Ostatnio pisanie nie przychodzi mi z taką łatwością jak kiedyś. Zbieram w głowie myśli, formuję je w zdania, ale potem jakaś niewidzialna siła powstrzymuje mnie przed ich zapisaniem. To chyba świadomość i powątpiewanie przyczyniły się do tej blogowej ciszy.
Zresztą nie tylko tu brak nowości. Od dawna przestałam pisać jakiekolwiek teksty. Chciałabym, ale nie czuję się wystarczająco dobra.
Za milczenie można również obarczyć naszą ludzką rasę. Zwyczajnie się zniechęciłam. Czasem po prostu łatwiej i zdrowiej jest zamknąć usta. Przemilczeć. Olać gorącym strumieniem moczu.
Jakiś czas temu zdarzyło mi się oglądać znowu "Amelię". Zapomniałam, jaki to piękny film, zostawiający w człowieku ciepło jeszcze na długo po jego obejrzeniu. Byłoby pięknie żyć w świecie Amelii. Takim prostym, szczerym, w odcieniach czerwieni. Tak... hm. Muszę zadowolić się życiem siurkowym, które jest trochę bardziej skomplikowane, w kolorze zieleni i błękitu.
Ostatnio znowu byliśmy nad morzem. Wpatrując się w horyzont myślałam o tym, że tam gdzieś daleko dokładnie przede mną zaczyna się Irlandia. Wdychanie jodu zdecydowanie mi sprzyja. Tak sobie myślę, że gdybym dożyła emerytury mogłabym zamieszkać nad morzem. Spacerowałabym rano po plaży znajdując setki muszli i połamane szczypce krabów.
***
Tęsknię do Woodstocku. Już niedługo!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tęsknoty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tęsknoty. Pokaż wszystkie posty
środa, 15 lipca 2015
czwartek, 23 października 2014
Taki kaprys
Dotarła do mnie fantastyczna wiadomość o pierwszym potwierdzonym zespole na 21. Przystanku Woodstock. Black Label Sausage! Tfu Society. Wreszcie zobaczę Zakka. Lecz do Woodstocku tak daleko...
Jeszcze za nim dobra nowina zdążyła rozświetlić nasz dzień naszło mnie pragnienie, którego nijak nie da się spełnić. Poszłabym na koncert.
Koniecznie w Polsce, najlepiej klubowy. Acids, z całą ferajną starych znajomych z BA. Albo na Jelonka, ze Szczurem. O! Jak bardzo chciałabym iść na Jelonka! Albo na Żywiołaka, z Dziwadłem. Albo na Kult, albo na Kabanosa, albo na El Dupę, albo na Black River, albo na Flapjacka...
Do Rude Boy'a, bo sentyment, może przemycając coś w torbie. Albo do Kwadratu, bo ochrona. Lepiej - do legendarnego Loch Nessu. Albo do Wiatraka. Obojętne.
Pragnę wejść w tłum rozgrzanych ludzi i zyskać nowe siniaki w dziwacznych miejscach na rzecz cudownych wrażeń. Chcę na crowd surfing, żeby poczuć się, jakbym latała. Chcę trochę pomachać włosami przy barierce, tak by następnego dnia bolał mnie kark. Chcę dołączyć do metalowego wężyka. Chcę wśpiewać na całe gardło wszystkie ulubione kwaśne teksty. Chcę szczerzyć zęby w uśmiechu, machać do Mańka i posyłać mu całusy ręką. Chcę tańczyć w tłumie, w którym co chwilę spotykam kogoś znajomego. Aż wreszcie po pięknej sztuce chcę zmęczona wychylić kufel orzeźwiającego piwa przeprowadzać konwersacje na poziomie "- Nie będę nic słyszeć przez tydzień. - Co mówiłaś?!"
Chcę, tak bardzo chcę. Ale niesety chcieć to nie zawsze móc. Bo albo te miejsca nie istnieją, albo są niedostępne, ludzie za daleko... No i nie mam glanów. Jak iść w pogo bez porządnego obuwia? No właśnie, to nie Czechy, że można w klapkach. Na szczęście marzyć można nawet na boso.
PS. Specjalne pozdrowienia dla Szczura. Oraz dla Mańka, choć tego nie czyta.
Jeszcze za nim dobra nowina zdążyła rozświetlić nasz dzień naszło mnie pragnienie, którego nijak nie da się spełnić. Poszłabym na koncert.
Koniecznie w Polsce, najlepiej klubowy. Acids, z całą ferajną starych znajomych z BA. Albo na Jelonka, ze Szczurem. O! Jak bardzo chciałabym iść na Jelonka! Albo na Żywiołaka, z Dziwadłem. Albo na Kult, albo na Kabanosa, albo na El Dupę, albo na Black River, albo na Flapjacka...
Do Rude Boy'a, bo sentyment, może przemycając coś w torbie. Albo do Kwadratu, bo ochrona. Lepiej - do legendarnego Loch Nessu. Albo do Wiatraka. Obojętne.
Pragnę wejść w tłum rozgrzanych ludzi i zyskać nowe siniaki w dziwacznych miejscach na rzecz cudownych wrażeń. Chcę na crowd surfing, żeby poczuć się, jakbym latała. Chcę trochę pomachać włosami przy barierce, tak by następnego dnia bolał mnie kark. Chcę dołączyć do metalowego wężyka. Chcę wśpiewać na całe gardło wszystkie ulubione kwaśne teksty. Chcę szczerzyć zęby w uśmiechu, machać do Mańka i posyłać mu całusy ręką. Chcę tańczyć w tłumie, w którym co chwilę spotykam kogoś znajomego. Aż wreszcie po pięknej sztuce chcę zmęczona wychylić kufel orzeźwiającego piwa przeprowadzać konwersacje na poziomie "- Nie będę nic słyszeć przez tydzień. - Co mówiłaś?!"
Chcę, tak bardzo chcę. Ale niesety chcieć to nie zawsze móc. Bo albo te miejsca nie istnieją, albo są niedostępne, ludzie za daleko... No i nie mam glanów. Jak iść w pogo bez porządnego obuwia? No właśnie, to nie Czechy, że można w klapkach. Na szczęście marzyć można nawet na boso.
PS. Specjalne pozdrowienia dla Szczura. Oraz dla Mańka, choć tego nie czyta.
wtorek, 6 maja 2014
Nas uczyli w szkole, że całuje się na stole
Ostatnio biadoliłam, że nie wiem, kiedy nastał kwiecień. Maj sobie ze mnie zażartował i zaskoczył mnie jeszcze bardziej.
Trochę już nie pamiętam, jak to się pisze bloga, zwłaszcza gdy zdarzyło się tyle wartych zapisania wydarzeń, że nie mogę się zdecydować, który napisać.
Najważniejsza sprawa - odwiedziłam Polskę. Dwa razy. W rezultacie trzy weekendy kwietnia spędziliśmy z Angolem w ojczyźnie. Okazja ku temu była huczna i wyjątkowa. Najpierw żeńska część Kołków i Znajomych świętowała wieczór panieński Dziwadła. Analogicznie, dwa tygodnie później, wznosiłam toast za Młodą Parę. Do tej pory gdy o tym myślę nie mogę się przyzwyczaić, że Dziwadło jest teraz żoną Żandarma. Mimo iż jej nowe nazwisko jest mi tak doskonale znane, to jakoś nie pasuje mi w zestawie z jej imieniem. Muszę się przestawić. Sam ślub był krótki, uroczy i śmieszny. Jako świadek pełniłam naczelną rolę w kwestii wzruszenia, a pomagało mi w tym horrendalne przeziębienie, czy też alergia, nie do końca wiadomo. Ważne, że Dziwadło i Żandarm przysięgli sobie co należało, choć czasem wielebny recytował zbyt wiele tekstu do zapamiętania i powtórzenia. A później nastąpiła bardziej pijana część. Wesele, ach cóż to było za wesele! Nikt nic nie wiedział, nawet ci, którzy z założenia powinni wiedzieć najwięcej, ale koniec końców wszyscy bawili się świetnie. Kołki oczywiście zostały do rana, a jak. Pewnie gdyby się dało, zostalibyśmy jeszcze dłużej, lecz wówczas Chmura puściłby całą Warownię z dymem, a ja z Sąsiadką i Mizerią wyjadłybyśmy wszystkie babeczki z owocami i budyniem... Natańczyłam się, wyobracano mną po wsze czasy, a nowe balerinki, których szukałam jak opętana na tydzień przed weselem, sprawiły się na medal. Zero odcisków, tylko zafarbowane rajstopy. Pełen sukces.
Tak oto spędziliśmy z Angolem ponad tydzień w Polsce. Czas po brzegi wypełniony był załatwianiem urzędowych i bankowych obowiązków, nadrabianiem zaległości i odwiedzaniem znajomych, przytulaniem piesiuńcia... Udało się nam wyciągnąć Izajasza na lodowisko (!), odrobinę pojeździłam pociągami, posiedziałam przy Żubrze w prajmie, degustowaliśmy domowe wino u Chmury w ogródku, dostałam sprawozdanie z UŚ od Natki Pietruszki, sączyłam z Królową Pimm'sa... Miło było znów wypić herbatę ze starego kubka, spojrzeć na znajomą brzozę, przypomnieć sobie, jak bardzo klaustrofobicznym miejscem jest toaleta w rodzinnym domu. Z sentymentem patrzyłam na znane mi, ale jakby inne ulice, budynki, miejsca, nawet ludzi. Żal było wyjeżdżać. Bo jak wytłumaczyć Jokerowi, że muszę do znowu zostawić, no jak?
Niestety, przypomniały mi się również aspekty, za którymi wcale nie tęsknię. Załatwiając sprawę w banku jakiś wściekły facet wpadł jak bomba do pokoju w którym prowadziłam rozmowę, od progu niewybrednie skarżąc się na kompetencje konsultantki i domagał się wyjaśnienia swoich interesów. Żałosny brak dobrego wychowania - nie wspominając o przyjemniaczku, który obficie ochlapał mnie wodą z kałuży, jadąc samochodem boczną uliczką. W sumie sama się prosiłam - buty na obcasie, sukienka przed kolano i jasny, jaśniuteńki żakiet. Żal byłoby odpuścić.
(Taka się ze mnie zrobiła pańcia, fiu fiu)
Dziękuję wszystkim, dzięki którym te kilka dni było tak wyjątkowych. Wspaniale było Was znów zobaczyć. Za poszczególnymi osobnikami stęskniłam się szczególnie - nie wiedziałam, że aż tak, dopóki ich nie spotkałam. Na szczęście niedługo widzimy się znów :)
***
Teraz znów wróciłam do szarej rzeczywistości i rutyny. Hahah, żartuję, daliście się nabrać? W pracy rutynowe jest tylko parzenie herbaty i kawy, a moja rzeczywistość mieni się wszystkimi kolorami - teraz najbardziej żółtym i fioletowym, bo wszędzie są pola rzepaku i zakwitły bzy. Pisałam kiedyś, że uwielbiam ten kraj wiosną? Bo uwielbiam i nie mogę się nacieszyć wszechobecną wiosną.
Troszeczkę nas nosi i spontaniczne decyzje kończą się u nas małymi wypadami, ale o tym chyba napiszę następnym razem :) Wówczas możliwe, że następny raz będzie wcześniej aniżeli w czerwcu.
PS. Notkę dedykuję Sąsiadce, która wytrwale sprawdza, czy jest tu coś nowego i która właśnie mi napisała: "Dziś mija miesięcznica Twojego niepisania na blogu ;p"
Trochę już nie pamiętam, jak to się pisze bloga, zwłaszcza gdy zdarzyło się tyle wartych zapisania wydarzeń, że nie mogę się zdecydować, który napisać.
Najważniejsza sprawa - odwiedziłam Polskę. Dwa razy. W rezultacie trzy weekendy kwietnia spędziliśmy z Angolem w ojczyźnie. Okazja ku temu była huczna i wyjątkowa. Najpierw żeńska część Kołków i Znajomych świętowała wieczór panieński Dziwadła. Analogicznie, dwa tygodnie później, wznosiłam toast za Młodą Parę. Do tej pory gdy o tym myślę nie mogę się przyzwyczaić, że Dziwadło jest teraz żoną Żandarma. Mimo iż jej nowe nazwisko jest mi tak doskonale znane, to jakoś nie pasuje mi w zestawie z jej imieniem. Muszę się przestawić. Sam ślub był krótki, uroczy i śmieszny. Jako świadek pełniłam naczelną rolę w kwestii wzruszenia, a pomagało mi w tym horrendalne przeziębienie, czy też alergia, nie do końca wiadomo. Ważne, że Dziwadło i Żandarm przysięgli sobie co należało, choć czasem wielebny recytował zbyt wiele tekstu do zapamiętania i powtórzenia. A później nastąpiła bardziej pijana część. Wesele, ach cóż to było za wesele! Nikt nic nie wiedział, nawet ci, którzy z założenia powinni wiedzieć najwięcej, ale koniec końców wszyscy bawili się świetnie. Kołki oczywiście zostały do rana, a jak. Pewnie gdyby się dało, zostalibyśmy jeszcze dłużej, lecz wówczas Chmura puściłby całą Warownię z dymem, a ja z Sąsiadką i Mizerią wyjadłybyśmy wszystkie babeczki z owocami i budyniem... Natańczyłam się, wyobracano mną po wsze czasy, a nowe balerinki, których szukałam jak opętana na tydzień przed weselem, sprawiły się na medal. Zero odcisków, tylko zafarbowane rajstopy. Pełen sukces.
Tak oto spędziliśmy z Angolem ponad tydzień w Polsce. Czas po brzegi wypełniony był załatwianiem urzędowych i bankowych obowiązków, nadrabianiem zaległości i odwiedzaniem znajomych, przytulaniem piesiuńcia... Udało się nam wyciągnąć Izajasza na lodowisko (!), odrobinę pojeździłam pociągami, posiedziałam przy Żubrze w prajmie, degustowaliśmy domowe wino u Chmury w ogródku, dostałam sprawozdanie z UŚ od Natki Pietruszki, sączyłam z Królową Pimm'sa... Miło było znów wypić herbatę ze starego kubka, spojrzeć na znajomą brzozę, przypomnieć sobie, jak bardzo klaustrofobicznym miejscem jest toaleta w rodzinnym domu. Z sentymentem patrzyłam na znane mi, ale jakby inne ulice, budynki, miejsca, nawet ludzi. Żal było wyjeżdżać. Bo jak wytłumaczyć Jokerowi, że muszę do znowu zostawić, no jak?
Niestety, przypomniały mi się również aspekty, za którymi wcale nie tęsknię. Załatwiając sprawę w banku jakiś wściekły facet wpadł jak bomba do pokoju w którym prowadziłam rozmowę, od progu niewybrednie skarżąc się na kompetencje konsultantki i domagał się wyjaśnienia swoich interesów. Żałosny brak dobrego wychowania - nie wspominając o przyjemniaczku, który obficie ochlapał mnie wodą z kałuży, jadąc samochodem boczną uliczką. W sumie sama się prosiłam - buty na obcasie, sukienka przed kolano i jasny, jaśniuteńki żakiet. Żal byłoby odpuścić.
(Taka się ze mnie zrobiła pańcia, fiu fiu)
Dziękuję wszystkim, dzięki którym te kilka dni było tak wyjątkowych. Wspaniale było Was znów zobaczyć. Za poszczególnymi osobnikami stęskniłam się szczególnie - nie wiedziałam, że aż tak, dopóki ich nie spotkałam. Na szczęście niedługo widzimy się znów :)
***
Teraz znów wróciłam do szarej rzeczywistości i rutyny. Hahah, żartuję, daliście się nabrać? W pracy rutynowe jest tylko parzenie herbaty i kawy, a moja rzeczywistość mieni się wszystkimi kolorami - teraz najbardziej żółtym i fioletowym, bo wszędzie są pola rzepaku i zakwitły bzy. Pisałam kiedyś, że uwielbiam ten kraj wiosną? Bo uwielbiam i nie mogę się nacieszyć wszechobecną wiosną.
Troszeczkę nas nosi i spontaniczne decyzje kończą się u nas małymi wypadami, ale o tym chyba napiszę następnym razem :) Wówczas możliwe, że następny raz będzie wcześniej aniżeli w czerwcu.
PS. Notkę dedykuję Sąsiadce, która wytrwale sprawdza, czy jest tu coś nowego i która właśnie mi napisała: "Dziś mija miesięcznica Twojego niepisania na blogu ;p"
sobota, 8 lutego 2014
Za przeproszeniem, panie Jachowiczu
Siurek był chory
I leżał w łóżeczku.
I przyszedł Angolek.
- Jak się masz Siureczku?
- Źle bardzo - i rączkę
Wyciągnął do niego.
Angolek sprawdził czoło
Siurka rozgrzanego
I dziwy mu prawi:
- Zanadto się jadło
Co gorsza, nie owocki,
lecz czekoladę i ciasto;
Źle bardzo! Gorączka!
Źle bardzo, Siureczku!
Oj długo ty, długo
Poleżysz w łóżeczku
I nic jeść nie będziesz....
bo ci się nie chce wstać.
Taki weekend.
Śniło mi się, że byłam klatką na ptaki i ktoś cały czas mnie roztrzaskiwał o coś twardego. Gdzie te czasy, kiedy gorączka oznaczała bajkę w telewizji i pudełko plasteliny w prezencie od Królowej?
I leżał w łóżeczku.
I przyszedł Angolek.
- Jak się masz Siureczku?
- Źle bardzo - i rączkę
Wyciągnął do niego.
Angolek sprawdził czoło
Siurka rozgrzanego
I dziwy mu prawi:
- Zanadto się jadło
Co gorsza, nie owocki,
lecz czekoladę i ciasto;
Źle bardzo! Gorączka!
Źle bardzo, Siureczku!
Oj długo ty, długo
Poleżysz w łóżeczku
I nic jeść nie będziesz....
bo ci się nie chce wstać.
Taki weekend.
Śniło mi się, że byłam klatką na ptaki i ktoś cały czas mnie roztrzaskiwał o coś twardego. Gdzie te czasy, kiedy gorączka oznaczała bajkę w telewizji i pudełko plasteliny w prezencie od Królowej?
wtorek, 4 lutego 2014
Z nostalgią w tle
Gdzie się podziały tamte tanie loty... smętnie nucę pod nosem...
Bilety do ojczyzny zabukowane, odwrotu nie ma. Wybywam z Kraju Ściennej Magnolii w najbardziej pracowity weekend roku i nie zamierzam wrócić przed weekendem tydzień później. Czy to jasne?
To nie jest żadne moje widzimisię - to doniosła i patetyczna sprawa. Lecę by być świadkiem znamiennej chwili, w której to Dziwadło zmieni nazwisko i przy okazji stan cywilny. Oczywiście wszystko wyłącznie w celach kamuflażu - tak naprawdę to część naszego bardzo skrupulatnie obmyślanego planu, by zalegalizować nasz związek nie wystawiając się na niepotrzebne swady. Wszystko zostało bardzo starannie przygotowane, zatem nikt nawet nie będzie miał nawet najmniejszych podejrzeń. Jesteśmy takie genialne, muahahaha.
Ostatnie dni przyniosły obfite opady deszczu oraz głębokie refleksje. Rok temu byłam podekscytowana i jednocześnie przerażona - tylko kilka godzin dzieliło mnie od rozpoczęcia pierwszej pełnoetatowej pracy w Anglii. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Tak wiele, że gdy o tym myślę, nie mogę w to uwierzyć i zastanawiam się, co stało się z tamtą osobą, która z duszą na ramieniu wędrowała pod górkę, modląc się w duchu, byleby tylko zrozumieć i podołać obowiązkom. Poznałam wiele osób - tych dobrych, tych neutralnych oraz tych złych, nauczyłam się wielu rzeczy - pożytecznych i totalnie zbędnych, przekonałam się o swoich słabościach i mocnych stronach. Wiem jedno. Niczego nie żałuję. I jestem bardzo szczęśliwa z mojego obecnego miejsca we Wszechświecie, bo czuję, że właśnie tu powinnam teraz być. Mam to niewyobrażalne szczęście, że mogę codziennie budzić się we własnych czterech kątach przy Kimś Bardzo Bliskim, że mam pracę, w której się realizuję i ciągle uczę się nowych bardzo wartościowych rzeczy. Że mogę spełniać swoje małe ( i te trochę większe) zachcianki.
Pewnie, ciągle mam daleko do Królowej, do wszystkich Kołków i nie Kołków, do mojego kochanego piesiuńcia. Nie mogę wpaść do biblioteki na Słowackiego i nie mogę rozkoszować się na francuskim z wiśnią w Katowicach. W leniwy wieczór nie przyjdę bez zapowiedzi do Sąsiadki z własnym kubkiem w rękach by pogadać o niczym. Tęsknię. I tych wszystkich rzeczy bardzo mi brakuje, ale mam za to inne... mogę codziennie przytulić się do Angola, podkarmić sikorki i rudziki, podrapać za uchem Dextera i pogaworzyć z Mają. Mogę bez ustanku kontemplować uroki Anglii, która nawet o tej ponurej porze roku ma w sobie to coś, co wywołuje u mnie dreszcze.
Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że moja tęsknota dotyczy głównie przeszłości. To, co pamiętam i za czym tęsknię już nigdy nie powróci. Już nic nie będzie takie same, zbyt wiele spraw uległo zmianie. I dobrze, taka kolej rzeczy. Z drugiej strony wiem, że niektóre rzeczy pozostały niezmienne. Przecież doskonale wiem, że gdybym teraz wpadła do Sąsiadki z migdałami w cynamonie wszystko byłoby po staremu, tak jakbym wyjechała gdzieś na 2 tygodnie a teraz musiała nadrobić zaległości. Jeśli usiadłabym na krześle w kuchni w rodzinnym domu, po kilku chwilach Joker wpakowałby mi się na kolana, domagając się pieszczot. Gdybym weszła do piekarni na 3 Maja zapewne wydałabym 3 zł na dwa francuskie z wiśnią...
I takie myśli sprawiają, że cała reszta już nie jest taka przygnębiająca. ( a może to peary?)
Najistotniejsze, że za ponad 2 miesiące będę w Polsce świętować! Fanfary. Ciekawe, czy spadnie wówczas śnieg... właściwie nie miałaby nic przeciwko ^^
Bilety do ojczyzny zabukowane, odwrotu nie ma. Wybywam z Kraju Ściennej Magnolii w najbardziej pracowity weekend roku i nie zamierzam wrócić przed weekendem tydzień później. Czy to jasne?
To nie jest żadne moje widzimisię - to doniosła i patetyczna sprawa. Lecę by być świadkiem znamiennej chwili, w której to Dziwadło zmieni nazwisko i przy okazji stan cywilny. Oczywiście wszystko wyłącznie w celach kamuflażu - tak naprawdę to część naszego bardzo skrupulatnie obmyślanego planu, by zalegalizować nasz związek nie wystawiając się na niepotrzebne swady. Wszystko zostało bardzo starannie przygotowane, zatem nikt nawet nie będzie miał nawet najmniejszych podejrzeń. Jesteśmy takie genialne, muahahaha.
Ostatnie dni przyniosły obfite opady deszczu oraz głębokie refleksje. Rok temu byłam podekscytowana i jednocześnie przerażona - tylko kilka godzin dzieliło mnie od rozpoczęcia pierwszej pełnoetatowej pracy w Anglii. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Tak wiele, że gdy o tym myślę, nie mogę w to uwierzyć i zastanawiam się, co stało się z tamtą osobą, która z duszą na ramieniu wędrowała pod górkę, modląc się w duchu, byleby tylko zrozumieć i podołać obowiązkom. Poznałam wiele osób - tych dobrych, tych neutralnych oraz tych złych, nauczyłam się wielu rzeczy - pożytecznych i totalnie zbędnych, przekonałam się o swoich słabościach i mocnych stronach. Wiem jedno. Niczego nie żałuję. I jestem bardzo szczęśliwa z mojego obecnego miejsca we Wszechświecie, bo czuję, że właśnie tu powinnam teraz być. Mam to niewyobrażalne szczęście, że mogę codziennie budzić się we własnych czterech kątach przy Kimś Bardzo Bliskim, że mam pracę, w której się realizuję i ciągle uczę się nowych bardzo wartościowych rzeczy. Że mogę spełniać swoje małe ( i te trochę większe) zachcianki.
Pewnie, ciągle mam daleko do Królowej, do wszystkich Kołków i nie Kołków, do mojego kochanego piesiuńcia. Nie mogę wpaść do biblioteki na Słowackiego i nie mogę rozkoszować się na francuskim z wiśnią w Katowicach. W leniwy wieczór nie przyjdę bez zapowiedzi do Sąsiadki z własnym kubkiem w rękach by pogadać o niczym. Tęsknię. I tych wszystkich rzeczy bardzo mi brakuje, ale mam za to inne... mogę codziennie przytulić się do Angola, podkarmić sikorki i rudziki, podrapać za uchem Dextera i pogaworzyć z Mają. Mogę bez ustanku kontemplować uroki Anglii, która nawet o tej ponurej porze roku ma w sobie to coś, co wywołuje u mnie dreszcze.
Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że moja tęsknota dotyczy głównie przeszłości. To, co pamiętam i za czym tęsknię już nigdy nie powróci. Już nic nie będzie takie same, zbyt wiele spraw uległo zmianie. I dobrze, taka kolej rzeczy. Z drugiej strony wiem, że niektóre rzeczy pozostały niezmienne. Przecież doskonale wiem, że gdybym teraz wpadła do Sąsiadki z migdałami w cynamonie wszystko byłoby po staremu, tak jakbym wyjechała gdzieś na 2 tygodnie a teraz musiała nadrobić zaległości. Jeśli usiadłabym na krześle w kuchni w rodzinnym domu, po kilku chwilach Joker wpakowałby mi się na kolana, domagając się pieszczot. Gdybym weszła do piekarni na 3 Maja zapewne wydałabym 3 zł na dwa francuskie z wiśnią...
I takie myśli sprawiają, że cała reszta już nie jest taka przygnębiająca. ( a może to peary?)
Najistotniejsze, że za ponad 2 miesiące będę w Polsce świętować! Fanfary. Ciekawe, czy spadnie wówczas śnieg... właściwie nie miałaby nic przeciwko ^^
poniedziałek, 2 grudnia 2013
18 + 7 do doświadczenia
Nie mogłam dziś złapać oddechu z powodu ataku śmiechu, gdyż zostałam poinformowana o istnieniu sarkastycznego narkazmu. Ale śmiech to zdrowie, a mi się ono przyda, zwłaszcza w moim wieku (!).
Ok, wiem, jestem i tak najmłodsza z towarzystwa (z kilkoma wyjątkami). Lecz przysięgam z ręką na sercu, na moje ukochane ogórki, na barszcz czerwony, na muffinki, na brownies i na Scotta Pilgrima, że nie czuję się wcale na tyle lat, ile mam. Kiedy to wszystko minęło? Nie wiem.
Z drugiej strony wspomnień jest wiele... :)
Jak na jubilatkę przystało, zdmuchiwałam świeczki trzy razy. Najpierw był lokalny cydr w pobliskim pubie, a następnie spędziłam przyjemną noc w Ankh-Morpork wraz z Angolem, Mizerią i Piotrusiem. Żadne z nich nie dało mi wygrać. Paskudy. Na pocieszenie spałaszowałam serniczki oreo (bajka!) i cały dzień robiłam nic.
Dziękuję wszystkim za życzenia. Tym, którzy się ze mną stukali patrząc w oczy, oraz tym, którzy się pofatygowali z kartkami i listami (love <3), tym od sms-ów, tym od maili, wiadomości, ryjbuczka itd. Naprawdę, sprawiliście, że poczułam się ważna, kochana i wyjątkowa razy pierwiastek ze 100.
czwartek, 17 października 2013
Volbeat w Birmingham
Od wczoraj bardzo chciałam napisać notkę i oczywiście schrzanił mi się komputer. Na szczęście mogę skorzystać z głównego zamiast mojego miniaturowego, a okazję mam ku temu wybitną, gdyż mój luby zajmuje się typowo męską czynnością jaką jest oprawianie zwierzyny.
Tak więc uzbrojona w klawiaturę popijam rumianek z miodem i zabieram się do relacji koncertu, na którym mieliśmy przyjemność być wczoraj.
Volbeat.
Słyszałam podobno na żywo na Woodstocku 2009, ale jakoś sobie średnio przypominam. W każdym razie mam kilka utworów, które lubię i już kiedyś trzymałam w ręku bilet na ich koncert w Birmingham... gdy rozchorował się wokalista. Dawne dzieje. Moje nastawienie było neutralne i jak z przyjemnością wybrałam się na koncert dla samego faktu, tak nie spodziewałam się kisielu w majtkach czy innych takich z powodu gwoździa wieczoru. A tu niespodzianka. Lubię takie niespodzianki!
Gdy dotarliśmy na miejsce - O2 Academy - zebrał się już niemały tłumek (na marginesie - dlaczego zawsze, gdy tam idziemy szczękam zębami z zimna?). Nie jest to mój pierwszy koncert w Anglii, zatem przyzwyczaiłam się już do tego, że jest inaczej niż w Polsce. Oczywiście nie jestem ekspertem jak Angol, który pewnie był na koncercie w UK po raz czterdziesty siódmy, czy coś koło tego, ale swoje zdążyłam już zauważyć. Dlatego więc przekrój wiekowy od brzdąców w wielkich słuchawkach po "tatusiów" i "mamusie" już mnie nie dziwi. Podobnie z stylem odzienia, choć wczoraj było umiarkowanie podobnie. Oczywiście wszyscy grzeczni, uśmiechnięci, uprzejmi, żadnej wiochy czy ledwo trzymających się na nogach typów. W Anglii ludzie przychodzą na koncert, aby posłuchać muzyki. Nie żeby się zabawić.
W klubie publiczność rozgrzewał support (Iced Earth, które prezentowało mieszankę Mettaliki, Pantery i Iron Maiden), a także piwo, cydr oraz hot dogi. Znaleźliśmy z Angolem dogodne miejsce, żebym cokolwiek widziała i czekaliśmy na występ gwiazdy. Staliśmy z tyłu z racji naszego spóźnienia, a nie przepychaliśmy się do przodu, bo to niegrzecznie (naprawdę, serio, wspominałam, że jest inaczej).
Gdy na scenie pojawili się panowie z Volbeat zaskoczona zostałam entuzjastyczną reakcją fanów. Nie spodziewałam się tego po powściągliwej publice. Pierwsze kawałki, wszyscy śpiewają, bawią się (czyt. rączkami wymachują i piąstki w górę wyrzucają), a ze sceny płynie w naszym kierunku ogromna, pozytywna energia.
Podobało mi się bardzo! Poziom muzyczny i nagłośnienie rewelacyjne, kontakt z publicznością na szóstkę z plusem. "Radio Girl", "Fallen", "16 Dollars" - siur i Angol kontent. Było też trochę Motorheada, Johnny'ego Cash'a i Judas Priest. W tłum poszybowały pałeczki, kostki i membrana z autografami. No i fani... Przyznaję, że był to mój pierwszy klubowy, tak żywiołowy koncert w tym kraju. Pomijając Tenacious D, ale to inna kategoria. Warto było! Dzięki Mordko :*
W rezultacie zaostrzył mi sie apetyt na koncerty. Gdy podrygiwałam do rock'n'rollowych nut na chwilę z odpłynęłam myślami do starych, koncertowych czasów. Zatęskniłam za kwaśnym ściskiem pod barierkami, obolałym karkiem, siniakami w każdym kolorze, Jelonkowymi wężykami, crowd surfingiem i before/after imprezowaniem z Kołkami, Barmy Army czy innymi wariatami. Apeluję z tego miejsca, a dokładniej z podłogi w małej dobudówce umiejscowionej w spokojnej, angielskiej wiosce, przyjedźcie do nas! Kwasożłopy! Flapjacku! Jelonku! Przyjedźcie!
Podpisano: spragnieni koncertowego szaleństwa
Siurek Ogórek i Angol (Knurek)
***
Jeszcze wcześniej, we wtorek, oglądałam poniżenie naszych piłkarzy, sącząc Guinessa w lokalnym pubie. Przypadkiem spotkałam kolegę ze starej pracy. Powiedział mi w ramach pocieszenia, że Polacy grają w czerwonych strojach, więc on z racji pochodzenia (jest Walijczykiem) odczuwa to tak, jakby przegrywali jego piłkarze i też było mu przykro. Hm, może byłoby mi przykro, gdybym spodziewała się cudów. Ale nie, ja po prostu chciałam obejrzeć sobie mecz bez zbędnego trucia o historii, wyjątkowej rocznicy i szans sprzed dekad. Plus mina barmana, gdy zapytał "Would you mind if I ask but are you're from Poland?" i otrzymał twierdzącą odpowiedź była satysfakcjonującą nagrodą ;)
Dopijam powoli rumianek i kończę notkę, a mężczyzna nadal robi to, co robić musi, by wyżywić głodnego siurka. Za oknem ciemno i zimno. Brr. Następnym razem napiszę o rzeczach, które warto zachować dla siebie, jeśli się nie chce mieć problemów z szefem ;)
Tak więc uzbrojona w klawiaturę popijam rumianek z miodem i zabieram się do relacji koncertu, na którym mieliśmy przyjemność być wczoraj.
Volbeat.
Słyszałam podobno na żywo na Woodstocku 2009, ale jakoś sobie średnio przypominam. W każdym razie mam kilka utworów, które lubię i już kiedyś trzymałam w ręku bilet na ich koncert w Birmingham... gdy rozchorował się wokalista. Dawne dzieje. Moje nastawienie było neutralne i jak z przyjemnością wybrałam się na koncert dla samego faktu, tak nie spodziewałam się kisielu w majtkach czy innych takich z powodu gwoździa wieczoru. A tu niespodzianka. Lubię takie niespodzianki!
Gdy dotarliśmy na miejsce - O2 Academy - zebrał się już niemały tłumek (na marginesie - dlaczego zawsze, gdy tam idziemy szczękam zębami z zimna?). Nie jest to mój pierwszy koncert w Anglii, zatem przyzwyczaiłam się już do tego, że jest inaczej niż w Polsce. Oczywiście nie jestem ekspertem jak Angol, który pewnie był na koncercie w UK po raz czterdziesty siódmy, czy coś koło tego, ale swoje zdążyłam już zauważyć. Dlatego więc przekrój wiekowy od brzdąców w wielkich słuchawkach po "tatusiów" i "mamusie" już mnie nie dziwi. Podobnie z stylem odzienia, choć wczoraj było umiarkowanie podobnie. Oczywiście wszyscy grzeczni, uśmiechnięci, uprzejmi, żadnej wiochy czy ledwo trzymających się na nogach typów. W Anglii ludzie przychodzą na koncert, aby posłuchać muzyki. Nie żeby się zabawić.
W klubie publiczność rozgrzewał support (Iced Earth, które prezentowało mieszankę Mettaliki, Pantery i Iron Maiden), a także piwo, cydr oraz hot dogi. Znaleźliśmy z Angolem dogodne miejsce, żebym cokolwiek widziała i czekaliśmy na występ gwiazdy. Staliśmy z tyłu z racji naszego spóźnienia, a nie przepychaliśmy się do przodu, bo to niegrzecznie (naprawdę, serio, wspominałam, że jest inaczej).
Gdy na scenie pojawili się panowie z Volbeat zaskoczona zostałam entuzjastyczną reakcją fanów. Nie spodziewałam się tego po powściągliwej publice. Pierwsze kawałki, wszyscy śpiewają, bawią się (czyt. rączkami wymachują i piąstki w górę wyrzucają), a ze sceny płynie w naszym kierunku ogromna, pozytywna energia.
Podobało mi się bardzo! Poziom muzyczny i nagłośnienie rewelacyjne, kontakt z publicznością na szóstkę z plusem. "Radio Girl", "Fallen", "16 Dollars" - siur i Angol kontent. Było też trochę Motorheada, Johnny'ego Cash'a i Judas Priest. W tłum poszybowały pałeczki, kostki i membrana z autografami. No i fani... Przyznaję, że był to mój pierwszy klubowy, tak żywiołowy koncert w tym kraju. Pomijając Tenacious D, ale to inna kategoria. Warto było! Dzięki Mordko :*
W rezultacie zaostrzył mi sie apetyt na koncerty. Gdy podrygiwałam do rock'n'rollowych nut na chwilę z odpłynęłam myślami do starych, koncertowych czasów. Zatęskniłam za kwaśnym ściskiem pod barierkami, obolałym karkiem, siniakami w każdym kolorze, Jelonkowymi wężykami, crowd surfingiem i before/after imprezowaniem z Kołkami, Barmy Army czy innymi wariatami. Apeluję z tego miejsca, a dokładniej z podłogi w małej dobudówce umiejscowionej w spokojnej, angielskiej wiosce, przyjedźcie do nas! Kwasożłopy! Flapjacku! Jelonku! Przyjedźcie!
Podpisano: spragnieni koncertowego szaleństwa
Siurek Ogórek i Angol (Knurek)
***
Jeszcze wcześniej, we wtorek, oglądałam poniżenie naszych piłkarzy, sącząc Guinessa w lokalnym pubie. Przypadkiem spotkałam kolegę ze starej pracy. Powiedział mi w ramach pocieszenia, że Polacy grają w czerwonych strojach, więc on z racji pochodzenia (jest Walijczykiem) odczuwa to tak, jakby przegrywali jego piłkarze i też było mu przykro. Hm, może byłoby mi przykro, gdybym spodziewała się cudów. Ale nie, ja po prostu chciałam obejrzeć sobie mecz bez zbędnego trucia o historii, wyjątkowej rocznicy i szans sprzed dekad. Plus mina barmana, gdy zapytał "Would you mind if I ask but are you're from Poland?" i otrzymał twierdzącą odpowiedź była satysfakcjonującą nagrodą ;)
Dopijam powoli rumianek i kończę notkę, a mężczyzna nadal robi to, co robić musi, by wyżywić głodnego siurka. Za oknem ciemno i zimno. Brr. Następnym razem napiszę o rzeczach, które warto zachować dla siebie, jeśli się nie chce mieć problemów z szefem ;)
wtorek, 13 sierpnia 2013
Roczek
Czas dobry na podsumowanie. Właśnie stuknął mi rok, od kiedy mieszkam w Zjednoczonym Królestwie. Do tego dzisiaj w nocy wróciłam z urlopu w Polsce - pierwszej wizyty w ojczyźnie od czasu zeszłorocznego wyjazdu. Ile wspomnień, ile zmian, ile rocznic.. to tylko ja mogę zliczyć.
Chciałam wystosować jakąś piękną notę specjalnie na tę okazję, ale nie wiem, co właściwie napisać. Mój ból związany z opuszczaniem rodzinnych stron jest zbyt świeży(przed oczami wciąż mam nos Jokera przyklejony do szyby i te jego smutne ślepia, gdy wchodziłam do samochodu), jednocześnie niezwykle silny urok i urzekająca aura naszego angielskiego zacisza dyktuje mi, że mam z czego się cieszyć i powinnam z tego korzystać. Dodać należy wczorajsze fenomenalne gwieździste niebo i deszcz perseidów - piękne powitanie. Bajka! Choć słodko-gorzka.
Rozdarta jestem jak sosna. Rozkraczona między krajami, między dwoma światami. Jednocześnie smutna i szczęśliwa. Przedziwne uczucie. Opuszczając dom, czułam, że wracam.. do domu.
I jak tu napisać coś mądrego?
Ale w międzyczasie były grille, był Przystanek Woodstock, Kraków, Katowice oraz kilka sielskich dni w metropolii. Familia, Kołki oraz całe multum woodstockowych wariatów.
Chciałabym o wszystkim napisać, ale nie mam siły. Nawet się jeszcze do końca nie rozpakowałam. Wywaliłam wszystkie rupiecie na podłogę i leżą. Czekają, aż znajdę natchnienie. Może jutro.
Tyle dobrych wspomnień! Następny Woodstock już za rok :)
Nie mogę się doczekać - i tym razem zabiorę kompletny strój kąpielowy :P
niedziela, 14 lipca 2013
Szaszłykowe kaprysy
Ooo, to był dobry weekend, godne uwieńczenie udanego tygodnia. Przekonałam się, że nie taki czek straszny, jak mi się wydawało oraz byłam gotowa oddać królestwo za patyczki do szaszłyków. Zostaliśmy zaproszeni na grilla, więc ubzdurały mi się szaszłyki. Lubię szaszłyki. Bardzo rzadko je jem. Za rzadko nawet. Postanowiłam to zmienić. Niestety nie miałam w domu patyczków, nie było ich też w jednym sklepie, w drugim... O mały włos, a zaczęłaby mi drgać powieka. Na szczęście obyło się bez histerii i nabyliśmy co trzeba. Nie jestem pewna, czy był to trafiony pomysł, gdyż Angol z miną wariata i zaostrzonym patyczkiem w ręku znęcał się nad niewinnymi i zmuszał do jedzenia.
Dawno się tak nie objadłam. Bo dawno nie jadłam szaszłyków. Proste.
A dziś po krótkiej szychcie Angol zabrał mnie na niespodziankowy wypad po aparat fotograficzny. To było takie słodkie, że aż wypada go publicznie pochwalić. Mordko - chwalę Cię ;* Nareszcie mogę focić ile wlezie! Jupijajej!
A za dwa tygodnie... jupijajej! ^^
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
Stetreciała acz szczęśliwa
Nie wymagam wiele, aby być szczęśliwą. Słoneczny dzień spędzony w towarzystwie Angola, herbata u znajomych, spacer, kanapka z kurczakiem zjedzona na ławeczce przed sklepem i odrobina szaleństwa w TK Maxx... :P To naprawdę niewiele. Drobiazgi. Docenia się je wówczas, gdy nawet na te drobiazgi nie ma czasu.
Fartem, ostatni tydzień miałam dość luźny i pozwoliłam sobie na trochę luksusu. Nawet znalazł się czas na podcięcie mojej czupryny, która do soboty rosła w najlepsze niczym dzikie pokrzywy. Przy okazji dotarło do mnie, że nie ma w Nikczemnych Ramionach miejsca, gdzie mogłabym się NIE natknąć na ludzi z mojej pracy, czyli muszę uważać. Albo przemierzać wiochę w papierowej torbie na głowie.
Angol mi powtarza, że stetreciałam.
...Stetreciałam?
Nie wiem, ale dla niego mogę nawet i stetrecieć, jeśli dalej będzie dla mnie gotował i przytulał.
Szanownym Kołeczkom dziękuję za nocny telefon z soboty na niedzielę i przepraszam za nieprzytomność. Jak widać nawet sytuacja awaryjna w kurniku nie jest w stanie obudzić siurka, gdy ten padnie w objęcia Morfeusza ^^ Ale w środku uśmiechałam się do Was - tylko moje ciało nie współpracowało. Dobrze było Was znowu usłyszeć takich wesołych ;)
Etykiety:
głupoty,
kołki,
love,
moi,
optymistycznie,
samo życie,
tęsknoty,
UK OK
piątek, 18 stycznia 2013
Złe dni
Czasami robi się tak bardzo, bardzo smutno. Tak przykro...
... a śnieg za oknem tak pięknie prószy i wzbudza najgłębsze tęsknoty.
... a śnieg za oknem tak pięknie prószy i wzbudza najgłębsze tęsknoty.
środa, 26 grudnia 2012
Poświętowane
Barszcz się skończył. Wielka szkoda, zwłaszcza, że idealnie wchodził na kaca...
Święta już prawie za nami. Wigilia po raz pierwszy była aż tak obfita w jedzenie i po raz pierwszy poczułam zabójczą moc kapusty z grochem. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to taka potężna broń. Pod choinką znalazłam piękne prezenty i naoglądałam się świątecznych filmów :D Bardzo je lubię, bo mają w sobie nutkę magii. A co do wspomnianego kaca to cóż... musiałam dotrzymywać tempa gospodarzom i prawie mi się udało. Niestety następnego dnia bardzo cierpiałam :P
Zauważyłam też pewną zależność. Jeśli jestem sponiewierana to zawsze odwiedza nas Geguś. On to ma szczęście.
To były bardzo nietypowe święta. Choć bez śniegu i z dala od najbliższych, to jednak były spokojne i spędzone w miłej atmosferze. Nie obeszło się też bez kolęd - a ryba je, a ryba je a ryba mniam mniam mniam mniam mniam mniam mnia-am!
Teraz pozostało tylko kilka dni i znów będę musiała się przyzwyczajać na nowo do zapisywana daty. Dobrze, że tu na blogu robią to za mnie :)
Spędźcie te ostatnie godziny w iście świątecznym klimacie, robaczki!
Święta już prawie za nami. Wigilia po raz pierwszy była aż tak obfita w jedzenie i po raz pierwszy poczułam zabójczą moc kapusty z grochem. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to taka potężna broń. Pod choinką znalazłam piękne prezenty i naoglądałam się świątecznych filmów :D Bardzo je lubię, bo mają w sobie nutkę magii. A co do wspomnianego kaca to cóż... musiałam dotrzymywać tempa gospodarzom i prawie mi się udało. Niestety następnego dnia bardzo cierpiałam :P
Zauważyłam też pewną zależność. Jeśli jestem sponiewierana to zawsze odwiedza nas Geguś. On to ma szczęście.
To były bardzo nietypowe święta. Choć bez śniegu i z dala od najbliższych, to jednak były spokojne i spędzone w miłej atmosferze. Nie obeszło się też bez kolęd - a ryba je, a ryba je a ryba mniam mniam mniam mniam mniam mniam mnia-am!
Teraz pozostało tylko kilka dni i znów będę musiała się przyzwyczajać na nowo do zapisywana daty. Dobrze, że tu na blogu robią to za mnie :)
Spędźcie te ostatnie godziny w iście świątecznym klimacie, robaczki!
Etykiety:
blog,
głupoty,
goście,
love,
nomnomnom,
optymistycznie,
samo życie,
święta,
tęsknoty,
UK OK
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Magia coca-coli i owłosionych stóp
Nie wiem jak zacząć. Chciałam wystosować jakiś specjalny wstęp, wprowadzić wszystkich w nastrój, ale napiszę po prostu, że widziałam "Hobbita".
Siedząc w kinie odbyłam dwie podróże naraz. Jedną do Śródziemia wraz z krasnoludami, magiem i niziołkiem. Oczywiste. Druga podróż była podróżą w czasie. Cofnęłam się o 10 lat. Wszystkie wspomnienia wróciły, nie tylko te ściśle związane z Tolkienem. Zrobiło mi się ciepło na sercu, oczy mnie trochę zaszczypały (pewnie wina okularów). Poczułam się szczęśliwa. I prawdopodobnie z tego względu tak bardzo oczarowało mnie to, co ujrzałam na srebrnym ekranie.
Pomijając oczywiste zalety produkcji.
Te trzy godziny były magiczne... i potem kolejne kilkadziesiąt godzin również ;) Razem z ngolem przystroiliśmy mieszkanie, ubraliśmy choinkę, zamówiliśmy karpia. Kolekcja świątecznych kartek się powiększa, a ja pod nosem cały czas nucę Macy Gray albo Sinatrę. Klimat świąt się udziela!
A czy widzieliście może w telewizji starą, dobrą reklamę coca-coli zapowiadającą zbliżające się święta? Bo ja nie, przez co czuję się oszukana! Ku mojej rozpaczy zrobili jakąś nową, zupełnie pozbawioną wdzięku, taką nijaką. Świecąca ciężarówka była sto razy lepsza, bez dwóch zdań. Każdy to powie. I tutaj pojawia się kolejny plus dla kina - przed seansem "Hobbita" puścili tę reklamę! Czy można chcieć więcej? :D
Można. Iść na film jeszcze raz!
***
Cmok dla Paskudnika, to on jest prawdziwym czarodziejem :)
Siedząc w kinie odbyłam dwie podróże naraz. Jedną do Śródziemia wraz z krasnoludami, magiem i niziołkiem. Oczywiste. Druga podróż była podróżą w czasie. Cofnęłam się o 10 lat. Wszystkie wspomnienia wróciły, nie tylko te ściśle związane z Tolkienem. Zrobiło mi się ciepło na sercu, oczy mnie trochę zaszczypały (pewnie wina okularów). Poczułam się szczęśliwa. I prawdopodobnie z tego względu tak bardzo oczarowało mnie to, co ujrzałam na srebrnym ekranie.
Pomijając oczywiste zalety produkcji.
Te trzy godziny były magiczne... i potem kolejne kilkadziesiąt godzin również ;) Razem z ngolem przystroiliśmy mieszkanie, ubraliśmy choinkę, zamówiliśmy karpia. Kolekcja świątecznych kartek się powiększa, a ja pod nosem cały czas nucę Macy Gray albo Sinatrę. Klimat świąt się udziela!
A czy widzieliście może w telewizji starą, dobrą reklamę coca-coli zapowiadającą zbliżające się święta? Bo ja nie, przez co czuję się oszukana! Ku mojej rozpaczy zrobili jakąś nową, zupełnie pozbawioną wdzięku, taką nijaką. Świecąca ciężarówka była sto razy lepsza, bez dwóch zdań. Każdy to powie. I tutaj pojawia się kolejny plus dla kina - przed seansem "Hobbita" puścili tę reklamę! Czy można chcieć więcej? :D
Można. Iść na film jeszcze raz!
***
Cmok dla Paskudnika, to on jest prawdziwym czarodziejem :)
czwartek, 6 grudnia 2012
Czy Twoja dziewczyna wie, że...
Minęło trochę czasu od mojego ostatniego wpisu. Dużo się w międzyczasie wydarzyło. Powinnam już dawno zabrać się za spisywanie relacji, bo jak słusznie stwierdził Angol: ta notka nie będzie wyglądała tak, jakbym chciała, żeby wyglądała. Trudno, będzie wyglądała tak, jak mi się ją napisze.
Zaczęło się od tego, że dwa tygodnie temu zabraliśmy po drodze do domu dwóch autostopowiczów. Przebyli daleką drogę z Nowej Huty aż do naszej wiochy! Mowa o Mizerii i Piotrusiu, którzy zrobili mi wielką niespodziankę umilając swym towarzystwem kilka dni w naszej chatce. Mogłam pokazać im okolicę w strugach deszczu, a także zjeżdżalnię, która wzbudziła u mnie szybsze bicie serca oraz moje teraźniejsze życie. Wieczorami kosztowaliśmy wszelakich trunków planując nasze wojaże, troszkę kucharzyliśmy i piekliśmy geologiczne muffinki. Piotrusiowi najwyraźniej spodobały się pluszowe cycki i sofa, bo rozstawał się z tym zestawem bardzo rzadko. Mizeria natomiast topiła w muszli klozetowej pastę do zębów. I tuliła się. Do mnie! Gdy myślę o tych odwiedzinach, automatycznie nucę "Nie, nie boję się" i zaczynam kołysać biodrami. To taka zaraźliwa piosenka! Niestety błogostan musiał się skończyć i żegnaliśmy naszych gości na lotnisku. Spoglądanie na schody, którymi się oddalali sprawiało mi ból. Dzięki Mizerii i Piotrowi czułam się, jakby weekend trwał od środy do niedzieli.
Nie zdążyłam jednak przejść do końca żałoby po ich wyjeździe, a pojawili się nowi goście! Na chwilkę tylko, ale jednak się pojawili. Przyjechał Gege i przypomniało mi się, jak go lubię i jak za nim mi się stęskniło. Brakuje go w naszej wiosze.
Po dwóch dniach niczego nie świadoma dziergałam sobie czapeczkę na drutach, kiedy to Angol spiskował za moimi plecami i przywiózł mi kolejnych gości. Tym razem za naszymi niebieskimi drzwiami znalazłam Sąsiadkę i Izajasza. Pech chciał, że Prorok miał pewne problemy po przyjeździe do UK i zabrali mi tożsamość. Należy jednak doszukiwać się plusów tej sytuacji - mógł razem z Sąsiadką zwiedzić Londyn i przekonać się że Murzynom można ufać ;) Gdy ostatecznie wszystko się poukładało i Izajasz otrzymał tymczasową tożsamość, mogliśmy świętować moje urodziny. Dostałam cudne prezenty, odśpiewano mi Happy Birthday i nawet zdmuchnęłam świeczkę, dwa razy, choć wcale nie było tortu! W zamian Angol przyrządził mi obiecaną lasagne, pograliśmy w Guitar Hero (jestem doskonałą gitarzystką, wiem to) i było bardzo sympatycznie. Był również czas na wycieczkę. Pojechaliśmy na wzgórza, bo na car boot nie wstaliśmy, potem do Shrewsbury, gdzie wypiliśmy włoską kawę i poszalałyśmy z Sąsiadką na zakupach w... sklepie papierniczym. Najbardziej owocnym dniem był jednak poniedziałek. Poszliśmy na spacer do osiołków - nawet do nas wyszły, wszystkie trzy - upiekłam muffiny dla Sąsiadki, a Izajasz ugotował nam risotto. Na deser wypiliśmy gorącą białą czekoladę i było mi taaak dobrze... Niestety następnego dnia o świcie Sąsiadka i Izajasz musieli się zabierać do domu. Szkoda, że musieli wracać, ale wakacje nie mogą trwać wiecznie.
Mam nadzieję, że jeszcze do nas wrócą. Chociażby po to, aby rozgromić nas w królikach na wii ;)
Teraz nagle zrobiło się więcej miejsca w naszej chatce. I jest jakoś zimniej, albo mi się wdaje?
Fajnie było tak na trochę przenieść się w inne realia.
Na szczęście zbliża się magiczny czas, Anglia zaczyna mnie urzekać na nowo i wspomnienia wracają. Wczoraj była druga rocznica od kiedy I'm in lesbian with Scott Pilgrim. Gwiazdy nam sprzyjają, paczki z Polski są w drodze tudzież dotarły... Jest wspaniale :) To oficjalne.
Idę po skarpetki, bo odmarzają mi stopy :P
Zaczęło się od tego, że dwa tygodnie temu zabraliśmy po drodze do domu dwóch autostopowiczów. Przebyli daleką drogę z Nowej Huty aż do naszej wiochy! Mowa o Mizerii i Piotrusiu, którzy zrobili mi wielką niespodziankę umilając swym towarzystwem kilka dni w naszej chatce. Mogłam pokazać im okolicę w strugach deszczu, a także zjeżdżalnię, która wzbudziła u mnie szybsze bicie serca oraz moje teraźniejsze życie. Wieczorami kosztowaliśmy wszelakich trunków planując nasze wojaże, troszkę kucharzyliśmy i piekliśmy geologiczne muffinki. Piotrusiowi najwyraźniej spodobały się pluszowe cycki i sofa, bo rozstawał się z tym zestawem bardzo rzadko. Mizeria natomiast topiła w muszli klozetowej pastę do zębów. I tuliła się. Do mnie! Gdy myślę o tych odwiedzinach, automatycznie nucę "Nie, nie boję się" i zaczynam kołysać biodrami. To taka zaraźliwa piosenka! Niestety błogostan musiał się skończyć i żegnaliśmy naszych gości na lotnisku. Spoglądanie na schody, którymi się oddalali sprawiało mi ból. Dzięki Mizerii i Piotrowi czułam się, jakby weekend trwał od środy do niedzieli.
Nie zdążyłam jednak przejść do końca żałoby po ich wyjeździe, a pojawili się nowi goście! Na chwilkę tylko, ale jednak się pojawili. Przyjechał Gege i przypomniało mi się, jak go lubię i jak za nim mi się stęskniło. Brakuje go w naszej wiosze.
Po dwóch dniach niczego nie świadoma dziergałam sobie czapeczkę na drutach, kiedy to Angol spiskował za moimi plecami i przywiózł mi kolejnych gości. Tym razem za naszymi niebieskimi drzwiami znalazłam Sąsiadkę i Izajasza. Pech chciał, że Prorok miał pewne problemy po przyjeździe do UK i zabrali mi tożsamość. Należy jednak doszukiwać się plusów tej sytuacji - mógł razem z Sąsiadką zwiedzić Londyn i przekonać się że Murzynom można ufać ;) Gdy ostatecznie wszystko się poukładało i Izajasz otrzymał tymczasową tożsamość, mogliśmy świętować moje urodziny. Dostałam cudne prezenty, odśpiewano mi Happy Birthday i nawet zdmuchnęłam świeczkę, dwa razy, choć wcale nie było tortu! W zamian Angol przyrządził mi obiecaną lasagne, pograliśmy w Guitar Hero (jestem doskonałą gitarzystką, wiem to) i było bardzo sympatycznie. Był również czas na wycieczkę. Pojechaliśmy na wzgórza, bo na car boot nie wstaliśmy, potem do Shrewsbury, gdzie wypiliśmy włoską kawę i poszalałyśmy z Sąsiadką na zakupach w... sklepie papierniczym. Najbardziej owocnym dniem był jednak poniedziałek. Poszliśmy na spacer do osiołków - nawet do nas wyszły, wszystkie trzy - upiekłam muffiny dla Sąsiadki, a Izajasz ugotował nam risotto. Na deser wypiliśmy gorącą białą czekoladę i było mi taaak dobrze... Niestety następnego dnia o świcie Sąsiadka i Izajasz musieli się zabierać do domu. Szkoda, że musieli wracać, ale wakacje nie mogą trwać wiecznie.
Mam nadzieję, że jeszcze do nas wrócą. Chociażby po to, aby rozgromić nas w królikach na wii ;)
Teraz nagle zrobiło się więcej miejsca w naszej chatce. I jest jakoś zimniej, albo mi się wdaje?
Fajnie było tak na trochę przenieść się w inne realia.
Na szczęście zbliża się magiczny czas, Anglia zaczyna mnie urzekać na nowo i wspomnienia wracają. Wczoraj była druga rocznica od kiedy I'm in lesbian with Scott Pilgrim. Gwiazdy nam sprzyjają, paczki z Polski są w drodze tudzież dotarły... Jest wspaniale :) To oficjalne.
Idę po skarpetki, bo odmarzają mi stopy :P
wtorek, 30 października 2012
Krótkie podsumowanie
Skoro przebywam na obcej ziemi nieustannie od 79 dni (policzyłam dokładnie) pokusiłam się o odrobinę refleksji. Oczywiście, moje wypady do Anglii zaczęły się dwa lata temu, ale wówczas zwracałam uwagę na inne rzeczy, niż obecnie. Teraz, gdy zaczęłam tutaj żyć niemal w pełnym wymiarze, Anglia stała się inna, mniej egzotyczna. Bliższa.
Dwa lata temu widząc po raz pierwszy na własne oczy angielskie realia czułam się jak w filmie albo jak w bajce. Zachwycałam się co drugim domem i wciąż nie mogłam wyjść z podziwu, że ktoś tak zmyślnie pomieścił wszystko na małym kawałeczku ziemi. Każda wycieczka do sklepu była ekscytującą wycieczką, nawet jeśli szliśmy po chleb i pomidory. Wszystko mnie zadziwiało, interesowało i zaskakiwało na każdym kroku. Nie wspominając o ruchu lewostronnym, który momentami przyprawiał mnie o ścisk żołądka. Pamiętam, że gdy wracałam do Polski w ubraniach i bagażu utrzymywał się specyficzny zapach, który ochrzciłam zapachem Anglii.
Dzisiaj już go nie czuję. Przyzwyczaiłam się do niego, tak samo jak do ruchu lewostronnego (choć przechodzenie przez ulicę wciąż jest problematyczne) czy do ceglanych domów wszędzie. Już nie każdy budynek wprowadza mnie w stan rozczulenia, teraz mam bardziej selektywne podejście. Ale wciąż mi się podobają. Bardzo! Wizyty w sklepie oswoiłam i łapię się na tym, że rozumiem co do mnie mówią inni ludzie! Dla mnie to duże osiągnięcie, bo jeszcze nie tak dawno moją reakcją na odzywki innych było gorączkowe szukanie wzrokiem Angola, aby mi przetłumaczył, co ode mnie chcą ci niezrozumiale bełkoczący tubylcy.
Podoba mi się w tym kraju kilka rzeczy. Przede wszystkim legendarna, ale niekłamana uprzejmość Anglików. Oni naprawdę co chwilę przepraszają, proszą, dziękują, uśmiechają się do siebie, nawet jeśli się nie znają. Ktoś mógłby zarzucić, że to sztuczne. Też miałam przez jakiś czas takie wrażenie. Ale w końcu doszłam do wniosku, że skoro Anglik nie posiada wielkich zmartwień, nie musi liczyć każdego funta, żeby mu starczyło do końca miesiąca, nie przejmuje się, nie przepracowuje i ceni swoją prywatność, to nie ma powodów, aby nie dzielić się swoim zadowoleniem i beztroską z innymi. Tutaj optymizm jest na porządku dziennym, chyba że chodzi o poprawę pogody. Są więc mili w relacjach międzyludzkich, co znacznie ułatwia koegzystencję. Poza tym jedno pozdrowienie lub miłe słowo od nieznajomego naprawdę potrafi rozświetlić nawet bardzo pochmurny dzień.
Cenię także multikulturowość społeczeństwa. W jednej małej wsi mogę porozmawiać z Anglikami, Walijczykami, Pakistańczykami, Czechami, Węgrami... A ile się można od każdego nauczyć! I nie mówię wcale o wulgarnych słowach, chociaż... to też :P
Lubię kolejki. Może to brzmi dziwacznie, ale naprawdę lubię tu kolejki, bo wyglądają tak, jak kolejka wyglądać powinna. Jeden za drugim, grzecznie, bez wpychania się i z zachowaniem odpowiedniego dystansu. Nie ma nic gorszego niż napierający tłum (i staruszki popychające swoimi pomarszczonymi dłońmi akurat na wysokości pośladków, brrr). A tutaj kolejka jest do kasy, do autobusu, to pociągu, do wejścia na koncert do klubu, do baru szybkiej obsługi itd, itd, można wymieniać i zachwycać się nad pojedynczością i uporządkowaniem tej kolejki. Piękne, po prostu.
Lubię karmelowe wafelki Tunnock's, ale o tym już wspominałam ostatnio. Szkocja zapunktowała.
Lubię ciderki. Te tradycyjne, jak i te z dodatkami innych owoców. Bardzo je lubię, choć są kacogenne i szybko się nimi upijam. Ostatnio pół strong bow'a ululało mnie do snu...
Dużo rzeczy lubię, naprawdę. Chyba można je podsumować ogólnym stwierdzeniem, iż tutaj można łatwiej spełniać swoje marzenia.
A co mi się nie podoba...? Cóż, lepiej pisać o pozytywach niż o wadach. Jedno jest pewne, mogłoby być bliżej do moich znajomych i rodziny. Wtedy byłoby idealne ^^
Podobno po trzech miesiącach pobytu w jakimś obcym miejscu nadchodzi załamanie i wszystko, co do tej pory się podobało przestaje być atrakcyjne. Jeśli to prawda to kryzys przede mną. Chociaż w to akurat wątpię. Już mam tyle załamek za sobą, że teraz może być tylko lepiej :)
Jutro Halloween. Kostium przygotowany - do pracy potrzebny, ale w rzeczywistości mam wielką frajdę, że będę mogła się przebrać i paradować w stroju wiedźmy ^^ Wieczorem trick or treats - uhum, zapowiada się dzień pełen wrażeń.
Dam znać, czy obłowiłam się słodyczami :D
Dwa lata temu widząc po raz pierwszy na własne oczy angielskie realia czułam się jak w filmie albo jak w bajce. Zachwycałam się co drugim domem i wciąż nie mogłam wyjść z podziwu, że ktoś tak zmyślnie pomieścił wszystko na małym kawałeczku ziemi. Każda wycieczka do sklepu była ekscytującą wycieczką, nawet jeśli szliśmy po chleb i pomidory. Wszystko mnie zadziwiało, interesowało i zaskakiwało na każdym kroku. Nie wspominając o ruchu lewostronnym, który momentami przyprawiał mnie o ścisk żołądka. Pamiętam, że gdy wracałam do Polski w ubraniach i bagażu utrzymywał się specyficzny zapach, który ochrzciłam zapachem Anglii.
Dzisiaj już go nie czuję. Przyzwyczaiłam się do niego, tak samo jak do ruchu lewostronnego (choć przechodzenie przez ulicę wciąż jest problematyczne) czy do ceglanych domów wszędzie. Już nie każdy budynek wprowadza mnie w stan rozczulenia, teraz mam bardziej selektywne podejście. Ale wciąż mi się podobają. Bardzo! Wizyty w sklepie oswoiłam i łapię się na tym, że rozumiem co do mnie mówią inni ludzie! Dla mnie to duże osiągnięcie, bo jeszcze nie tak dawno moją reakcją na odzywki innych było gorączkowe szukanie wzrokiem Angola, aby mi przetłumaczył, co ode mnie chcą ci niezrozumiale bełkoczący tubylcy.
Podoba mi się w tym kraju kilka rzeczy. Przede wszystkim legendarna, ale niekłamana uprzejmość Anglików. Oni naprawdę co chwilę przepraszają, proszą, dziękują, uśmiechają się do siebie, nawet jeśli się nie znają. Ktoś mógłby zarzucić, że to sztuczne. Też miałam przez jakiś czas takie wrażenie. Ale w końcu doszłam do wniosku, że skoro Anglik nie posiada wielkich zmartwień, nie musi liczyć każdego funta, żeby mu starczyło do końca miesiąca, nie przejmuje się, nie przepracowuje i ceni swoją prywatność, to nie ma powodów, aby nie dzielić się swoim zadowoleniem i beztroską z innymi. Tutaj optymizm jest na porządku dziennym, chyba że chodzi o poprawę pogody. Są więc mili w relacjach międzyludzkich, co znacznie ułatwia koegzystencję. Poza tym jedno pozdrowienie lub miłe słowo od nieznajomego naprawdę potrafi rozświetlić nawet bardzo pochmurny dzień.
Cenię także multikulturowość społeczeństwa. W jednej małej wsi mogę porozmawiać z Anglikami, Walijczykami, Pakistańczykami, Czechami, Węgrami... A ile się można od każdego nauczyć! I nie mówię wcale o wulgarnych słowach, chociaż... to też :P
Lubię kolejki. Może to brzmi dziwacznie, ale naprawdę lubię tu kolejki, bo wyglądają tak, jak kolejka wyglądać powinna. Jeden za drugim, grzecznie, bez wpychania się i z zachowaniem odpowiedniego dystansu. Nie ma nic gorszego niż napierający tłum (i staruszki popychające swoimi pomarszczonymi dłońmi akurat na wysokości pośladków, brrr). A tutaj kolejka jest do kasy, do autobusu, to pociągu, do wejścia na koncert do klubu, do baru szybkiej obsługi itd, itd, można wymieniać i zachwycać się nad pojedynczością i uporządkowaniem tej kolejki. Piękne, po prostu.
Lubię karmelowe wafelki Tunnock's, ale o tym już wspominałam ostatnio. Szkocja zapunktowała.
Lubię ciderki. Te tradycyjne, jak i te z dodatkami innych owoców. Bardzo je lubię, choć są kacogenne i szybko się nimi upijam. Ostatnio pół strong bow'a ululało mnie do snu...
Dużo rzeczy lubię, naprawdę. Chyba można je podsumować ogólnym stwierdzeniem, iż tutaj można łatwiej spełniać swoje marzenia.
A co mi się nie podoba...? Cóż, lepiej pisać o pozytywach niż o wadach. Jedno jest pewne, mogłoby być bliżej do moich znajomych i rodziny. Wtedy byłoby idealne ^^
Podobno po trzech miesiącach pobytu w jakimś obcym miejscu nadchodzi załamanie i wszystko, co do tej pory się podobało przestaje być atrakcyjne. Jeśli to prawda to kryzys przede mną. Chociaż w to akurat wątpię. Już mam tyle załamek za sobą, że teraz może być tylko lepiej :)
Jutro Halloween. Kostium przygotowany - do pracy potrzebny, ale w rzeczywistości mam wielką frajdę, że będę mogła się przebrać i paradować w stroju wiedźmy ^^ Wieczorem trick or treats - uhum, zapowiada się dzień pełen wrażeń.
Dam znać, czy obłowiłam się słodyczami :D
Etykiety:
euforia,
halloween,
moi,
nomnomnom,
optymistycznie,
reflUksje,
samo życie,
tęsknoty,
UK OK
środa, 8 sierpnia 2012
Amelinium
Wróciłam. Ale jeszcze nie mam na tyle czasu i sił, aby wszystko ująć w słowa. Kocham Woodstock. Jakkolwiek by nie było, cokolwiek by się nie działo, kocham. Będę tęsknić. Bo to je amelinium, tego nie pomalujesz!
(Spodziewać się relacji w najbliższym czasie, siur obiecuje, że się spręży i nadrobi lukę)
(Spodziewać się relacji w najbliższym czasie, siur obiecuje, że się spręży i nadrobi lukę)
poniedziałek, 16 lipca 2012
Marzenia i sny
Gdy patrzę na Jokera polującego na muchę naprawdę czuję wielką ulgę. Że nie musi samodzielnie troszczyć się o wyżywienie, że nie jest żadnym dzikim psem w buszu, bo pewnie by głodował albo został jaroszem.
Weekend sobie błogo minął. Plany na przyszłość zostały poczynione, a właściwie skonkretyzowane, bo plan tripu po USA siedzi w głowach już od dawna. Lecz dopiero teraz stał się bardzo realny, gdyż objawił się nam taki znak, którego nie można zignorować :) Coraz częściej myślę o tym, kiedy, co i jak, bo w końcu nasze marzenie się zrealizuje. Wtedy moje zdjęcie na pulpicie już nie będzie z internetu, lecz z mojej własnej kolekcji :)
Zastanawiam się, dlaczego w snach często pojawiają się osoby, z którymi w prawdziwym życiu mam bardzo ograniczony kontakt lub nie mam go w ogóle. To dziwne, bo nie myślę o nich, czasem nawet za bardzo ich nie znam albo już dawno z nimi się nie zadaję, a te osoby wciąż powracają. Na dodatek fazami, nigdy wszystkie razem. Czyżby moja podświadomość płatała mi figle? Skoro tak to mam z moją podświadomością do pogadania. Może to osoby za którymi tęsknię, chociaż nie zdaję sobie z tego sprawy i wydaje mi się, że nie ma dla nich miejsca w moim życiu? A może to jakieś bratnie dusze, z którymi nie mogę przebywać, bo nasze losy wytyczyły nam inne ścieżki, lecz gdzieś w głębi duszy czuję z nimi więź?
Chociaż pewnie to brednie, zbyt obfita kolacja, czy inne prozaiczne rzeczy wpływające na moje zwoje mózgowe. Niemniej jest to ciekawe.
Połowa lipca. Niedługo Woodstock. Ciekawe, jaki będzie w tym roku...
Weekend sobie błogo minął. Plany na przyszłość zostały poczynione, a właściwie skonkretyzowane, bo plan tripu po USA siedzi w głowach już od dawna. Lecz dopiero teraz stał się bardzo realny, gdyż objawił się nam taki znak, którego nie można zignorować :) Coraz częściej myślę o tym, kiedy, co i jak, bo w końcu nasze marzenie się zrealizuje. Wtedy moje zdjęcie na pulpicie już nie będzie z internetu, lecz z mojej własnej kolekcji :)
Zastanawiam się, dlaczego w snach często pojawiają się osoby, z którymi w prawdziwym życiu mam bardzo ograniczony kontakt lub nie mam go w ogóle. To dziwne, bo nie myślę o nich, czasem nawet za bardzo ich nie znam albo już dawno z nimi się nie zadaję, a te osoby wciąż powracają. Na dodatek fazami, nigdy wszystkie razem. Czyżby moja podświadomość płatała mi figle? Skoro tak to mam z moją podświadomością do pogadania. Może to osoby za którymi tęsknię, chociaż nie zdaję sobie z tego sprawy i wydaje mi się, że nie ma dla nich miejsca w moim życiu? A może to jakieś bratnie dusze, z którymi nie mogę przebywać, bo nasze losy wytyczyły nam inne ścieżki, lecz gdzieś w głębi duszy czuję z nimi więź?
Chociaż pewnie to brednie, zbyt obfita kolacja, czy inne prozaiczne rzeczy wpływające na moje zwoje mózgowe. Niemniej jest to ciekawe.
Połowa lipca. Niedługo Woodstock. Ciekawe, jaki będzie w tym roku...
niedziela, 1 lipca 2012
Żałoba Party
Ostatnie szlify. Jutro nie będzie już odwrotu i jeśli znajdę jakąś wpadkę po wydrukowaniu i oprawieniu to wyjdę z siebie, stanę obok i trzepnę się w ucho.
Zostałam na szarym końcu, więc chociaż mogłoby się obejść bez komplikacji. I szybko. Bo już mi mózg puchnie.
W piątek mieliśmy Żałoba Party, czyli ostatnią imprezę na Słowackiego. Jeszcze nigdy nie było mi tak smutno idąc na libację. Tyle wspomnień zamkniętych w tych ścianach. Tyle przetańczonych nocy, zjedzonych kanapek, poranków z kapciem w ustach i niezapomnianym widokiem z okna... Będę zawsze mile wspominać wszystkie imprezy, te małe i te duże, które przyszło nam tam wyprawiać. Cóż, trochę tam się działo... (tutaj następuje chwila refleksji zakończona błogim uśmiechem na twarzy siurka)
Z całej imprezy najbardziej zapadła mi w pamięci Częstochowa (:D) i samonapełniające się kubeczki i kieliszki. Dobrze, że jednak z Mizerią wróciłyśmy się po znicze, bo poza elementem wystroju okazały się bardzo pożyteczne, gdy zapadły egipskie ciemności w łazience. Jako że była to ostatnia taka impreza to sobie nie żałowałam, ani trochę - dziękuję mojej ekipie ratunkowej, co złego to nie ja, tylko Asiura. I czereśnie!
Chciałam ładnie podziękować za te wszystkie wrażenia i wspomnienia - lub ich brak - lecz niestety ściska mi się gardło, obejmuje mnie bezgraniczny smutek, po prostu nie mogę. Bo przecież to nie koniec... no nie? Teraz będzie tylko inaczej.
Zostałam na szarym końcu, więc chociaż mogłoby się obejść bez komplikacji. I szybko. Bo już mi mózg puchnie.
W piątek mieliśmy Żałoba Party, czyli ostatnią imprezę na Słowackiego. Jeszcze nigdy nie było mi tak smutno idąc na libację. Tyle wspomnień zamkniętych w tych ścianach. Tyle przetańczonych nocy, zjedzonych kanapek, poranków z kapciem w ustach i niezapomnianym widokiem z okna... Będę zawsze mile wspominać wszystkie imprezy, te małe i te duże, które przyszło nam tam wyprawiać. Cóż, trochę tam się działo... (tutaj następuje chwila refleksji zakończona błogim uśmiechem na twarzy siurka)
Z całej imprezy najbardziej zapadła mi w pamięci Częstochowa (:D) i samonapełniające się kubeczki i kieliszki. Dobrze, że jednak z Mizerią wróciłyśmy się po znicze, bo poza elementem wystroju okazały się bardzo pożyteczne, gdy zapadły egipskie ciemności w łazience. Jako że była to ostatnia taka impreza to sobie nie żałowałam, ani trochę - dziękuję mojej ekipie ratunkowej, co złego to nie ja, tylko Asiura. I czereśnie!
Chciałam ładnie podziękować za te wszystkie wrażenia i wspomnienia - lub ich brak - lecz niestety ściska mi się gardło, obejmuje mnie bezgraniczny smutek, po prostu nie mogę. Bo przecież to nie koniec... no nie? Teraz będzie tylko inaczej.
piątek, 25 maja 2012
Z sentymentem w tle
Przyśniło mi się dzisiaj tyle rzeczy, że wcale się nie dziwię temu, iż wstałam tak późno. W końcu to wszystko, co się wytworzyło w moim śnie musiało siłą rzeczy zabrać sporo czasu. Bo wędrowałam po górach, kłóciłam się z jakimś zarozumialcem, ukradli mi rower, odwiedziłam tęczowe osiedle i miałam przedziwną przygodę - w sumie, czego ja w tym śnie nie robiłam!
W związku z powyższym dzień mi dzisiaj szybko mija i mało rzeczy zrobiłam. Ale to nie szkodzi, wieczorem podkręcę tempo. Najpierw potupię nóżką przy dźwiękach Mad Vaccine (zobaczymy co to chłopcy szyją), a później będę adorować Iron Mana. Taki jest plan.
Właściwie to chciałam napisać o czymś innym. Niedawno zaczęłam sobie uświadamiać, że moje życie pędzi nieuchronnie ku zakończeniu pewnego rozdziału. Oczywiście, wiedziałam, że prędzej czy później to nastąpi, ale od momentu, kiedy zaczyna się to wydarzać i nie da się od tego wymigać, czuję się nieswojo. Nie do końca zdawałam sobie sprawę z tej zmiany. Cieszę się, ale jednocześnie trochę się boję. To pewnie nic strasznego, ale wizja biletu ulgowego, którego już nigdy nie będę mogła dla siebie kupić przyprawia mnie o drżenie dolnej wargi. Refleksje prowadzą mnie do początków - do Krakowa i przedziwnych, ale sympatycznych dni spędzonych na Piastowskiej, do poznawania Katowic i posiedzeń nad zapiekanką w Kredensie, do moich edytorów, którzy też gdzieś się rozpierzchli. Będzie mi tęskno za tymi czasami. Pewnie z tego powodu ciągle nie wypisałam mojej karty egzaminacyjnej i indeksu, chociaż zazwyczaj robiłam to wcześnie - żeby było ładnie napisane (estetyzm ponad wszystko!).
Dzięki Pierniczku za Dobrą Karmę. Dosłownie i w przenośni :)
Żeby nie zakończyć tak smętnie to dodam, że Angol nie ma mojego numeru telefonu, a ja śmieję się z tego po hiszpańsku. Jajaja :)
W związku z powyższym dzień mi dzisiaj szybko mija i mało rzeczy zrobiłam. Ale to nie szkodzi, wieczorem podkręcę tempo. Najpierw potupię nóżką przy dźwiękach Mad Vaccine (zobaczymy co to chłopcy szyją), a później będę adorować Iron Mana. Taki jest plan.
Właściwie to chciałam napisać o czymś innym. Niedawno zaczęłam sobie uświadamiać, że moje życie pędzi nieuchronnie ku zakończeniu pewnego rozdziału. Oczywiście, wiedziałam, że prędzej czy później to nastąpi, ale od momentu, kiedy zaczyna się to wydarzać i nie da się od tego wymigać, czuję się nieswojo. Nie do końca zdawałam sobie sprawę z tej zmiany. Cieszę się, ale jednocześnie trochę się boję. To pewnie nic strasznego, ale wizja biletu ulgowego, którego już nigdy nie będę mogła dla siebie kupić przyprawia mnie o drżenie dolnej wargi. Refleksje prowadzą mnie do początków - do Krakowa i przedziwnych, ale sympatycznych dni spędzonych na Piastowskiej, do poznawania Katowic i posiedzeń nad zapiekanką w Kredensie, do moich edytorów, którzy też gdzieś się rozpierzchli. Będzie mi tęskno za tymi czasami. Pewnie z tego powodu ciągle nie wypisałam mojej karty egzaminacyjnej i indeksu, chociaż zazwyczaj robiłam to wcześnie - żeby było ładnie napisane (estetyzm ponad wszystko!).
Dzięki Pierniczku za Dobrą Karmę. Dosłownie i w przenośni :)
Żeby nie zakończyć tak smętnie to dodam, że Angol nie ma mojego numeru telefonu, a ja śmieję się z tego po hiszpańsku. Jajaja :)
niedziela, 20 maja 2012
Rekompensata
Intensywna praca intelektualna odchudza. Stanęłam dzisiaj na wagę i zauważyłam brak dwóch kilogramów. Oczywiście od razu je uzupełniłam - pączek, serniczek od mamusi, chipsy, piwo od brata, kawałek tortu urodzinowego (mmm!). Kocham jeść! :P
Przez krótki moment miałam namiastkę czekającego mnie życia i zrobiło się pusto. Ale tak naprawdę, tak w głębi serca, to nie mogę doczekać się czasów, gdy naszym największym zmartwieniem będzie pytanie "jak pojedziemy na woodstock?"
Przez krótki moment miałam namiastkę czekającego mnie życia i zrobiło się pusto. Ale tak naprawdę, tak w głębi serca, to nie mogę doczekać się czasów, gdy naszym największym zmartwieniem będzie pytanie "jak pojedziemy na woodstock?"
Subskrybuj:
Posty (Atom)