mi tak błogo! Tak spokojnie! Tak beztro...
* - edytowane, wdarł się błąd tłumacza, czyli mój :P
Riiing, riiing!
Mój telefon. Dzwoni szefowa nr 2. A właściwie nr 3. O co chodzi? Dlaczego mnie chcą w niedzielny poranek? Czyżby...? Od razu czai się myśl "czy ja mam być właśnie w pracy?"
Okazało się, że moje domysły były prawdziwe. Klasyczna wtopa. Na szczęście moi przełożeni tak mnie kochają, że wybaczyli moje przeoczenie (klnę się na ogórki, naprawdę nie wiedziałam, że jestem wpisana w grafik). Ponadto spekuluję, że moja seksowna chrypka również pomogła - brzmiałam, jakby mnie właśnie obudzono z pijackiego snu.
Ain't no rest for the wicked.
Przy okazji niedzieli - zastanawiałam się ostatnio, dlaczego przy kościołach w Anglii zawsze rosną cisy. Przypadek? Tradycja? A może kaprys?
Poszperałam trochę i okazało się, że te powoli rosnące, trujące drzewa są elementem pogańskich wierzeń i druidzkich zwyczajów. Cis jako roślina wiecznie zielona miał kojarzyć się z nieśmiertelnością duszy. Później dopiero pogląd ten przejęło chrześcijaństwo.
Z innego źródła dowiedziałam się, że cisy sadzone były przy kościelnych trawnikach i cmentarzach, aby chronić je od wiatru. Z drugiej strony drewno cisowe jest elastyczne i twarde, więc służyło za idealny materiał do wyrobu łuków*. Chroniły więc kościoły w podwójnym tego słowa znaczeniu. Dodatkowo na ogrodzony teren kościoła wstępu nie miały zwierzęta hodowlane, nie mogły więc otruć się poprzez spożycie liści czy owoców cisu. Wszystkie te teorie są jedynie domysłami, ale rysuje się z nich pewien schemat.
W typowym ogródku przykościelnym znaleźć można cis rosnący tuż nad bramą wejściową (wszystkie są niemal identyczne) oraz przy wejściu do kościoła, które zazwyczaj znajduje się z boku nawy.
To tyle z ciekawostek przy niedzieli :)
Miłego tygodnia, Misiaczki!
* - edytowane, wdarł się błąd tłumacza, czyli mój :P
Etykiety:
ciekawostki,
moi,
niedziela,
peszek,
praca,
samo życie,
UK OK,
wpadki,
wykopaliska
czwartek, 30 maja 2013
Nawet w deszczowe dni tam świeci słońce, czyli o pracy, którą się kocha
Kiedy zakładam błękitny t-shirt w rozmiarze s (s jak dla słonia) a na szyi zawieszam gwizdek, świat robi się tęczowy. Uśmiech sam pojawia się na twarzy. Zwłaszcza, gdy popełniam żenujące błędy... Na szczęście wiele ludzi mi to wybacza, bo ten uśmiech potrafi zahipnotyzować, a poza tym w ogóle mam fory, co tu ukrywać.
Co proszę? Nie słyszę. Nie rozumiem, mówcie wyraźniej.
A, chcecie się dowiedzieć co to za żenujące błędy? O wy, bestie ciekawskie. Nic tylko polujecie na skandale.
Otóż jako wszechstronnie uzdolniona poliglotka od siedmiu boleści potrafię przy odbieraniu zamówień od klientów pomylić cheeseburgera z dwoma herbatami lub zawiesić się, kiedy ktoś prosi o bree. Ten ser, kretynko! Albo rozlać coś, coś upuścić, podnieść i upuścić to jeszcze raz, o czymś zapomnieć, kogoś nie zrozumieć i pytać osiem razy nim zakapuję... mogę tak długo wymieniać. Lecz moja niezdarność zdaje się tylko pogłębiać sympatię. W przeciwnym razie skąd brałyby się te wyznania miłości i diamenty w prezencie?
A ile frajdy mam przy kasie... Nie wiedzieć dlaczego, funt szterling wzbudza we mnie zakłopotanie. Czasem nie mam pojęcia, ile pieniędzy trzymam w dłoni, szczególnie jeśli są to monety, gdyż z banknotami radzę sobie znacznie łatwiej. Hm, swoją drogą, zastanawiające. Im mniejsze nominały, tym gorzej. Potrzeba mi więcej praktyki. Najłatwiej zapamiętać duże kanciate 50 i małe kanciate 20, a reszta na wyczucie :P
No dobrze, może troszeczkę egzageruję, ale z matematyką nigdy nie byłam zaprzyjaźniona. Czasami nawet się waham, czy mam w głowie sobie liczyć po polsku czy po angielsku? Jak będzie łatwiej, żeby się nie pomylić? Olaboga, co za rozterki!
Jedno wiem na pewno. Dobrze być z powrotem.
Co proszę? Nie słyszę. Nie rozumiem, mówcie wyraźniej.
A, chcecie się dowiedzieć co to za żenujące błędy? O wy, bestie ciekawskie. Nic tylko polujecie na skandale.
Otóż jako wszechstronnie uzdolniona poliglotka od siedmiu boleści potrafię przy odbieraniu zamówień od klientów pomylić cheeseburgera z dwoma herbatami lub zawiesić się, kiedy ktoś prosi o bree. Ten ser, kretynko! Albo rozlać coś, coś upuścić, podnieść i upuścić to jeszcze raz, o czymś zapomnieć, kogoś nie zrozumieć i pytać osiem razy nim zakapuję... mogę tak długo wymieniać. Lecz moja niezdarność zdaje się tylko pogłębiać sympatię. W przeciwnym razie skąd brałyby się te wyznania miłości i diamenty w prezencie?
A ile frajdy mam przy kasie... Nie wiedzieć dlaczego, funt szterling wzbudza we mnie zakłopotanie. Czasem nie mam pojęcia, ile pieniędzy trzymam w dłoni, szczególnie jeśli są to monety, gdyż z banknotami radzę sobie znacznie łatwiej. Hm, swoją drogą, zastanawiające. Im mniejsze nominały, tym gorzej. Potrzeba mi więcej praktyki. Najłatwiej zapamiętać duże kanciate 50 i małe kanciate 20, a reszta na wyczucie :P
No dobrze, może troszeczkę egzageruję, ale z matematyką nigdy nie byłam zaprzyjaźniona. Czasami nawet się waham, czy mam w głowie sobie liczyć po polsku czy po angielsku? Jak będzie łatwiej, żeby się nie pomylić? Olaboga, co za rozterki!
Jedno wiem na pewno. Dobrze być z powrotem.
Etykiety:
moi,
optymistycznie,
praca,
samo życie,
UK OK,
wpadki
Subskrybuj:
Posty (Atom)