Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncerty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncerty. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lutego 2015

Kto sprawia, że Anglicy łamią zasady i dostają szaleju

Black Label Society.
Konkretniej ich charyzmatyczny lider, Zakk Wylde.

W zeszłym tygodniu mój luby zrobił nam prezent na walentynki i pojechaliśmy na koncert do Birmingham. Koncerty klubowe zawsze są takie same... Jest tłoczno, ciasno, podłoga się klei, a alkohole są za drogie. Publika zazwczaj zwarcie stoi pod sceną (pomijają tych na balkonach - z racji lokalizacji raczej siedzą), pojawiają się telefony, rączki albo piąstki w górze, wszyscy klaszczą... Ogónie jest sympatycznie, ale drętwo.
Tym razem doznałam pozytywnego zaskoczenia.

piątek, 5 grudnia 2014

Najlepszy weekend roku

Powiedziałam kilka dni temu na głos ile mam lat i się przestraszyłam. Naprawdę aż tyle?! Gdybym jeszcze była mądrzejsza, albo nie wiem, zgrabniejsza, bogatsza czy coś... a tu nic. Może ewentualnie bardziej w głowie poprzstawiane i zmarszki mimiczne. O zgrozo!
Zamiast biadolić opowiem po krótce o najlepszym, nawspanialszym, cudnym weekendzie w tym roku. Mam na myśli ten miniony. Zapomniałam całkiem o Andrzejkach, bo w głowie miałam tylko dwie rzeczy. Snowdon i Slash.
Właściwie to dobry humor zaczął się już w piątek wieczorem. W pośpiechu piekłam muffinki, bo chcieliśmy zaliczyć małe party urodzinowe naszego kolegi z Czech. Pech chciał, że przecięłam wargę przy zaklejaniu koperty (kto do cholery robi takie ostre krawędzie kopert ja się pytam?!) i nie mogłam się śmiać. A przynajmniej tak założyłam, że nie mogę, bo boli. Gdzie tam! Nie przewidziałam obecności harmonijki na imprezie, a połączenie harmonijki i wstawionych Czechów skutkuje salwami śmiechu. Pod koniec wieczoru bolały mnie wszystkie mięśnie twarzy, a łzy ciekły mi po twarzy bynajmniej nie ze wzruszenia, gdy podziwiałam podrygi Karola do czeskiego punku granego na harmonijce. Oi oi oi! Niestety dla nas była to krótka imprezka, gdyż następnego dnia szykowały sie wojaże.
Z tym też ciekawa sytuacja - planowane od dawna wojaże stanęły pod znakiem zapytania, w obliczu niespodziewanych obrotów wydarzeń... ale daliśmy radę! Wprawdzie plany się pozmieniały, ale Angolowi i mnie udało się zwiedzić zamek w Caernarfon. Próbowałam nauczyć się waijskiej wymowy, ale na nic moje próby. Hfrhfgrhwfon. Czy jakoś tak. Zaprawdę, w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie to pikuś w porównaniu z walijskimi łamańcami jęzkowymi bez samogłosek. Mimo przeciwności lingwistycznych zjedliśmy smaczny lunch w porze kolacyjnej i w pełnym składzie 6. Wspaniałych dotarło do hostelu. Wyszło na jaw kto jest dobry, a kto jest sabotażystą! I było dmuchanie wyimaginowanego ognia, bo health&safety, no ale urodzinyyyyy to trzeba dmuchać! W tym miejscu pragnę z całego serca podziękować Mizerii za PYSZNY tort i Piotrusiowi za iście teatralne udekorowanie podłogi tymże. Gdyby nie to, że obżarłam się podczas kolacji, to pewnie zjadłabym górną warstwę - była cały czas nienaruszona, a zarazki nie zdążyłyby na nią wskoczyć.
Po małym celebrowaniu położyliśmy się do łóżek, by rano skoro świt wstać i ruszyć na najwyższy szczyt w Walii. Właściciel hostelu zasugerował nam, którą trasę wybrać (ciągle chce mi się śmiać z jego żartu, family route, pf!). Jako że moja kondycja leży i kwiczy zarządzałam dużo przerw, licząc na kawałek brownies... i dzięki tym brownies udało mi się! Zdobyliśmy Snowdon i staliśmy na najwyższym szczycie Snowdonii całe 3 minuty, bo wiało jak w Kieleckim, okulary parowały, a mgła pozwalała na rozwijanie wyobraźni. Ponoć można stamtąd dojrzeć Lake District, szczyty w Szkocji, a nawet w Irlandii... ale coś mi się zdaje, że to podobny żart w stylu "family route". Czyli - jeśli wierzysz, że za tą gęstą jak śmietana mgłą widać piramidy to proszę cię bardzo, nikt nie zabroni.
Warto było. Już dawno nie czułam takiej satysfakcji, wolności i piękna w naturalnym wymiarze. Tylko Angol wie, ile razy powiedziałam "Ale tu pięknie!". Bo było pięknie...
Po naradzie ruszyliśmy w podróż powrotną wybierając family route (hrehrehre). Cała wędrówka zakończona była kawą w lokalnej kawiarence i ekstremalną jazdą autobusem na parking, gdzie zostawiliśmy samochody. Szacunek dla kierowcy autobusu. Zasuwał tymi krętymi drogami z murkami zamiast pobocza, pogwyzdywał wesoło i na ostrych zakrętach przytrzymywał się uchwytu, by nie wypaść z fotela. Facet musi kochać swoją pracę...
Także ten. Dziękuję ekipie - M&M's, Ewa, Danka, sabotażyści i krasnoludy, do następnego :) Obiecuję, że nie będę tyle stękać i kupię sobie buty do chodzenia a nie do ślizgania się po kamieniach. Za słodkości i prezenty też dziękuję. Było mi szalenie miło.
Na moje szczęście weekendowe przyjemności nie skończły się wraz z nadejściem poniedziałku, gdyż w pracy panowała ciągle radosna atmosfera, a prognozy na wieczór zapowiadały się gorrrąco... Angol już dawno powiedział mi, jaki ma dla mnie prezent urodzinowy. Sama mu go podrzuciłam, wracając pewnego dnia po pracy do domu i lamentując, że Slash gra w Birmingham dokładnie w moje urodziny i to musi być znak. Dobrze się domyślacie, w poniedziałkowy wieczór jechałam z Knurkiem zobaczyć miłość mojego dzieciństwa! Targały mną obawy, że moje wyobrażenia mogą przekraczać realia. Drżałam na myśl, że mogę się zawieść, bo kiedy idzie się zobaczyć na żywo kogoś, kto wydaje się być legendą, presja jest ogromna. Było kapitalnie! Legendarny Slash zagrał dla mnie Happy Birthday w wersji "Sweet Child O'Mine". I ja wiem, że to było specjalnie dla mnie ;) Reszta zespołu, zwłaszcza Myles, bardzo przypadli mi do gustu. Naładowałam się. I ciągle jeszcze przeżywam. Knurku, dziękuję. Ty wiesz.

Fajnie jest mieć urodziny. Nie ważne, które :) Zakwasy ma się przecież w każdym wieku...

To kiedy powtórka?? :)

czwartek, 23 października 2014

Taki kaprys

Dotarła do mnie fantastyczna wiadomość o pierwszym potwierdzonym zespole na 21. Przystanku Woodstock. Black Label Sausage! Tfu Society. Wreszcie zobaczę Zakka. Lecz do Woodstocku tak daleko...
Jeszcze za nim dobra nowina zdążyła rozświetlić nasz dzień naszło mnie pragnienie, którego nijak nie da się spełnić. Poszłabym na koncert.
Koniecznie w Polsce, najlepiej klubowy. Acids, z całą ferajną starych znajomych z BA. Albo na Jelonka, ze Szczurem. O! Jak bardzo chciałabym iść na Jelonka! Albo na Żywiołaka, z Dziwadłem. Albo na Kult, albo na Kabanosa, albo na El Dupę, albo na Black River, albo na Flapjacka...
Do Rude Boy'a, bo sentyment, może przemycając coś w torbie. Albo do Kwadratu, bo ochrona. Lepiej - do legendarnego Loch Nessu. Albo do Wiatraka. Obojętne.
Pragnę wejść w tłum rozgrzanych ludzi i zyskać nowe siniaki w dziwacznych miejscach na rzecz cudownych wrażeń. Chcę na crowd surfing, żeby poczuć się, jakbym latała. Chcę trochę pomachać włosami przy barierce, tak by następnego dnia bolał mnie kark. Chcę dołączyć do metalowego wężyka. Chcę wśpiewać na całe gardło wszystkie ulubione kwaśne teksty. Chcę szczerzyć zęby w uśmiechu, machać do Mańka i posyłać mu całusy ręką. Chcę tańczyć w tłumie, w którym co chwilę spotykam kogoś znajomego. Aż wreszcie po pięknej sztuce chcę zmęczona wychylić kufel orzeźwiającego piwa  przeprowadzać konwersacje na poziomie "- Nie będę nic słyszeć przez tydzień. - Co mówiłaś?!"

Chcę, tak bardzo chcę. Ale niesety chcieć to nie zawsze móc. Bo albo te miejsca nie istnieją, albo są niedostępne, ludzie za daleko... No i nie mam glanów. Jak iść w pogo bez porządnego obuwia? No właśnie, to nie Czechy, że można w klapkach. Na szczęście marzyć można nawet na boso.

PS. Specjalne pozdrowienia dla Szczura. Oraz dla Mańka, choć tego nie czyta.

środa, 20 sierpnia 2014

Na plus

Ho, ho, ale czasu minęło od mojego ostatniego pisania! A w międzyczasie tyyyle rzeczy miało miejsce, aż trudno uwierzyć, przecież dopiero co piekłam ciasto marchewkowe na drogę do Kostrzyna.

Zanim przejdę do sedna chciałam wszystkich zatroskanych uspokoić, że moje kapcie się odnalazły. Angol je tak dobrze schował, że zapomniał, gdzie. Na moje pytanie po co je chował, odpowiedział wymijająco, że nie chciał, by stało im się coś złego. Rozumiem, męskie wieczory, każdy ma swoje upodobania. Najważniejsze, że laćki są i nie marzną mi stopy.

Teraz sedno. Urlop! W ojczyźnie, a jakże. Pojechaliśmy, wiadomo, na Przystanek Woodstock. Znowu pod flagą Brudnicy Walcownik, znowu w zacnym towarzystwie Kołków i Nie-Kołków, wylewając siódme poty w upale, chłodząc się na myjkach... Koncerty, piach, brudne stopy i niepohamowana radość wymieszana z poczuciem totalnej wolności. To już dziewiąty raz, za rok będę świętować jubileusz :) W kwestiach muzycznych miło było usłyszeć Kwasów po długiej przerwie, chociaż grali covery i tylko narobili mi smaka na więcej prawdziwego kwasu. T.Love w porządku, Volbeat również, Jelonek także mnie usatysfakcjonował (podobnież jak i piwo z Mańkiem z rana), ale hitem w kwestii koncertów była Kasia Kowalska w ASP, koniec, kropka, tyle. Tydzień minął nie wiadomo kiedy i trzeba było ruszyć dalej. Eh, mogłabym wrócić na kostrzyńskie pole nawet i teraz, zapominając o wszystkim i leżąc pod plandeką, martwiąc się jedynie o to, czy moje piwo będzie wystarczająco schłodzone.

Po swawolnym Woodstocku nadszedł czas na ściskanie piesiuńcia i nadrabianie zaległości rodzinnych, niestety w kolorze czerni i ponurej atmosferze (pomijając wspominki na wesoło), co mocno zaważyło na moim samopoczuciu i nieco pokrzyżowało plany. Na szczęście na osłodę pod koniec urlopu poszliśmy z Angolem na piękny ślub M&M'sów. Ach! Było czadowo! Mizeria może i zmieniła nazwisko, ale na szczęście wiele się nie zmieniło. Dalej jest moją dziewczyną i myślę, że jej małżonek to uszanuje ;) 

I przeleciały trzy tygodnie nie wiadomo kiedy.... Ba, mało tego. Ostatnio, gdzieś w zeszłym tygodniu, stuknęły mi dwa lata życia w Anglii. Mam wrażenie, iż wiele się przez ten czas wydarzyło. To były cholernie intensywne dwa lata. Oswoiłam się z pająkami (ale nadal boję się tych większych oraz tych, które czają się między naczyniami, gdy wraca się z trzytygodniowego urlopu...), zaczęłam wreszcie na siebie zarabiać, przekonałam się o wielu życiowych prawdach i podciągnęłam się z angielskim. W ostatecznym rozrachunku wychodzę na plus.

Wczasy też dostają 5 z plusem. 

A 20kg kiszonych ogórków przytarganych z Polski dostaje u mnie 6 z wykrzyknikiem i koroną. Pyszności! 

środa, 19 lutego 2014

Muzyczne marzenia

Już zdążyłam wyzdrowieć trzy razy, jakby się ktokolwiek martwił. Wysiedziałam się w domu do tego stopnia, że powoli wariowałam, lecz na szczęście już wszystko wróciło do normy,  gdzie przez normę rozumiem delikatne odchyły akceptowalne przez ogół społeczeństwa.
Przy okazji minął weekend. Sobota z całym wachlarzem emocji - z niespodziankową wizytą u Mizerii, pałaszowaniem tarty cytrynowej i rozmowach o silnym odruchu ssania cielaczków, a potem muzyczną euforią podczas koncertu Dream Theater w Wolverhampton. Muszę się pochwalić że był to mój prezent urodzinowy od Angola. Możliwość zobaczenia jednego z moich ulubionych zespołów po raz trzeci wzbudzała we mnie skrajne emocje. Ogromnie się cieszyłam, będąc jednocześnie bardzo zestresowaną. Bałam się, że mój mit o wirtuozach może zostać obalony, ale na szczęście są pewne rzeczy na tym świecie, które jest trudno obalić. Jedną z nich jest harmonia i trudne do opisania piękno muzyki tego amerykańskiego zespołu. I nawet brak mojego ulubionego muzyka nie zmienił ani odrobinę mojej opinii na ich temat.
Na marginesie dodam tylko, że James LaBrie brzmi potwornie udając brytyjski akcent.

Dawno nie miałam tylu łez w oczach.
I tyle... wszystkiego.

Jak już zaczęłam o koncertach to pociągnę temat dalej, gdyż ostatnio często śnią mi się jakieś muzyczne wydarzenia. Acid Drinkers, Jelonek, Woodstock, wspomniane DT... bardzo chciałabym wysłać ręką całusa w stronę Mańka albo poobijać żebra na Kwasożłopach... Chociaż nie, żeber nie chcę obijać, wolę wylać siódme poty i polatać stylem crowd surfing.Do tego 2014 obfituje w tyle cudownych koncertów, a ja ubolewam nad tym, że nie mogę się rozdwoić. No ale cóż, jak to powtarza Angol, nie można mieć wszystkiego.
Podobno.

Ale wiecie co mnie cieszy? To, że gdy wracam do domu po pracy to jeszcze jest jasno. Idzie wiosna!

poniedziałek, 2 grudnia 2013

18 + 7 do doświadczenia

Nie mogłam dziś złapać oddechu z powodu ataku śmiechu, gdyż zostałam poinformowana o istnieniu sarkastycznego narkazmu. Ale śmiech to zdrowie, a mi się ono przyda, zwłaszcza w moim wieku (!).

Ok, wiem, jestem i tak najmłodsza z towarzystwa (z kilkoma wyjątkami). Lecz przysięgam z ręką na sercu, na moje ukochane ogórki, na barszcz czerwony, na muffinki, na brownies i na Scotta Pilgrima, że nie czuję się wcale na tyle lat, ile mam. Kiedy to wszystko minęło? Nie wiem.

Z drugiej strony wspomnień jest wiele... :)

Jak na jubilatkę przystało, zdmuchiwałam świeczki trzy razy. Najpierw był lokalny cydr w pobliskim pubie, a następnie spędziłam przyjemną noc w Ankh-Morpork wraz z Angolem, Mizerią i Piotrusiem. Żadne z nich nie dało mi wygrać. Paskudy. Na pocieszenie spałaszowałam serniczki oreo (bajka!) i cały dzień robiłam nic.
Dziękuję wszystkim za życzenia. Tym, którzy się ze mną stukali patrząc w oczy, oraz tym, którzy się pofatygowali z kartkami i listami (love <3), tym od sms-ów, tym od maili, wiadomości, ryjbuczka itd. Naprawdę, sprawiliście, że poczułam się ważna, kochana i wyjątkowa razy pierwiastek ze 100. 


czwartek, 17 października 2013

Volbeat w Birmingham

Od wczoraj bardzo chciałam napisać notkę i oczywiście schrzanił mi się komputer. Na szczęście mogę skorzystać z głównego zamiast mojego miniaturowego, a okazję mam ku temu wybitną, gdyż mój luby zajmuje się typowo męską czynnością jaką jest oprawianie zwierzyny.
Tak więc uzbrojona w klawiaturę popijam rumianek z miodem i zabieram się do relacji koncertu, na którym mieliśmy przyjemność być wczoraj.

Volbeat.
Słyszałam podobno na żywo na Woodstocku 2009, ale jakoś sobie średnio przypominam. W każdym razie mam kilka utworów, które lubię i już kiedyś trzymałam w ręku bilet na ich koncert w Birmingham... gdy rozchorował się wokalista. Dawne dzieje. Moje nastawienie było neutralne i jak z przyjemnością wybrałam się na koncert dla samego faktu, tak nie spodziewałam się kisielu w majtkach czy innych takich z powodu gwoździa wieczoru. A tu niespodzianka. Lubię takie niespodzianki!
Gdy dotarliśmy na miejsce - O2 Academy - zebrał się już niemały tłumek (na marginesie - dlaczego zawsze, gdy tam idziemy szczękam zębami z zimna?). Nie jest to mój pierwszy koncert w Anglii, zatem przyzwyczaiłam się już do tego, że jest inaczej niż w Polsce. Oczywiście nie jestem ekspertem jak Angol, który pewnie był na koncercie w UK po raz czterdziesty siódmy, czy coś koło tego, ale swoje zdążyłam już zauważyć. Dlatego więc przekrój wiekowy od brzdąców w wielkich słuchawkach po "tatusiów" i "mamusie" już mnie nie dziwi. Podobnie z stylem odzienia, choć wczoraj było umiarkowanie podobnie. Oczywiście wszyscy grzeczni, uśmiechnięci, uprzejmi, żadnej wiochy czy ledwo trzymających się na nogach typów. W Anglii ludzie przychodzą na koncert, aby posłuchać muzyki. Nie żeby się zabawić.
W klubie publiczność rozgrzewał support (Iced Earth, które prezentowało mieszankę Mettaliki, Pantery i Iron Maiden), a także piwo, cydr oraz hot dogi. Znaleźliśmy z Angolem dogodne miejsce, żebym cokolwiek widziała i czekaliśmy na występ gwiazdy. Staliśmy z tyłu z racji naszego spóźnienia, a nie przepychaliśmy się do przodu, bo to niegrzecznie (naprawdę, serio, wspominałam, że jest inaczej).
Gdy na scenie pojawili się panowie z Volbeat zaskoczona zostałam entuzjastyczną reakcją fanów. Nie spodziewałam się tego po powściągliwej publice. Pierwsze kawałki, wszyscy śpiewają, bawią się (czyt. rączkami wymachują i piąstki w górę wyrzucają), a ze sceny płynie w naszym kierunku ogromna, pozytywna energia.
Podobało mi się bardzo! Poziom muzyczny i nagłośnienie rewelacyjne, kontakt z publicznością na szóstkę z plusem. "Radio Girl", "Fallen", "16 Dollars" - siur i Angol kontent. Było też trochę Motorheada, Johnny'ego Cash'a i Judas Priest. W tłum poszybowały pałeczki, kostki i membrana z autografami. No i fani... Przyznaję, że był to mój pierwszy klubowy, tak żywiołowy koncert w tym kraju. Pomijając Tenacious D, ale to inna kategoria. Warto było! Dzięki Mordko :*

W rezultacie zaostrzył mi sie apetyt na koncerty. Gdy podrygiwałam do  rock'n'rollowych nut na chwilę z odpłynęłam myślami do starych, koncertowych czasów. Zatęskniłam za kwaśnym ściskiem pod barierkami, obolałym karkiem, siniakami w każdym kolorze, Jelonkowymi wężykami, crowd surfingiem i before/after imprezowaniem z Kołkami, Barmy Army czy innymi wariatami. Apeluję z tego miejsca, a dokładniej z podłogi w małej dobudówce umiejscowionej w spokojnej, angielskiej wiosce, przyjedźcie do nas! Kwasożłopy! Flapjacku! Jelonku! Przyjedźcie!
Podpisano: spragnieni koncertowego szaleństwa
Siurek Ogórek i Angol (Knurek)

***

Jeszcze wcześniej, we wtorek, oglądałam poniżenie naszych piłkarzy, sącząc Guinessa w lokalnym pubie. Przypadkiem spotkałam kolegę ze starej pracy. Powiedział mi w ramach pocieszenia, że Polacy grają w czerwonych strojach, więc on z racji pochodzenia (jest Walijczykiem) odczuwa to tak, jakby przegrywali jego piłkarze i też było mu przykro. Hm, może byłoby mi przykro, gdybym spodziewała się cudów. Ale nie, ja po prostu chciałam obejrzeć sobie mecz bez zbędnego trucia o historii, wyjątkowej rocznicy i szans sprzed dekad. Plus mina barmana, gdy zapytał  "Would you mind if I ask but are you're from Poland?" i otrzymał twierdzącą odpowiedź była satysfakcjonującą nagrodą ;)

Dopijam powoli rumianek i kończę notkę, a mężczyzna nadal robi to, co robić musi, by wyżywić głodnego siurka. Za oknem ciemno i zimno. Brr. Następnym razem napiszę o rzeczach, które warto zachować dla siebie, jeśli się nie chce mieć problemów z szefem ;)

niedziela, 21 kwietnia 2013

Żartownisie

- Kocham cię.
- Ja ciebie też.
- Ale ja tak serio.
- A ja tylko żartuję.
- No myślę!


Jesteśmy tacy wspaniali i cudowni. Wiem.

Chciałam tylko napomknąć, iż w najbliższych dniach pojawi się relacja z koncertu Luxtorpedy. Miałam ją napisać dziś, ale... w telewizji leci film z Robertem i... sami rozumiecie. Robertowi się nie odmawia. Zwłaszcza, gdy ma za sobą wsparcie superbohaterów.
Teraz jednak czuję się zobowiązana do napisania relacji, więc ma pewność, że mi to nie umknie! To ta sama strategia, co przy metodzie "Przypomnij mi, że mam coś zrobić". Gdy zaangażuje się do tego drugą, niewinną osobę jak na ironię samemu się o tym doskonale pamięta (osoba zaangażowana mimo solennego przyrzeczenia, że tak, że przypomni, zazwyczaj robi to w momencie, gdy zabieramy się za daną czynność). Poniekąd to oszukiwanie samego siebie, ale działa, co pozwala przymknąć oko na oszustwo.

A teraz przepraszam, ale Angol przygotował chińszczyznę (jeszcze nie spróbowałam, ale kucharz już ją zachwala, więc musi być dobra), za kilka minutek zacznie się film i będę mogła rozkoszować się pod względem kulinarnym - i nie tylko :)

poniedziałek, 25 marca 2013

Solidna dawka energii w środku tygodnia

Marzec ma się ku końcowi, a ja nie mam czasu pisać. Na brak tematów nie narzekam, chociaż mogą być one niezbyt atrakcyjne dla przeciętnego czytelnika - mogłabym napisać elaborat traktujący o zamiataniu podłogi, poradnik "Jak umyć 300 talerzy jednego wieczoru i nie zwariować" albo książkę o tym, czego Ian nie lubi. Na szczęście nie mam na to czasu.
Jednakże w ostatni weekend (czyt. w środę, bo wtedy mam weekend - a może raczej middleweek?) działo się coś bardziej interesującego niż przygody w pracy. Coś znacznie bardziej interesującego! Coś, co należy zrelacjonować.
W ostatnią środę zdecydowałam się na wagary (hihi) i wraz z Angolem wybraliśmy się na koncert. Rzecz niesłychana, bo ostatnio o koncertach nie było mowy i aż wstyd się przyznawać, kiedy ostatni raz się bawiliśmy na koncercie. Okazja się nadarzyła - The Heavy, w Birmingham, w środę - idealnie! Bilety zostały zakupione i w środowe popołudnie cieszyłam się, że jadę się odchamić. Nic nie było w stanie zetrzeć uśmiechu z mojej twarzy - ani korki, ani fochy Angola, ani lekki ból głowy (pewnie z przejęcia).
Oczywiście, jak można się spodziewać, nie obyło się bez niespodzianek.
Okazało się, że Angol miał już po dziurki w nosie mnie i mojego marudzenia, więc koncert był tylko przykrywką dla prawdziwego celu naszej podróży - odwiezienia mnie na lotnisko i wysłania w piździec! Daleko.
Haha, dowcipkuję sobie. Tak naprawdę jechaliśmy na lotnisko, ale nie po to, by mnie odesłać tylko po to, by kogoś odebrać, a kasa na bilety koncertowe miała tylko być uwiarygodnieniem oficjalnej wersji i uśpić moje podejrzenia, gdyż jak powszechnie wiadomo, diabelnie bystra i czujna bestia ze mnie.
Hahaha, no dobra. Jechaliśmy na lotnisko, owszem. Bo jakiś koński kierowca wepchnął się przed nasz samochód tuż przed naszym zjazdem i zasłonił wszystkie znaki, a my nie wiedzieli... (ekhm, ja zajęta byłam szukaniem piosenki na youtube - złoooo!) Gdyby nie koń, zwierzę absolutnie niewinne i zgoła duże, Angol inaczej załatwiłby tę sprawę inaczej... lecz musieliśmy szukać najbliższej okazji do zawrócenia. A że na autostradzie z zawracaniem raczej ciężko, najbliższą okazją do zawracana była droga na lotnisko. Tak oto przejechaliśmy przez całe Birmingham, by zawrócić i nadrobić ponad 20 mil.  Jednakże nawet koński kierowca nie miał szans zetrzeć uśmiechu z mojej twarzy, choć trzeba przyznać, bardzo się starał.
Z pieśnią na ustach dojechaliśmy na miejsce, a Palec Boży sprawił, że support nie zaczął grać, dopóki nie dotarliśmy do O2 Academy i nie załyczyliśmy zimnego piwa/cydra. I bardzo się  z tego powodu cieszę, gdyż nauczyłam się już rok temu, że nie należy lekceważyć supportów. Kalifornijski (a jakże!) zespół The Silent Comedy najpierw sprawił, że zaniemówiłam. W drugim odruchu noga sama zaczęła przytupywać, a w finale uśmiech mi się poszerzył i z przyjemnością słuchałam bardzo radosnej twórczości panów o niezwykłym image'u. Po ich występie przyszło nam się przekonać, że panowie nie dość, że wyglądają nietuzinkowo, to są bardzo sympatyczni i hojni - obdarowali nas wieloma gadżetami, ponieważ znają Poznań :)
Jednakże gwoździem wieczoru był angielski zespół The Heavy, poznany przeze mnie w smutnych okolicznościach. Ich piosenki zostały wykorzystane do gry "Borderlands 2" i gdyby nie ich muzyka, szczerze nienawidziłabym jej twórców. Na szczęście się wyratowali, zapoznając mnie z twórczością The Heavy. Muzyka nieco inna, niż dotychczasowe moje miłości, ale jakże porywająca! Wykonanie na żywo perfekcyjne, wokalista był prawdziwą bombą na scenie - miał tyle energii, że aż z niego kapało. Dostałam te kawałki, które chciałam, nie zabrakło dwóch hitów z gry oraz nowości. Co zaskakujące, powściągliwa angielska publiczność dała się porwać zabawie i pod koniec niemal wszyscy pląsali. Śmiało mogę napisać, że to był fantastyczny koncert. I nawet skrócenie godzin snu nie przeszkadzało mi następnego dnia w podśpiewywaniu pod nosem i uśmiechaniu się do samej siebie.
Przypomniało mi się, że jestem zwierzęciem koncertowym.
Dobre to było!

Hm... ok, to kiedy następny koncert? :)

I wciąż dręczy mnie pytanie: jak to możliwe, że droga do Birmingham jest dłuższa niż droga powrotna do domu?

środa, 13 lutego 2013

W przerwie

Chyba coś mnie pogięło. Mam wolny dzień, mój osobisty weekend, a ja co...?

Idę do pracy!
Od kiedy zrobił się ze mnie taki pracuś?

Dziś Slash gra w Katowicach, na Impact Festival do Korna dołączy Head, niech to gęś kopnie wszystko mnie omija. Solennie przyrzekam, że gdy będę nadrabiać zaległości to z przytupem. Jak ogórki kocham.
Wyjęłam ostatnią partię muffinek z piekarnika. Wiem, że powinnam dziś pościć, ale to jedyny dzień, kiedy mogę poświęcić czas pieczeniu nie rezygnując przy tym z innych czynności i nigdzie się nie spóźniając. Liczę na to, że zostanie mi to wybaczone.

***

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Gejaszka! :*

środa, 18 lipca 2012

Wspomnienia z podziemia

Mam swoją pierwszą fotkę rentgenowską i chociaż nic nie umiem z niej wyczytać, to i tak się cieszę! Zobaczymy, czy moja radość przeminie, gdy specjalista rzuci na nią okiem.

Takie to ciężkie czasy nastały, że zamiast cieszyć się wakacjami, człowiek łamie ręce nad swoją paszczą. Ale kiedyś trzeba, zwłaszcza, że terminy naglą.

Póki co nie będę zrzędzić, tylko nadrobię zaległości, bo o ile mnie moja wyselekcjonowana pamięć nie myli, obiecałam wyjaśnić, dlaczego dałam się pokąsać i dlaczego miałam wyjetratatane. A było to na początku lipca, weekend przed moją obroną. W naszej metropolii postawiono na undergroundowe granie i dopięli swego celu organizując festiwal. Co prawda nie była to pierwsza inicjatywa, bo takie spędy miały miejsce już wcześniej, tyle że nie w centrum miasta, lecz w centrum (sic!) wsi, w której ranek nie zaczyna się od kawy tylko od rozwijania asfaltu. No dobra, złośliwości na bok, bo w tamtych jakże urokliwych okolicznościach miło się alkoholizowało i śmiało ze znajomych na scenie. Przypomina mi się też sytuacja, kiedy to razem z Sikersem szukaliśmy wyjścia i z wyciągniętymi przed siebie dłońmi. Ciemno było, nie znaliśmy terenu i próbowaliśmy natrafić na płot, który miał nas doprowadzić do bramki. W rezultacie odbiliśmy się od niego jak od trampoliny ledwo utrzymując się na nogach, przyrzekając sobie nawzajem, że nikt o tym nie musi wiedzieć i że tajemnica.
Jednak zanim zaszczyciłam swoją osobą tę undergroundową imprezę, przyjechała do mnie magister Szczur i wraz z magister Sąsiadką oraz jeszcze nie, ale na pewno wkrótce, magistrem Chmurą i Olgą - magistrem w planach ale pewnie szybciej inżynierem (chyba?), wypaliliśmy sobie faję, mocząc gardła złocistymi trunkami. Następnego dnia, mimo usilnych prób Sąsiadki wyciągnięcia mnie i Szczura ze snu, ostatecznie zwlekłyśmy się dość późno i dzień płynął leniwie. W sumie nie wiedziałyśmy nawet, że wcale nie musimy się śpieszyć, bo organizatorom festiwalu też nie bardzo zależało na czasie, dzięki czemu zyskałyśmy długie godziny czekania. Mniejsza. Po wstępnej lustracji terenu festiwalu, której wnioski zostawię sobie dla siebie, zdecydowałyśmy ze Szczurem, że idziemy na rury z Młodym. Dołączyli do nas na sam koniec Dziwadło i Żandarm. Pewnie gdybyśmy wiedziały, że do Lej Mi Pół jeszcze trochę czasu jest, to zostałybyśmy z nimi na rurach dłużej, ale mi bardzo zależało usłyszeć piosenkę o siostrze jeszcze raz. Poza tym zżerała mnie ciekawość, jaki statyw na mikrofon będzie tym razem na scenie. Wróciłyśmy więc ze Szczurem na festiwal, dowiedziałyśmy się, że Robert kocha pewną boginię Anię, która jest idealna pod każdym względem i abyśmy przypadkiem o tym nie zapomniały, powtarzał nam swoje wyznania po stokroć (zanim nie został wyproszony z imprezy, ale to smutna historia i nie będę o niej pisać). Wreszcie doczekałam się występu swoich ulubieńców. LMP wtoczyli się na scenę i zagrali cudownie chaotyczny koncert z bisami, kradnąc ponownie moje serce. Są tacy niepozbierani, mają do siebie tyle dystansu, są z BB, więc nie da się ich nie kochać. Tak mi się pomyślało, że gdybym tylko potrafiła tyle wypić i gdybym nauczyła się grać z gitarą na pasku a nie na kolanie to może mogłabym dołączyć do ich składu...? Jestem ich zagorzałą fanką i nie ukrywam tego. Lej Mi Pół to pedalski zespół jest, pedalski zespół jest, pedalski zespół jest... Dobra, wystarczy tej podniety.
W międzyczasie do mnie i do Szczura dołączyli Dziwadło i Żandarm, a że humory dopisywały to poszliśmy na piwo, potem na koncert i potem znowu na piwo... A kiedy wszystko się skończyło Dziwadełko podskakiwała, jakby tańczyła jiga i rozstaliśmy się na rozdrożu, aby grzecznie powrócić do domków i paść na twarz. Przynajmniej ja padłam, z przerwami na skrobanie się po nogach. I to właśnie następnego ranka , choć właściwie tego samego, ale kiedy słońce wstało, odkryłam czerwone placki na moich odnóżach, które z każdą godziną dokuczały mi coraz bardziej. Zapamiętać: siedzenie na trawie w krótkich spodenkach jest niebezpieczne!
Dzięki temu weekendowi zbliżający się stres musiał ustąpić przed niepowstrzymaną chęcią drapania się po ugryzieniach. Na dobre mi to wyszło. Spóźnione podziękowania dla festiwalowych towarzyszy :* Kto wie, może za rok będą więcej niż dwa tojki i się skuszę?

wtorek, 12 czerwca 2012

Najlepszy zespół na świecie

Pozdrowionka z angielskiej wiochy! Jest cisza, czasami przerywana śpiewem ptaków, spokój, który zakłóca jednie Angol i w dodatku ma do tego prawo, zatem okoliczności sprzyjają poprawkom w magisterce. Tak prawdę mówiąc dystans sprzyja chłodnemu spojrzeniu na te moje dyrdymały i przynajmniej już tak nie przeklinam nad samą sobą :)
Jednak celem mojej wycieczki nie było poprawianie w sielskich warunkach, co to to nie. Prawdziwym celem, poza poniuchaniem Angola oczywiście, był koncert zespołu, który ma miejsce w czołówce ulubionych kapel siurka, czyli Tenacious D! Wraz z Karolem, który nie wiedział, na jaki koncert jedzie (w dodatku był to jego pierwszy koncert w ogóle - wysoko postawił poprzeczkę), wybraliśmy się w niedzielne popołudnie do Manchesteru, abym mogła zobaczyć mojego cyfrala na żywo. Lokal, w którym rzecz miała miejsce, posiadał przyjemny klimat. Kiedyś był to teatr, teraz przystosowano go do koncertów. Zanim jeszcze zaczął się koncert żywiłam pewne obawy - moje wymagania względem tego gigu były naprawdę ogromne.
Ku mojej radości JB i KG nie zawiedli :) Usłyszałam dokładnie to, czego sobie życzyłam, a nawet więcej - żeby wepchnąć nóż głębiej w Wasze plecy wymienię kilka. "Rize of the Fenix", "Kickapoo", "Beelzeboss", "Fuck Her Gently", oczywiście "Tribute" oraz wisienka na torcie dla siura - moja ukochana "Kielbasa". Jako bonus mogliśmy zobaczyć poślady Kyle'a oraz nagi, okrąglutki brzuszek Jacka. Przyznam Wam, że naprawdę, nieźli z nich aktorzy, jeszcze lepsi muzycy a piorunujący wzrok Blacka potrafi zahipnotyzować nawet z odległości kilkunastu metrów ^^
Tak. To był rewelacyjny koncert. Całości dopełnił Fenix, który pod koniec wybuchnął, jak mniemam, z podniecenia ;)

Takie randki to ja mogę mieć, co jedna to lepsza.

Już jutro trzeba będzie pozbierać książki i notatki, by wrócić do Polski... ale jeszcze dzisiaj pocieszę się Angolem.
I obejrzę mecz z Polonią, bo w trudnych chwilach należy być razem. Polska do boju!!!


PS. - Wiesz jaki to smak? - Niedobry.

czwartek, 7 czerwca 2012

Najważniejsze, zeby zdążyć na Slejera

Ech. Ostatnie dni minęły pod sztandarem ostatnich - ostatnie ćwiczenia, ostatnie wykłady, ostatni dzień "w szkole", aż się robiło smutno na samą myśl. Na szczęście siedzenie pod Korfantym i lody niekoniecznie musiały być ostatnimi, ale stanowiły sympatyczne uwieńczenie dni. Najbardziej podobał mi się wpis z wykładu, na którym nigdy nie byłam. ( - I co ja mam z wami zrobić? - Dać wpisy. - Teraz? - Tak. - No dobra.) W taki oto sposób niespodziewanie szybko nadeszła sesja i siur starym zwyczajem postanowił wraz ze Szczurem godnie tę sesję rozpocząć... Ursynaliami w Warszawie :)
Idea była taka, żeby się odchamić, zrelaksować i zrobić pożytek z legitymacji studenckich, póki jeszcze je mamy. Dobór zespołów powodował u mnie ślinotok, a wizja imprezy na polu namiotowym zaostrzała apetyt. Mimo iż z tym drugim wyszło nie do końca, pierwsze zdało egzamin. Każdego dnia miałam jakiegoś faworyta. Pierwszego było to Limp Bizkit, zespół szczenięcych lat, który rozczulił mnie do tego stopnia, że ledwo nad sobą panowałam. Drugiego czekałam na In Flames i Illusion. Szwedzi rozbroili mnie swoim zapraszaniem do crowd surfingu - to co się działo pod sceną było prawdziwym piekłem i walką o przetrwanie :D Natomiast stare, dobre Illusion, które "Zwyczajnie nie" nie zagrało (jąkam się!) uświadomiło mi moją tęsknotę za kwaśnymi koncertami. Trzeciego dnia na łopatki położyła mnie Gojira. Dawno nie słyszałam tak świetnie wyselekcjonowanego dźwięku, precyzji i porządnego łomotu w jednym. Na deser pozostał Jelonek, którego przewojowałam co prawda w innym miejscu niż zazwyczaj, ale kark bolał do wczoraj, co jest wiarygodnym miernikiem zabawy. Powinnam nadmienić o koncercie Slayera, na którego mieliśmy zdążyć (...) i o występie Nightwish, który wzbudził we mnie niekontrolowaną wesołość. Zagrali 100% mojej wymaganej setlisty i bardzo mnie tym usatysfakcjonowali, do tego mieli fajne ogniki i latające drobinki, które przyciągały uwagę bardziej niż to, co działo się bezpośrednio na scenie. Ale to tak na marginesie, bo Nightwish to nie moje klimaty.
To tyle jeśli chodzi o muzyczne sprawy. Należy się kilka słów o ekipie, bo nie ukrywam, przez moment trzepałam portkami. Tymczasem moje obawy co do tego festiwalu i nocowania na Centralnym okazały się zbędne, gdyż pod swój dach przyjęła nas Martyna, niech będą jej dzięki za cierpliwość i zaufanie! Namowy Szczura zaowocowały więc nowymi znajomościami z naszą gospodynią, która lubi kroić ser, "niuniami", czyli Danielem, Tomkiem i Aleksem, a także Gosią, Sylwią i Natalią. Później dołączył Jarek zwany Systemem oraz mój nowy młodszy brat, Rysiek. O blondi księżniczce nie mówimy, bo szkoda mi miejsca w internecie. Ogólnie przez mieszkanie przewijało się wielu ludzi, do tego stopnia, że gdybym była ochroniarzami to podejrzewałabym Martynę o same najgorsze rzeczy :D Imprezowaliśmy do rana, jedliśmy tosty, piliśmy magnez i kierowaliśmy się dewizą peace and peacing. Było tak fajnie, że aż mi tego brakuje, choć właściwie wszystko rozkręciło się ostatniego dnia. Na samym festiwalu też pojawiło się sporo znajomych. Reprezentacja BA jednak została odnaleziona (i tu ukłony w stronę szczurzego wzroku), dzięki czemu wyprzytulałam TNT i Krzyka, wychylając z nimi piwo góra osiem. Znaleźliśmy się (!) też z Jezusem, który trząsł się jak w febrze. Bo w sumie zimno było... Na szczęście zawsze można było się ogrzać w namiocie piwnym, trenując przy okazji swoje umiejętności flirtowania :D Jak trafnie zauważył Angol, dobrze, że nie spotkałam żadnych Anglików, bo na pewno ochrzciłabym jakiegoś Steve'a i Boba moimi best friends. Cóż, taki ze mnie siurek ogórek. Ubolewam nieco nad tym, iż moje podchody uniemożliwiły mi pogaduchy z Mańkiem, ale mam nadzieję, że mi to wybaczy. Przynajmniej jego żona na pewno nie będzie o nas zazdrosna :D
W ciągu tych trzech dni przekonałam się, że stolica nie jest taka zła. Mają ładne toalety publiczne, śpiewające metro i uprzejmych żuli. Doświadczyłam mnóstwo przesympatycznych chwil, przeżyłam kilka muzycznych uniesień i zyskałam cenne znajomości, które należy pielęgnować. Poza blondi księżniczką, ale o tym nie piszemy. Ujmując istotę moich refleksji w sedno - fantastyczne uwieńczenie juwenaliów, jakie tylko mogłam sobie wymarzyć :)
Dzięki wszyscy :*

***
Powrót był przytłaczający, ale mam mało czasu i powinnam jak najszybciej uwinąć się z tym, co muszę zrobić. Trzeba zakasać rękawy i do roboty, bo już na horyzoncie kolejne przygody. I niekoniecznie mam na myśli Euro, chociaż poniekąd... owszem ;)

PS. Wiedzieliście, że podczas kichania najskuteczniejszą barierą dla rozprzestrzeniania się zarazków jest kichanie w łokieć?

piątek, 25 maja 2012

Z sentymentem w tle

Przyśniło mi się dzisiaj tyle rzeczy, że wcale się nie dziwię temu, iż wstałam tak późno. W końcu to wszystko, co się wytworzyło w moim śnie musiało siłą rzeczy zabrać sporo czasu. Bo wędrowałam po górach, kłóciłam się z jakimś zarozumialcem, ukradli mi rower, odwiedziłam tęczowe osiedle i miałam przedziwną przygodę - w sumie, czego ja w tym śnie nie robiłam!

W związku z powyższym dzień mi dzisiaj szybko mija i mało rzeczy zrobiłam. Ale to nie szkodzi, wieczorem podkręcę tempo. Najpierw potupię nóżką przy dźwiękach Mad Vaccine (zobaczymy co to chłopcy szyją), a później będę adorować Iron Mana. Taki jest plan.

Właściwie to chciałam napisać o czymś innym. Niedawno zaczęłam sobie uświadamiać, że moje życie pędzi nieuchronnie ku zakończeniu pewnego rozdziału. Oczywiście, wiedziałam, że prędzej czy później to nastąpi, ale od momentu, kiedy zaczyna się to wydarzać i nie da się od tego wymigać, czuję się nieswojo. Nie do końca zdawałam sobie sprawę z tej zmiany. Cieszę się, ale jednocześnie trochę się boję. To pewnie nic strasznego, ale wizja biletu ulgowego, którego już nigdy nie będę mogła dla siebie kupić przyprawia mnie o drżenie dolnej wargi. Refleksje prowadzą mnie do początków - do Krakowa i przedziwnych, ale sympatycznych dni spędzonych na Piastowskiej, do poznawania Katowic i posiedzeń nad zapiekanką w Kredensie, do moich edytorów, którzy też gdzieś się rozpierzchli. Będzie mi tęskno za tymi czasami. Pewnie z tego powodu ciągle nie wypisałam mojej karty egzaminacyjnej i indeksu, chociaż zazwyczaj robiłam to wcześnie - żeby było ładnie napisane (estetyzm ponad wszystko!).
Dzięki Pierniczku za Dobrą Karmę. Dosłownie i w przenośni :)

Żeby nie zakończyć tak smętnie to dodam, że Angol nie ma mojego numeru telefonu, a ja śmieję się z tego po hiszpańsku. Jajaja :)

wtorek, 15 maja 2012

Szkoda sensu

Zeszłoroczne krakowskie juwenalia były przeze mnie nazwane najlepszymi ever. Pamiętam to, ponieważ poza tym odważnym stwierdzeniem nie miałam więcej do dodania, a przynajmniej niewiele, bo nie ma się czym chwalić- zabawa była przednia. Cóż, tamte juwenalia towarzysko i fazowo może i były najlepsze (?), ale to ostatnie wywarły na mnie niesamowite wrażenia i wcale nie były gorsze ;)
Zaczęło się od tradycji - siur jedzie do Krakowa, więc leje jak z cebra (scebra?). Typowa pogoda znana z moich wyjazdów do dawnej stolicy, ale tym razem byłam szczególnie niepocieszona, bo nie miałam żadnych odpowiednich butów, które by mi nie przemokły (trampki odpadają) i nie sprawiły, że będę mieć koślawe stopy (glany wykluczone). Poszłam na kompromis i postanowiłam ocalić od zagłady moje pięty. Wraz z Młodym odegraliśmy parodystyczną scenkę pogoni za busem z jedną parasolką w dłoni i to całkiem przypadkowo. Na szczęście udało się nam złapać transport do Krk i umilaliśmy sobie podróż planowaniem wysłania Młodemu wymarzonego motocyklu, kiedy już będę zarabiać kokosy. Włożę mu ten motor do wielkiego pudła, a luki wypełnię żelkami. Wiem, jestem dla niego za dobra, ale ewentualnie od czasu do czasu mogę go rozpieszczać.
Gdy dotarliśmy na Plac Inwalidów, który nie wiadomo skąd wziął swoją nazwę, spotkaliśmy Szczura i Pikę, poczekaliśmy jeszcze na przeuroczą entuzjastkę BB, czyli Wrzosa i ruszyliśmy ku naszemu celowi. Ale zanim wkroczyliśmy na teren czyżynaliów, obaliliśmy cytrynówkę roboty Szczura, która wbrew wybrzydzaniu Młodego była pyszna i przyjemnie rozgrzewała :) Farfocle rządzą! Zamiast spotkać się z Majstrem po wejściu na teren juwenaliów poszliśmy na szybkie piwo, gdyż Majster wolał powyhaczać 14-stki na Grubsonie, w sumie nie wiem, czy mu się to udało, czy nie. A po piwie przyszedł czas na realizację planu Janusza i fikanie na Majkelu Dżelonku vel Kielonku. Trochę się ze Szczurem zapomniałyśmy i stanęłyśmy po złej stronie sceny, ale na szczęście w porę naprawiłyśmy ten błąd. Maniek wypatrywał, wypatrywał, aż wypatrzył, posyłając w naszą stronę uśmiechnięte salutowanie i mógł spokojnie wygłupiać się na scenie dalej. Nie ma co, koncert był jak zwykle fantastyczny, a metalowy wężyk przerósł moje oczekiwania, gdy znienacka jakiś gość ugryzł mnie w policzek. Wiem, że jestem apetyczna, ale na Ozyrysa, tak w biały dzień przy Jelonku? Potem próbował jeszcze raz, bo taki był drapieżny, ale się ulotniłam. Maniek zerwał strunę, Jebik doczekał się kolejnego potomka, więc trzeba było odśpiewać wszelkie możliwe stolaty, a Janusz zrobił swoje. LOL. Po koncercie Jelonka mało grać Illusion, ale zdecydowaliśmy się na piwo z deszczową wkładką (było optycznie więcej trunku). Gdzieś tam pojawiła się Ala z Krystianem, a później przyłączył się do nas Maniuś, zawiadamiając o tym, że na umowie widnieje "Jelonek- noł" i Finowie mają delikatne podniebienia (ale obecnie wszystko im jestem w stanie wybaczyć). Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, podokuczaliśmy trochę, aż po Mańka zadzwonili, że ma się zwijać - więc posłusznie się zwinął.Dobrze było go znów wyściskać, ale mogliby przestać grac na bezprzewodowych gitarach, bo to rujnuje moją wizję kariery w muzyce.
Jako że się siurowi i Młodemu nieco zgłodniało to poszliśmy się posilić, a potem odnaleźć Majstrową. Podczas tej przechadzki Szczur zrobiła sobie fajne białe buty z piany, bardzo szykowne! Przy piwku posłuchaliśmy Hey'a. Dyskutując z Majstrem na temat mojego farta nagle wzrokiem odnalazłam Kaspiana i w te pędy rzuciłam się mu na szyję. Stary, poczciwy Kaspi jak zwykle ucieszył się z niespodziewanego spotkania, poopowiadał co u niego, a ja nie mogę się doczekać na jego starcie z Karolem. Trochę mu zazdroszczę, bo pokazać się w Familiadzie to nie lada gratka! Będę trzymać kciuki, bo jak wygrają to będzie taka impreza, że o makrelo wędzona!
A później zbliżał się czas koncertu Apo i udaliśmy się pod scenę. Co działo się na Apo to już pisałam, więc nie będę się powtarzać, a wszelkie dodatkowe przemyślenia zachowam sobie dla siebie ;)
I niestety, nadeszła pora końca imprezy. Jeszcze zanim nas wyprosili - czy zawsze muszą to nam robić? - zdążyliśmy zagrać w stópki, a później spacerkiem poszliśmy na autobus, ale nie pierwszy, ani drugi, cudem do trzeciego się zmieściliśmy. Było sardynkowo, ale za to poznałam historię pewnego kieszonkowcy i dowiedziałam się, że szkoda sensu.
No bo szkoda.
Na sam koniec podróży okazało się, że Szczurzy instynkt nie zawodzi nawet o 3 nad ranem, a Pika ma cudowny domek i smaczną herbatkę owocową :) Cały wypad zaliczam do fantastycznych, tego właśnie było mi potrzeba.
Dzięki wszystkim!;*

I pamiętajcie, jeżeli nie wiecie jaki bilet kupić -sprawdźcie po cenie.

niedziela, 13 maja 2012

Wrażenia (A)po

Myślę, że relacja z samych juwenaliów pojawi się w niedługim czasie, ale teraz chciałam skupić się na jednym elemencie, korzystając z trwającej euforii.
Apocalyptica. Mój pierwszy koncert i przysięgam na wszystkie ogórki tego świata, że nie ostatni. Nie od dzisiaj wiem, że muzyka potrafi zaczarować, ale kolejny raz dałam się temu ponieść. Jestem pełna nieukrywanego podziwu i przeszczęśliwa, że zobaczyłam te wiolonczele na żywo (nie wspominając o wiolonczelistach...). Zmotywowali mnie bardzo, aż zachciało mi się ogarnąć zapisy nutowe i nauczyć się tak wymiatać! Może zabrakło tych ukochanych kawałków, ale dzięki temu jest na co liczyć w przyszłości - prawda Szczurze?
Pozostało mi uczucie niedosytu, mam ochotę na jeszcze i tym następnym razem bardziej się skupię ;) Naprawdę ciężko zachować podzielność uwagi na takim koncercie.
To było zarazem piękne, wzruszające, pełne energii i impulsywności, a do pełni szczęścia brakowało mi tylko glanów.

Co tam. Siniaki na stopach są pocieszne!

Mrrr ^^ <bardzo szeroki uśmiech z przymrużonymi oczami>