Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2015

Ajri ajri in e diferent stajli - czyli spontan po irlandzku

 - Before you leave have a pint of Guinness.
 - We already had one.
 - Have another one.

Od czego zacząć? Może od tego, że marzenia się spełniają. Czasem w najbardziej niespodziewanym momencie, w wyniku spontanicznej decyzji, która przez chwilę wydaje się być głupia. Nie wiem, czy jest w życiu coś równie ważniejszego od spełniania marzeń.
Zaczęło się od tego, że gdy mocowałam się z zakładaniem światełek na drzewka w pewnym kościele na wschodnim wybrzeżu Anglii dostałam sms od Angola. "Lecimy do Dublina?" A tydzień później siedzieliśmy w samolocie podekscytowani naszą pierwszą wyprawą do Irlandii. Do tej legendarnej, zielonej Irlandii.
Pierwsze wrażenia były... dziwne. Krajobraz jakby trochę bardziej swojski, bardziej polski (to pewnie przez budownictwo na wsi, trochę inne niż angielskie), ograniczenia prędkości w kilometrach, ale jeździ się po lewej stronie - coś jest nie tak. Dodać do tego śmieszny acz uroczy irlandzki akcent i mamy wybuchową mieszankę. Potrzebowałam trochę czasu, by znaleźć tą irlandzkość, którą kiedyś tam skrupulatnie sobie wyimaginowałam ćwicząc hop backi i słuchając Flogging Molly, Beltaine czy Carrantuohill.

środa, 7 stycznia 2015

Z impetem

Od czasu do czasu śnią mi się, za przeproszeniem, takie pierdoły, że strach się zastanawiać, skąd mi to przychodzi do głowy. Zwyczajnie kwituję te głupoty wzruszeniem ramion i trzymam w razie potrzeby opowiedzenia głupiej anegdotki, rujnującej mój poważny wizerunek. Ale czasem budzę się z przekonaniem, że tym razem to nie były zaburzenia umysłu tylko przeczucie. A nawet wyraźna wizja przyszłości.
Szlag by to trafił. Nie ma to jak zacząć nowy rok od wymierzonego policzka.

Na szczęście tak łatwo się nie poddam, bo za dużo zainwestowałam, by tak lekko odpuścić. Brniemy dalej!

***

Rutynowy update:
Zdrowie dopisuje. Pada deszcz. Angol gra w Skyrim. Czytam Ćwieka (jak mam chwilę). Zainspirowana obiadem Mizerii w ostatni weekend, od trzech dni jem ogórkową: raz gorący kubek, reszta samodzielnie ugotowana.
O właśnie, ostatni weekend był uwieńczeniem dwóch tygodni relaksu i błogiego nicnierobienia. Odwiedziliśmy M&M w Walsall, wieczorem przenieśliśmy się do Ankh-Morpork, a dnia następnego pojechaliśmy sobie na wycieczkę do Oxfordu. Bardzo magiczne, historyczne miasto. Wędrując uliczkami wśród budynków uniwersyteckich i wieżyczek zatopionych we mgle miałam ochotę przenieść się w czasie i zostać studentem Oxfordu. Mogłabym godzinami przesiadywać w bibliotekach, albo chociaż w ogrodach na dziedzińcach, albo pod ścianą pokrytą wisterią, albo przy stoliku kawiarni... Udało się nam tylko trochę skosztować tego, co ma do zaoferowania Oxford i niewątpliwie jeszcze tam wrócę, chociażby po to, by wychylić pintę czegoś dobrego w Eagle and Child. Może mnie natchnie jak Tolkiena.

A wiecie, że jelenie w parku w Oxfordzie podczas drugiej wojny światowej zostały zakwalifikowane jako warzywa?

niedziela, 5 października 2014

O pszczółkach bez podtekstów

Wohooo! Demon prędkości. Powinnam zacząć więcej zarabiać, aby mnie było stać na ewentualne naprawy. Angol mi mówi o tym już od dawna, ale teraz sama się przekonałam.

Tak spoglądam, trochę niepewna, na statystyki i mam pewne podejrzenia, że w związku z moim kontrowersyjnym nickiem mam na moim własnym miejscu internetu jakichś niechcianych gości poszukujących mocnych wrażeń. Gdybym tylko przemyślała przyszłość mojej spontanicznej decyzji może byłoby inaczej... Może.
A propos. Czy wiedzieliście o tym, że truteń po zapłodnieniu pszczoły umiera? I to nie byle jak - jego śmierć jest bardzo damatyczna. Mianowicie tuż po spełnionym zadaniu, które odbywa się w locie, biedakowi odpada penis z charakterystycznym dźwiękiem, a on sam pada bez życia na ziemię. Los trutnia jest jeszcze gorszy niż los pana traszki - chyba lepiej czegoś nie mieć wcale, niż mieć i stracić oraz momentalnie umrzeć.

Pff. Jestem niepoważna. Piszę o pszczółkach i penisach, a potem dziwię się, że statystyki rosną.

środa, 19 marca 2014

Zbyt ryzykowne, by myśleć za długo

Przede wszystkim chciałam zaznaczyć, że nie cierpię jakości papieru toaletowego w publicznych toaletach! Nie znoszę. W ciągu ostatnich kilkunastu dni korzystałam z ich dobrodziejstw wielokrotnie i za każdym razem myślałam o tym samym. "Nie cierpię tego papieru".

Teraz, gdy frustracja została wylana mogę przystąpić do radosnej części posta. 

Nie wspomniałam ostatnio o przemiłym dniu kobiet, który zaserwował mi mój mężczyzna. Kino, spacer, cornish pasty, kino po raz drugi, a wieczorem impreza. Z wizją roboczej niedzieli. Obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy nie pójdę do pracy na kacu, więc musiałam stopować, ale i tak było fajnie. W pracy także, mimo mycia garów przez 2,5 godziny.
Innego dnia wybraliśmy się na zakupy do Wielkiego Miasta. Misja: garnitur dla Angola. Status: pomyślnie zrealizowana. Przy okazji poszwędaliśmy się po Birmingham, lecz tylko troszeczkę, bo bolały mnie stopy (do licha ciężkiego, kto mi podrzucił pomysł z obcasami?!), a wieczorem ponownie rozsiedliśmy się w kinowych fotelach, wychylając uprzednio pintę cydra w naszym ulubionym pubie w Shrewsbury. Lecz była to dopiero rozgrzewka przed weekendem. W planach było polowanie na kiecki z Mizerią. Nie wiem, dlaczego założyłyśmy takie szczytne cele, skoro doskonale wiemy, jak wyglądają nasze wspólne polowania odzieżowo-obuwnicze (na przykład kultowego flapjackowego zielonego wełnianego swetra szukam po dziś dzień)... ale bardzo się cieszyłam na samą myśl spędzenia całeeeego dnia z Mizerią. Przemierzyłyśmy kilka centrów handlowych, zaglądając do wszystkich sklepów z ubraniami - poza M&S ze względu na wysoką średnią wiekową i Nike, bo oni chyba jeszcze sukienek nie produkują. Wróciłyśmy do domu z kilkoma płytami, szortami i słodyczami panjabi. Sukienek jak nie było tak nie ma. 
Ale za to miałam swój pierwszy raz! Jeździłam czerwonymi piętrowymi autobusami, które chyba każdemu kojarzą się z Anglią (a już na pewno z Londynem). Frajda niesamowita! Oczywiście nie obyło się bez obciachu na schodach, kiedy to próbowałam z gracją zejść na dolny poziom. Autobus zahamował i skręcił, więc narobiłam hałasu i prawie spadłam ze schodów, udając Michaela Flatley'a z marnym skutkiem. Jednak muszę nadmienić, że kultura jeżdżenia autobusem jest na bardzo wysokim poziomie. Nie zdziwiło mnie witanie się każdego pasażera z kierowcą oraz dziękowanie za otworzenie drzwi (przyzwyczaiłam się do tego), ale miłą niespodzianką było to, że po naciśnięciu przycisku "stop" autobus zatrzymywał się na najbliższym przystanku, a kierowca cierpliwie czekał, aż dany pasażer wytoczy się ze środka pojazdu. Żadnego pośpiechu, żadnych nerwów, inni czekają cierpliwie w kolejce... gdy o tym myślę tym bardziej nie umiem pojąć, jak to się stało, że stojąc z Mizerią w kolejce do wejścia uciekł nam autobus... 
Prawdopodobnie my tak po prostu mamy - przypominają mi się historie pożegnań na przystankach tramwajowych tudzież sprinty na ostatni autobus miejski do domu.
Wisienką na torcie weekendowym było wyjście do ... kina! (proszę udawać zaskoczenie) Angol zabrał mnie na absolutnie fenomenalny film, który zajął na mojej liście bardzo wysokie miejsce. "The Zero Theorem". Jeśli będziecie mieć okazję obejrzyjcie koniecznie. Mam dreszcze, gdy o tym myślę :)
Weekend ciągle trwał ku mej niewypowiedzianej radości. Korzystając z wolnej niedzieli i pięknej, słonecznej pogody Angol wyprowadził mnie na spacer, żebym się trochę wybiegała. Poszliśmy na wieżę, którą widzę od kilku lat i do tej pory nie było okazji jej zwiedzić. Flounders' Folly, gdyż tak się nazywa ten zabytek, zostało zbudowane właściwie nie wiadomo po co. Jest kilka teorii; jedna z nich głosi, że fundator, Benjamin Flounders, chciał zostawić po sobie ślad z okazji swoich 70-tych urodzin, dodatkowo dając biednym tubylcom okazję do zarobku. Inna, dość kuriozalna teoria mówi, iż wieża miała służyć obserwacji statków w Kanale Bristolskim oraz na rzece Mersey, mającej ujście w Liverpoolu. Cóż, widoczność w niedzielę była zdumiewająco dobra, ale nasz wzrok najdalej sięgał wzgórz w Walii oraz wzniesień hrabstwa Shropshire. Nieważne. Widoki i tak były zapierające dech w piersiach, zwłaszcza w połączeniu z porywistym wiatrem.
Mieszkam w przepięknej okolicy. Zachwycam się za każdym razem, gdy na to patrzę.


Teraz koniec dobrego, trzeba zakasać rękawy i trochę popracować, bo czuję się odrobinę rozpuszczona :)


PS. Gdy na koniec wypocin wymyślałam tytuł Angol przypadkowo wyłączył mi komputer. Stąd tytuł :P

niedziela, 5 stycznia 2014

Cisowa niedziela

O, leniwa niedzielo! Zbawienie moje! Tak rzadko cię mam, a gdy już cię mam celebruję bez wstydu.
Wstałam sobie późno i siedząc na sofie, owinięta szlafrokiem pałaszowałam jogurt waniliowy (bez laktozy) na śniadanie. Oglądaliśmy z Angolem najnowszy odcinek "The Big Bang Theory" i cieszyłam się, że mam wolne. Było mi tak błogo! Tak spokojnie! Tak beztro...
Riiing, riiing!
Mój telefon. Dzwoni szefowa nr 2. A właściwie nr 3. O co chodzi? Dlaczego mnie chcą w niedzielny poranek? Czyżby...? Od razu czai się myśl "czy ja mam być właśnie w pracy?" 

Okazało się, że moje domysły były prawdziwe. Klasyczna wtopa. Na szczęście moi przełożeni tak mnie kochają, że wybaczyli moje przeoczenie (klnę się na ogórki, naprawdę nie wiedziałam, że jestem wpisana w grafik). Ponadto spekuluję, że moja seksowna chrypka również pomogła - brzmiałam, jakby mnie właśnie obudzono z pijackiego snu. 

Ain't no rest for the wicked.

Przy okazji niedzieli - zastanawiałam się ostatnio, dlaczego przy kościołach w Anglii zawsze rosną cisy. Przypadek? Tradycja? A może kaprys?

Poszperałam trochę i okazało się, że te powoli rosnące, trujące drzewa są elementem pogańskich wierzeń i druidzkich zwyczajów. Cis jako roślina wiecznie zielona miał kojarzyć się z nieśmiertelnością duszy. Później dopiero pogląd ten przejęło chrześcijaństwo.
Z innego źródła dowiedziałam się, że cisy sadzone były przy kościelnych trawnikach i cmentarzach, aby chronić je od wiatru. Z drugiej strony drewno cisowe jest elastyczne i twarde, więc służyło za idealny materiał do wyrobu łuków*. Chroniły więc kościoły w podwójnym tego słowa znaczeniu. Dodatkowo na ogrodzony teren kościoła wstępu nie miały zwierzęta hodowlane, nie mogły więc otruć się poprzez spożycie liści czy owoców cisu. Wszystkie te teorie są jedynie domysłami, ale rysuje się z nich pewien schemat. 
W typowym ogródku przykościelnym znaleźć można cis rosnący tuż nad bramą wejściową (wszystkie są niemal identyczne) oraz przy wejściu do kościoła, które zazwyczaj znajduje się z boku nawy.
To tyle z ciekawostek przy niedzieli :)

Miłego tygodnia, Misiaczki! 


* - edytowane, wdarł się błąd tłumacza, czyli mój :P