Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędrowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędrowanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 września 2015

Najlepsze miejsce do ukrywania się we wrzosach

Jakiś czas temu wspomniałam, że jak znajdę trochę czasu to napiszę Wam o najlepszym miejscu do ukrywania się we wrzosach. Czasu co prawda nie mam, ale przy kubku kawy z mlekiem czekoladowym (bez laktozy) naszła mnie ochota na pisanie. Takiej okazji nie można odtrącić.

Wrzosy w chwili obecnej nie są imponujące, gdyż okres ich świetności przypada na koniec sierpnia i początek września. Kiedyś dawno temu, w odległym dzieciństwie czytałam książkę, w której bohaterka jechała do swojego nowego domu przez wrzosowisko. Nie do końca świadoma co to znaczy, wyobrażałam sobie jakieś ponure, straszne miejsce. Nic bardziej mylnego.

Niedaleko miejscowości, w której mieszkam rozciągają się pofałdowane wzgórza. Nie ma nic oprócz owiec, paproci, borówki i wrzosów właśnie (i lotniska dla szybowców). Kiedy wrzosy zaczną kwitnąć to miejsce wygląda bajecznie!

Gdy zapytacie, gdzie są najlepsze, najpiękniejsze wrzosowiska w Anglii zapewne usłyszycie, że w Yorkshire. Tam ogólnie wszystko jest najlepsze, jak powszechnie wiadomo ;) Warto jednak wziąć pod uwagę wciąż tajemnicze i sielskie Shropshire Hills. A jeśli jesteście nie tylko fanami flory, ale także amatorami wędrówek po górach to polecam wejść na Caer Caradoc i tam na samym szczycie z powodzeniem można chować się we wrzosach i obiecuję, nikt Was nie znajdzie.

Sami popatrzcie.



czwartek, 7 maja 2015

Inwazja Polaków na Flounder's Folly

Majówka już dawno poszła w niepamięć. Było mokro i zimno, i w ogóle mniej majowo niż sobie tego życzyłam. Nie przeszkodziło to wcale w grillowaniu (a jakże), ani tradycyjnej już wyprawie do przyjezdnego wesołego miasteczka w Ludlow. W poniedziałek pogoda zrobiła wszystkim miłą niespodziankę i pozwoliła przebić się promieniom słonecznym oraz wstrzymała ten szalony wicher. I dobrze, bo moje zioła mogłby tego dłużej nie znieść.
Tak się szczęśliwie złożyło, że właśnie w bank holiday'owy poniedziałek można było wejść na wieżę Flounder's Folly, o której już kiedyś wspominałam w tym miejscu. Dla przypomnienia: wbudowano ją w niejasnym celu 200 lat temu na szczycie wzgórza i stoi do teraz.
Wieża zazwyczaj jest zamknięta dla turystów, ale obiecaliśmy sobie z Angolem, że tam wejdziemy. W tym kraju mało znane obiekty historyczne często są otwarte tylko w wyznaczone dni w ciągu roku. Można sobie sprawdzić, w które dni zwiedzanie jest udostępnione i czyhać na okazję. Często wstęp jest darmowy (chociaż mile widziane jest wrzucenie monety do puszki w ramach datków).
Zatem plan na wolny poniedziałek był. Założyliśmy wygodne buty i w południe ruszyliśmy na szlak.
Szło się  przyjemnie. Zapach żywicy budził we mnie wspomnienie Beskidów. Słońce miło grzało, pobudzone owady odbijały się od twarzy, a bluza i szalik okazały się być zbędnym balastem. Dość szybko dotarliśmy na szczyt pod wieżę. Przekonaliśmy się, że nie tylko ja zainteresowałam się poznawaniem lokalnej historii, bo wokół budowli utworzyła się mala grupka emerytów z psami oraz kilka młodych jednostek. Pan Strażnik Wieży poradził, żebyśmy poczekali chwilę, bo na górze jest już tłok. Pospacerowaliśmy więc sobie dookoła, ponapawaliśmy się widokami (widok znajomy, w którą stronę nie spojrzysz - wzgórza, pastwiska i pola uprawne) i doczekaliśmy się naszej kolejki.
80 stóp wyskości (26 metrów) nieco zmieniło perspektywę. Dojrzeć można było Black Mountains w Walii pod warunkiem, że wiedziało się, gdzie szukać.  Dzięki tablicom informacyjnym mogłam dowiedzieć się mniej więcej gdzie jest co i pooglądać Great Malvern, Long Mynd czy Wrekin.
Gdy się napatrzyliśmy zarządzono odwrót. Pan Strażnik Wieży zagadał, czy się podobało, gdzie mieszkamy, a skąd pochodzimy. "Poland! Dziękuję!" okazało się, że synowa Pana Strażnika Wieży pochodzi z Opola i był na weselu. Froslaf, też tam był i Warsaw w '59. I jeszcze na Słowacji był i widział Tatry i w Rosji też był. Światowy Pan Strażnik Wieży. Przyjemnie nam się rozmawiało, nauczyliśmy jeszcze Pana powiedzieć "dzień dobry", a na koniec padł żart, że pewnie nie będziemy głosować na UKIP.
Ruszyliśmy więc w drogę powrotną. Schodziliśmy sobie i spotkaliśmy na drodze naszych rodaków (których wcześniej notabene nie załam). Uprzejmi ludzie, emeryci, wiadomo. Ucięliśmy sobie z nimi pogawędkę i sprzedaliśmy cynk, że Pan Strażnik Wieży mówi po polsku.
Ruszyliśmy w dalszą drogę, dotarliśmy do parkingu i spotrzegliśmy znajomy samochód - następni Polacy... Prawdziwy najazd! Gdby każdy z nas zarejestrował się do głosowania UKIP naprawdę nie miałby żadnych szans.

Ale i tak już po ptokach. Brytyjczycy dzisiaj głosowali. Nasza kolej wypada w niedzielę. Znowu mam twady orzech do zgryzienia, bo niby mogę głosować, ale nie wiem na kogo. Czy mogłabym oddać głos na Pana Strażnika Wieży? Wyglądał na takiego co to ma poukładane w głowie...

To tyle z nowości siurkowego podwórka. Poza tym tendencja spadkowa, bo jak się chrzani to wszystko naraz. Oby do weekendu, a później jakoś to będzie.

środa, 4 lutego 2015

Weekend w Snowdonii

Wydłubałam dzisiaj z naszych butów resztki piasku, ziemi i mchu, które pozbieraliśmy w ciągu minonego weekendu. Choćbym stawała na rzęsach nie potrafię opisać, jak piękna jest Walia. To zwyczajnie trzeba zobaczyć na własne oczy. Nawet jeśl trzeba je osłaniać w obronie przed unoszącym się w powietrzu piaskiem w wietrzny dzień na plaży, tudzież gdy trzeba je mrużyć, kiedy oślepiają promienie słoneczne odbijające się od śniegu.
Daję Wam tylko namastkę, bo zdjęcia również nie oddają całego uroku, lecz lepsze to niż nic.

Morfa Nefyn

Panorama ze szlaku na Moel Eilio

Widok na Snowdon z Moel Eilio

Dziękuję sabotażystom-terrorystom za piękną wędrówkę Do następnego!

piątek, 5 grudnia 2014

Najlepszy weekend roku

Powiedziałam kilka dni temu na głos ile mam lat i się przestraszyłam. Naprawdę aż tyle?! Gdybym jeszcze była mądrzejsza, albo nie wiem, zgrabniejsza, bogatsza czy coś... a tu nic. Może ewentualnie bardziej w głowie poprzstawiane i zmarszki mimiczne. O zgrozo!
Zamiast biadolić opowiem po krótce o najlepszym, nawspanialszym, cudnym weekendzie w tym roku. Mam na myśli ten miniony. Zapomniałam całkiem o Andrzejkach, bo w głowie miałam tylko dwie rzeczy. Snowdon i Slash.
Właściwie to dobry humor zaczął się już w piątek wieczorem. W pośpiechu piekłam muffinki, bo chcieliśmy zaliczyć małe party urodzinowe naszego kolegi z Czech. Pech chciał, że przecięłam wargę przy zaklejaniu koperty (kto do cholery robi takie ostre krawędzie kopert ja się pytam?!) i nie mogłam się śmiać. A przynajmniej tak założyłam, że nie mogę, bo boli. Gdzie tam! Nie przewidziałam obecności harmonijki na imprezie, a połączenie harmonijki i wstawionych Czechów skutkuje salwami śmiechu. Pod koniec wieczoru bolały mnie wszystkie mięśnie twarzy, a łzy ciekły mi po twarzy bynajmniej nie ze wzruszenia, gdy podziwiałam podrygi Karola do czeskiego punku granego na harmonijce. Oi oi oi! Niestety dla nas była to krótka imprezka, gdyż następnego dnia szykowały sie wojaże.
Z tym też ciekawa sytuacja - planowane od dawna wojaże stanęły pod znakiem zapytania, w obliczu niespodziewanych obrotów wydarzeń... ale daliśmy radę! Wprawdzie plany się pozmieniały, ale Angolowi i mnie udało się zwiedzić zamek w Caernarfon. Próbowałam nauczyć się waijskiej wymowy, ale na nic moje próby. Hfrhfgrhwfon. Czy jakoś tak. Zaprawdę, w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie to pikuś w porównaniu z walijskimi łamańcami jęzkowymi bez samogłosek. Mimo przeciwności lingwistycznych zjedliśmy smaczny lunch w porze kolacyjnej i w pełnym składzie 6. Wspaniałych dotarło do hostelu. Wyszło na jaw kto jest dobry, a kto jest sabotażystą! I było dmuchanie wyimaginowanego ognia, bo health&safety, no ale urodzinyyyyy to trzeba dmuchać! W tym miejscu pragnę z całego serca podziękować Mizerii za PYSZNY tort i Piotrusiowi za iście teatralne udekorowanie podłogi tymże. Gdyby nie to, że obżarłam się podczas kolacji, to pewnie zjadłabym górną warstwę - była cały czas nienaruszona, a zarazki nie zdążyłyby na nią wskoczyć.
Po małym celebrowaniu położyliśmy się do łóżek, by rano skoro świt wstać i ruszyć na najwyższy szczyt w Walii. Właściciel hostelu zasugerował nam, którą trasę wybrać (ciągle chce mi się śmiać z jego żartu, family route, pf!). Jako że moja kondycja leży i kwiczy zarządzałam dużo przerw, licząc na kawałek brownies... i dzięki tym brownies udało mi się! Zdobyliśmy Snowdon i staliśmy na najwyższym szczycie Snowdonii całe 3 minuty, bo wiało jak w Kieleckim, okulary parowały, a mgła pozwalała na rozwijanie wyobraźni. Ponoć można stamtąd dojrzeć Lake District, szczyty w Szkocji, a nawet w Irlandii... ale coś mi się zdaje, że to podobny żart w stylu "family route". Czyli - jeśli wierzysz, że za tą gęstą jak śmietana mgłą widać piramidy to proszę cię bardzo, nikt nie zabroni.
Warto było. Już dawno nie czułam takiej satysfakcji, wolności i piękna w naturalnym wymiarze. Tylko Angol wie, ile razy powiedziałam "Ale tu pięknie!". Bo było pięknie...
Po naradzie ruszyliśmy w podróż powrotną wybierając family route (hrehrehre). Cała wędrówka zakończona była kawą w lokalnej kawiarence i ekstremalną jazdą autobusem na parking, gdzie zostawiliśmy samochody. Szacunek dla kierowcy autobusu. Zasuwał tymi krętymi drogami z murkami zamiast pobocza, pogwyzdywał wesoło i na ostrych zakrętach przytrzymywał się uchwytu, by nie wypaść z fotela. Facet musi kochać swoją pracę...
Także ten. Dziękuję ekipie - M&M's, Ewa, Danka, sabotażyści i krasnoludy, do następnego :) Obiecuję, że nie będę tyle stękać i kupię sobie buty do chodzenia a nie do ślizgania się po kamieniach. Za słodkości i prezenty też dziękuję. Było mi szalenie miło.
Na moje szczęście weekendowe przyjemności nie skończły się wraz z nadejściem poniedziałku, gdyż w pracy panowała ciągle radosna atmosfera, a prognozy na wieczór zapowiadały się gorrrąco... Angol już dawno powiedział mi, jaki ma dla mnie prezent urodzinowy. Sama mu go podrzuciłam, wracając pewnego dnia po pracy do domu i lamentując, że Slash gra w Birmingham dokładnie w moje urodziny i to musi być znak. Dobrze się domyślacie, w poniedziałkowy wieczór jechałam z Knurkiem zobaczyć miłość mojego dzieciństwa! Targały mną obawy, że moje wyobrażenia mogą przekraczać realia. Drżałam na myśl, że mogę się zawieść, bo kiedy idzie się zobaczyć na żywo kogoś, kto wydaje się być legendą, presja jest ogromna. Było kapitalnie! Legendarny Slash zagrał dla mnie Happy Birthday w wersji "Sweet Child O'Mine". I ja wiem, że to było specjalnie dla mnie ;) Reszta zespołu, zwłaszcza Myles, bardzo przypadli mi do gustu. Naładowałam się. I ciągle jeszcze przeżywam. Knurku, dziękuję. Ty wiesz.

Fajnie jest mieć urodziny. Nie ważne, które :) Zakwasy ma się przecież w każdym wieku...

To kiedy powtórka?? :)

środa, 19 marca 2014

Zbyt ryzykowne, by myśleć za długo

Przede wszystkim chciałam zaznaczyć, że nie cierpię jakości papieru toaletowego w publicznych toaletach! Nie znoszę. W ciągu ostatnich kilkunastu dni korzystałam z ich dobrodziejstw wielokrotnie i za każdym razem myślałam o tym samym. "Nie cierpię tego papieru".

Teraz, gdy frustracja została wylana mogę przystąpić do radosnej części posta. 

Nie wspomniałam ostatnio o przemiłym dniu kobiet, który zaserwował mi mój mężczyzna. Kino, spacer, cornish pasty, kino po raz drugi, a wieczorem impreza. Z wizją roboczej niedzieli. Obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy nie pójdę do pracy na kacu, więc musiałam stopować, ale i tak było fajnie. W pracy także, mimo mycia garów przez 2,5 godziny.
Innego dnia wybraliśmy się na zakupy do Wielkiego Miasta. Misja: garnitur dla Angola. Status: pomyślnie zrealizowana. Przy okazji poszwędaliśmy się po Birmingham, lecz tylko troszeczkę, bo bolały mnie stopy (do licha ciężkiego, kto mi podrzucił pomysł z obcasami?!), a wieczorem ponownie rozsiedliśmy się w kinowych fotelach, wychylając uprzednio pintę cydra w naszym ulubionym pubie w Shrewsbury. Lecz była to dopiero rozgrzewka przed weekendem. W planach było polowanie na kiecki z Mizerią. Nie wiem, dlaczego założyłyśmy takie szczytne cele, skoro doskonale wiemy, jak wyglądają nasze wspólne polowania odzieżowo-obuwnicze (na przykład kultowego flapjackowego zielonego wełnianego swetra szukam po dziś dzień)... ale bardzo się cieszyłam na samą myśl spędzenia całeeeego dnia z Mizerią. Przemierzyłyśmy kilka centrów handlowych, zaglądając do wszystkich sklepów z ubraniami - poza M&S ze względu na wysoką średnią wiekową i Nike, bo oni chyba jeszcze sukienek nie produkują. Wróciłyśmy do domu z kilkoma płytami, szortami i słodyczami panjabi. Sukienek jak nie było tak nie ma. 
Ale za to miałam swój pierwszy raz! Jeździłam czerwonymi piętrowymi autobusami, które chyba każdemu kojarzą się z Anglią (a już na pewno z Londynem). Frajda niesamowita! Oczywiście nie obyło się bez obciachu na schodach, kiedy to próbowałam z gracją zejść na dolny poziom. Autobus zahamował i skręcił, więc narobiłam hałasu i prawie spadłam ze schodów, udając Michaela Flatley'a z marnym skutkiem. Jednak muszę nadmienić, że kultura jeżdżenia autobusem jest na bardzo wysokim poziomie. Nie zdziwiło mnie witanie się każdego pasażera z kierowcą oraz dziękowanie za otworzenie drzwi (przyzwyczaiłam się do tego), ale miłą niespodzianką było to, że po naciśnięciu przycisku "stop" autobus zatrzymywał się na najbliższym przystanku, a kierowca cierpliwie czekał, aż dany pasażer wytoczy się ze środka pojazdu. Żadnego pośpiechu, żadnych nerwów, inni czekają cierpliwie w kolejce... gdy o tym myślę tym bardziej nie umiem pojąć, jak to się stało, że stojąc z Mizerią w kolejce do wejścia uciekł nam autobus... 
Prawdopodobnie my tak po prostu mamy - przypominają mi się historie pożegnań na przystankach tramwajowych tudzież sprinty na ostatni autobus miejski do domu.
Wisienką na torcie weekendowym było wyjście do ... kina! (proszę udawać zaskoczenie) Angol zabrał mnie na absolutnie fenomenalny film, który zajął na mojej liście bardzo wysokie miejsce. "The Zero Theorem". Jeśli będziecie mieć okazję obejrzyjcie koniecznie. Mam dreszcze, gdy o tym myślę :)
Weekend ciągle trwał ku mej niewypowiedzianej radości. Korzystając z wolnej niedzieli i pięknej, słonecznej pogody Angol wyprowadził mnie na spacer, żebym się trochę wybiegała. Poszliśmy na wieżę, którą widzę od kilku lat i do tej pory nie było okazji jej zwiedzić. Flounders' Folly, gdyż tak się nazywa ten zabytek, zostało zbudowane właściwie nie wiadomo po co. Jest kilka teorii; jedna z nich głosi, że fundator, Benjamin Flounders, chciał zostawić po sobie ślad z okazji swoich 70-tych urodzin, dodatkowo dając biednym tubylcom okazję do zarobku. Inna, dość kuriozalna teoria mówi, iż wieża miała służyć obserwacji statków w Kanale Bristolskim oraz na rzece Mersey, mającej ujście w Liverpoolu. Cóż, widoczność w niedzielę była zdumiewająco dobra, ale nasz wzrok najdalej sięgał wzgórz w Walii oraz wzniesień hrabstwa Shropshire. Nieważne. Widoki i tak były zapierające dech w piersiach, zwłaszcza w połączeniu z porywistym wiatrem.
Mieszkam w przepięknej okolicy. Zachwycam się za każdym razem, gdy na to patrzę.


Teraz koniec dobrego, trzeba zakasać rękawy i trochę popracować, bo czuję się odrobinę rozpuszczona :)


PS. Gdy na koniec wypocin wymyślałam tytuł Angol przypadkowo wyłączył mi komputer. Stąd tytuł :P