Jak to mawiał śp. Dziadek, święta, święta i po świętach.
U nas były to kolejne święta w Anglii, lecz za każdym razem spędzamy je inaczej. Tym razem pojechaliśmy do przytulnego miasteczka w Lancashire świętować z Wojciechowskim i Weroniką. Pierwszy raz Angol wzdryga się na myśl o graniu w planszówki. To do niego niepodobne! Wynegocjowałam dzięki temu wydłużenie sezonu gry w zimową grę, bo jeszcze nie zdążyłam się nią nacieszyć. Awersja Angola wynika z wigilijnego i bożonarodzeniowego maratonu. Chyba pobiliśmy rekord siedząc nad Światem Dysku do 3 nad ranem, bo walka była zażarta i czasem nawet solidarność jajników nie pomagała, a przy okazji sączyliśmy piwo i co jakiś czas odwiedzał nas Święty Mikołaj dzwoniąc dzwonkami na schodach... Było świetnie. Nawet hałasy z kebaba poniżej i dyskoteki obok nie były w stanie zrujnować uroku Ankh-Morpork.
Nie wiem, czy ktokolwiek mi uwierzy, ale nawet spadł śnieg! Udało się! Nasypało tak na dwa palce i mogliśmy się porzucać śnieżkami. Anglia okryta białym puchem wygląda magicznie. Tzn bardziej magicznie, niż zazwyczaj.
Spędziłam naprawdę rodzinne, miłe święta i zobaczyłam tych, których chciałam zobaczyć. Korzystając z możliwości i wolnego czasu nadrobiliśmy z Angolem towarzyskie zaległości i gościliśmy u nas Kochanego Pirata, za co jesteśmy wdzięczni. Ciągle mamy kilka rzeczy na liście do odhaczenia, więc musimy spotkać się znów :)
Aż trudno uwierzyć, że znowu będę musiała przyzwyczajać się do pisania nowej daty... Zazwyczaj niechętnie podchodzę do sylwestra i Nowego Roku, ale chyba tym razem zrobię wyjątek. Dobrze, że 2014 się już kończy. Był szalony. Życzę sobie, by 2015 obfitował w więcej podróży, małych wypadów, spotkań i spełniania marzeń. Oraz aby łatwo było przestawić się z pisania czwórki na piątkę ;)
Wam również tego życzę!
A teraz chowam się w sweter i poczekam, aż Angol podgrzeje barszcz :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą familia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą familia. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 30 grudnia 2014
piątek, 26 września 2014
Wielki powrót siura
Przydałyby się werble, bo oto jest - nowy post. Po wielu dniach sprawdzania, odświeżania i nękania autorki pytaniami, kiedy coś nowego napisze, w archiwum pod nazwą Wrzesień pojawi się cyfra 1 w nawiasie. Co za podniosła i uroczysta chwila!
Nawet nie będę próbować streścić tego, co działo się przez ten czas, bo to z góry przesądzone, że nie dam rady. Na swoje usprawiedliwienie wtrącę tylko, że nie podoba mi się, gdy mój własny, malutki laptopik się psuje, ponieważ pisanie postów mobilnych jest irytujące. Łatwość usuwania notki jest jeszcze większa, niż za czasów zamierzchłego onetu. Także napisałam coś, owszem, wspominałam o mojej fascynacji szyszkami, o sąsiadach, którzy wyjęli z okien worki na śmieci i o tym, że jadę na ślub Aneka i Zbycha. A później niechcący mi się kliknęło i całe moje skrupulatne dotykanie paluszkiem ekranu telefonu poszło! Nawet mnich tybetański by się wkurzył.
Aktualizując informacje nadal podtrzymuję ekscytację szyszkami. Szyszki są fantastyczne! Fenomenalne, inspirujące, ładnie pachną i w ogóle są super. Moi sąsiedzi faktycznie pozbyli się z okien worków na śmieci. Wystawiali je zawsze. Worki sobie powiewały na wietrze, a ja - wraz z innymi wnikliwymi obserwatorami - snułam teorie, po co sąsiadom worki na śmieci za oknem. Dwie tezy okazały się być najlepiej uargumentowane. Teza pierwsza, która zakładała, iż worki na śmieci odstraszają ptaki, które lubią sobie tak o, od czasu do czasu wlecieć w okno rozbijając sobie dziób o szybę. Teza druga zakładała, że moi sąsiedzi są wariatami. Teraz nie wiem co myśleć, bo worków nie ma. Nawet zaczęłam się trochę martwić, poważnie!
A ślub Aneka i Zbycha? No był! I ja z Angolem też na nim byliśmy. Największy stres związany z tańczeniem ze Zbychem ( "bo przecież ja nie umiem, a on tak i wszyscy będą patrzeć, bo to w końcu jego ślub to będzie w centrum uwagi, a na pewno będzie chciał ze mną zatańczyć, bo kto by nie chciał, a ja nie odmówię, bo to w końcu jego ślub i trzeba być miłym, i jest teraz w rodzinie, o kurka, co ja zrobię") okazał się zbędny. Pod koniec już nawet trochę zajarzyłam! Anek wyglądała przepięknie! I udowodniła wszystkim, że ciągle potrafi zatańczyć irisha, nie tylko salsę :) Angol miał szansę poznania mojej familii. Czekaliśmy na "Przepióreczkę", lecz się nie doczekaliśmy, bo niestosowna. Ogólnie to warto było się tłuc samochodem, by spędzić trzy dni w Polsce, na weselu. I to nie byle jakim, bo Anekowym :)
Tera nastał spokój. Teoretycznie. W pracy mam wciąż zapewnioną ciągłość, jeśli chodzi o wesela, a do tego mam kilka bonusów w formie nieproszonych gości. Ach uroki życia na farmie!
Powoli nadchodzi jesień, co bardzo mnie cieszy. Lubię jesień. Jest wtedy tak ładnie i można pić więcej gorącej herbaty oraz wyciągnąć swetry, czapki i szaliki, można pozbierać kasztany i szeleścić liśćmi w parku... Jesień jest fajna.
A kto jej nie lubi ten ma pecha.
Nawet nie będę próbować streścić tego, co działo się przez ten czas, bo to z góry przesądzone, że nie dam rady. Na swoje usprawiedliwienie wtrącę tylko, że nie podoba mi się, gdy mój własny, malutki laptopik się psuje, ponieważ pisanie postów mobilnych jest irytujące. Łatwość usuwania notki jest jeszcze większa, niż za czasów zamierzchłego onetu. Także napisałam coś, owszem, wspominałam o mojej fascynacji szyszkami, o sąsiadach, którzy wyjęli z okien worki na śmieci i o tym, że jadę na ślub Aneka i Zbycha. A później niechcący mi się kliknęło i całe moje skrupulatne dotykanie paluszkiem ekranu telefonu poszło! Nawet mnich tybetański by się wkurzył.
Aktualizując informacje nadal podtrzymuję ekscytację szyszkami. Szyszki są fantastyczne! Fenomenalne, inspirujące, ładnie pachną i w ogóle są super. Moi sąsiedzi faktycznie pozbyli się z okien worków na śmieci. Wystawiali je zawsze. Worki sobie powiewały na wietrze, a ja - wraz z innymi wnikliwymi obserwatorami - snułam teorie, po co sąsiadom worki na śmieci za oknem. Dwie tezy okazały się być najlepiej uargumentowane. Teza pierwsza, która zakładała, iż worki na śmieci odstraszają ptaki, które lubią sobie tak o, od czasu do czasu wlecieć w okno rozbijając sobie dziób o szybę. Teza druga zakładała, że moi sąsiedzi są wariatami. Teraz nie wiem co myśleć, bo worków nie ma. Nawet zaczęłam się trochę martwić, poważnie!
A ślub Aneka i Zbycha? No był! I ja z Angolem też na nim byliśmy. Największy stres związany z tańczeniem ze Zbychem ( "bo przecież ja nie umiem, a on tak i wszyscy będą patrzeć, bo to w końcu jego ślub to będzie w centrum uwagi, a na pewno będzie chciał ze mną zatańczyć, bo kto by nie chciał, a ja nie odmówię, bo to w końcu jego ślub i trzeba być miłym, i jest teraz w rodzinie, o kurka, co ja zrobię") okazał się zbędny. Pod koniec już nawet trochę zajarzyłam! Anek wyglądała przepięknie! I udowodniła wszystkim, że ciągle potrafi zatańczyć irisha, nie tylko salsę :) Angol miał szansę poznania mojej familii. Czekaliśmy na "Przepióreczkę", lecz się nie doczekaliśmy, bo niestosowna. Ogólnie to warto było się tłuc samochodem, by spędzić trzy dni w Polsce, na weselu. I to nie byle jakim, bo Anekowym :)
Tera nastał spokój. Teoretycznie. W pracy mam wciąż zapewnioną ciągłość, jeśli chodzi o wesela, a do tego mam kilka bonusów w formie nieproszonych gości. Ach uroki życia na farmie!
Powoli nadchodzi jesień, co bardzo mnie cieszy. Lubię jesień. Jest wtedy tak ładnie i można pić więcej gorącej herbaty oraz wyciągnąć swetry, czapki i szaliki, można pozbierać kasztany i szeleścić liśćmi w parku... Jesień jest fajna.
A kto jej nie lubi ten ma pecha.
środa, 20 sierpnia 2014
Na plus
Ho, ho, ale czasu minęło od mojego ostatniego pisania! A w międzyczasie tyyyle rzeczy miało miejsce, aż trudno uwierzyć, przecież dopiero co piekłam ciasto marchewkowe na drogę do Kostrzyna.
Zanim przejdę do sedna chciałam wszystkich zatroskanych uspokoić, że moje kapcie się odnalazły. Angol je tak dobrze schował, że zapomniał, gdzie. Na moje pytanie po co je chował, odpowiedział wymijająco, że nie chciał, by stało im się coś złego. Rozumiem, męskie wieczory, każdy ma swoje upodobania. Najważniejsze, że laćki są i nie marzną mi stopy.
Teraz sedno. Urlop! W ojczyźnie, a jakże. Pojechaliśmy, wiadomo, na Przystanek Woodstock. Znowu pod flagą Brudnicy Walcownik, znowu w zacnym towarzystwie Kołków i Nie-Kołków, wylewając siódme poty w upale, chłodząc się na myjkach... Koncerty, piach, brudne stopy i niepohamowana radość wymieszana z poczuciem totalnej wolności. To już dziewiąty raz, za rok będę świętować jubileusz :) W kwestiach muzycznych miło było usłyszeć Kwasów po długiej przerwie, chociaż grali covery i tylko narobili mi smaka na więcej prawdziwego kwasu. T.Love w porządku, Volbeat również, Jelonek także mnie usatysfakcjonował (podobnież jak i piwo z Mańkiem z rana), ale hitem w kwestii koncertów była Kasia Kowalska w ASP, koniec, kropka, tyle. Tydzień minął nie wiadomo kiedy i trzeba było ruszyć dalej. Eh, mogłabym wrócić na kostrzyńskie pole nawet i teraz, zapominając o wszystkim i leżąc pod plandeką, martwiąc się jedynie o to, czy moje piwo będzie wystarczająco schłodzone.
Po swawolnym Woodstocku nadszedł czas na ściskanie piesiuńcia i nadrabianie zaległości rodzinnych, niestety w kolorze czerni i ponurej atmosferze (pomijając wspominki na wesoło), co mocno zaważyło na moim samopoczuciu i nieco pokrzyżowało plany. Na szczęście na osłodę pod koniec urlopu poszliśmy z Angolem na piękny ślub M&M'sów. Ach! Było czadowo! Mizeria może i zmieniła nazwisko, ale na szczęście wiele się nie zmieniło. Dalej jest moją dziewczyną i myślę, że jej małżonek to uszanuje ;)
I przeleciały trzy tygodnie nie wiadomo kiedy.... Ba, mało tego. Ostatnio, gdzieś w zeszłym tygodniu, stuknęły mi dwa lata życia w Anglii. Mam wrażenie, iż wiele się przez ten czas wydarzyło. To były cholernie intensywne dwa lata. Oswoiłam się z pająkami (ale nadal boję się tych większych oraz tych, które czają się między naczyniami, gdy wraca się z trzytygodniowego urlopu...), zaczęłam wreszcie na siebie zarabiać, przekonałam się o wielu życiowych prawdach i podciągnęłam się z angielskim. W ostatecznym rozrachunku wychodzę na plus.
Wczasy też dostają 5 z plusem.
A 20kg kiszonych ogórków przytarganych z Polski dostaje u mnie 6 z wykrzyknikiem i koroną. Pyszności!
wtorek, 6 maja 2014
Nas uczyli w szkole, że całuje się na stole
Ostatnio biadoliłam, że nie wiem, kiedy nastał kwiecień. Maj sobie ze mnie zażartował i zaskoczył mnie jeszcze bardziej.
Trochę już nie pamiętam, jak to się pisze bloga, zwłaszcza gdy zdarzyło się tyle wartych zapisania wydarzeń, że nie mogę się zdecydować, który napisać.
Najważniejsza sprawa - odwiedziłam Polskę. Dwa razy. W rezultacie trzy weekendy kwietnia spędziliśmy z Angolem w ojczyźnie. Okazja ku temu była huczna i wyjątkowa. Najpierw żeńska część Kołków i Znajomych świętowała wieczór panieński Dziwadła. Analogicznie, dwa tygodnie później, wznosiłam toast za Młodą Parę. Do tej pory gdy o tym myślę nie mogę się przyzwyczaić, że Dziwadło jest teraz żoną Żandarma. Mimo iż jej nowe nazwisko jest mi tak doskonale znane, to jakoś nie pasuje mi w zestawie z jej imieniem. Muszę się przestawić. Sam ślub był krótki, uroczy i śmieszny. Jako świadek pełniłam naczelną rolę w kwestii wzruszenia, a pomagało mi w tym horrendalne przeziębienie, czy też alergia, nie do końca wiadomo. Ważne, że Dziwadło i Żandarm przysięgli sobie co należało, choć czasem wielebny recytował zbyt wiele tekstu do zapamiętania i powtórzenia. A później nastąpiła bardziej pijana część. Wesele, ach cóż to było za wesele! Nikt nic nie wiedział, nawet ci, którzy z założenia powinni wiedzieć najwięcej, ale koniec końców wszyscy bawili się świetnie. Kołki oczywiście zostały do rana, a jak. Pewnie gdyby się dało, zostalibyśmy jeszcze dłużej, lecz wówczas Chmura puściłby całą Warownię z dymem, a ja z Sąsiadką i Mizerią wyjadłybyśmy wszystkie babeczki z owocami i budyniem... Natańczyłam się, wyobracano mną po wsze czasy, a nowe balerinki, których szukałam jak opętana na tydzień przed weselem, sprawiły się na medal. Zero odcisków, tylko zafarbowane rajstopy. Pełen sukces.
Tak oto spędziliśmy z Angolem ponad tydzień w Polsce. Czas po brzegi wypełniony był załatwianiem urzędowych i bankowych obowiązków, nadrabianiem zaległości i odwiedzaniem znajomych, przytulaniem piesiuńcia... Udało się nam wyciągnąć Izajasza na lodowisko (!), odrobinę pojeździłam pociągami, posiedziałam przy Żubrze w prajmie, degustowaliśmy domowe wino u Chmury w ogródku, dostałam sprawozdanie z UŚ od Natki Pietruszki, sączyłam z Królową Pimm'sa... Miło było znów wypić herbatę ze starego kubka, spojrzeć na znajomą brzozę, przypomnieć sobie, jak bardzo klaustrofobicznym miejscem jest toaleta w rodzinnym domu. Z sentymentem patrzyłam na znane mi, ale jakby inne ulice, budynki, miejsca, nawet ludzi. Żal było wyjeżdżać. Bo jak wytłumaczyć Jokerowi, że muszę do znowu zostawić, no jak?
Niestety, przypomniały mi się również aspekty, za którymi wcale nie tęsknię. Załatwiając sprawę w banku jakiś wściekły facet wpadł jak bomba do pokoju w którym prowadziłam rozmowę, od progu niewybrednie skarżąc się na kompetencje konsultantki i domagał się wyjaśnienia swoich interesów. Żałosny brak dobrego wychowania - nie wspominając o przyjemniaczku, który obficie ochlapał mnie wodą z kałuży, jadąc samochodem boczną uliczką. W sumie sama się prosiłam - buty na obcasie, sukienka przed kolano i jasny, jaśniuteńki żakiet. Żal byłoby odpuścić.
(Taka się ze mnie zrobiła pańcia, fiu fiu)
Dziękuję wszystkim, dzięki którym te kilka dni było tak wyjątkowych. Wspaniale było Was znów zobaczyć. Za poszczególnymi osobnikami stęskniłam się szczególnie - nie wiedziałam, że aż tak, dopóki ich nie spotkałam. Na szczęście niedługo widzimy się znów :)
***
Teraz znów wróciłam do szarej rzeczywistości i rutyny. Hahah, żartuję, daliście się nabrać? W pracy rutynowe jest tylko parzenie herbaty i kawy, a moja rzeczywistość mieni się wszystkimi kolorami - teraz najbardziej żółtym i fioletowym, bo wszędzie są pola rzepaku i zakwitły bzy. Pisałam kiedyś, że uwielbiam ten kraj wiosną? Bo uwielbiam i nie mogę się nacieszyć wszechobecną wiosną.
Troszeczkę nas nosi i spontaniczne decyzje kończą się u nas małymi wypadami, ale o tym chyba napiszę następnym razem :) Wówczas możliwe, że następny raz będzie wcześniej aniżeli w czerwcu.
PS. Notkę dedykuję Sąsiadce, która wytrwale sprawdza, czy jest tu coś nowego i która właśnie mi napisała: "Dziś mija miesięcznica Twojego niepisania na blogu ;p"
Trochę już nie pamiętam, jak to się pisze bloga, zwłaszcza gdy zdarzyło się tyle wartych zapisania wydarzeń, że nie mogę się zdecydować, który napisać.
Najważniejsza sprawa - odwiedziłam Polskę. Dwa razy. W rezultacie trzy weekendy kwietnia spędziliśmy z Angolem w ojczyźnie. Okazja ku temu była huczna i wyjątkowa. Najpierw żeńska część Kołków i Znajomych świętowała wieczór panieński Dziwadła. Analogicznie, dwa tygodnie później, wznosiłam toast za Młodą Parę. Do tej pory gdy o tym myślę nie mogę się przyzwyczaić, że Dziwadło jest teraz żoną Żandarma. Mimo iż jej nowe nazwisko jest mi tak doskonale znane, to jakoś nie pasuje mi w zestawie z jej imieniem. Muszę się przestawić. Sam ślub był krótki, uroczy i śmieszny. Jako świadek pełniłam naczelną rolę w kwestii wzruszenia, a pomagało mi w tym horrendalne przeziębienie, czy też alergia, nie do końca wiadomo. Ważne, że Dziwadło i Żandarm przysięgli sobie co należało, choć czasem wielebny recytował zbyt wiele tekstu do zapamiętania i powtórzenia. A później nastąpiła bardziej pijana część. Wesele, ach cóż to było za wesele! Nikt nic nie wiedział, nawet ci, którzy z założenia powinni wiedzieć najwięcej, ale koniec końców wszyscy bawili się świetnie. Kołki oczywiście zostały do rana, a jak. Pewnie gdyby się dało, zostalibyśmy jeszcze dłużej, lecz wówczas Chmura puściłby całą Warownię z dymem, a ja z Sąsiadką i Mizerią wyjadłybyśmy wszystkie babeczki z owocami i budyniem... Natańczyłam się, wyobracano mną po wsze czasy, a nowe balerinki, których szukałam jak opętana na tydzień przed weselem, sprawiły się na medal. Zero odcisków, tylko zafarbowane rajstopy. Pełen sukces.
Tak oto spędziliśmy z Angolem ponad tydzień w Polsce. Czas po brzegi wypełniony był załatwianiem urzędowych i bankowych obowiązków, nadrabianiem zaległości i odwiedzaniem znajomych, przytulaniem piesiuńcia... Udało się nam wyciągnąć Izajasza na lodowisko (!), odrobinę pojeździłam pociągami, posiedziałam przy Żubrze w prajmie, degustowaliśmy domowe wino u Chmury w ogródku, dostałam sprawozdanie z UŚ od Natki Pietruszki, sączyłam z Królową Pimm'sa... Miło było znów wypić herbatę ze starego kubka, spojrzeć na znajomą brzozę, przypomnieć sobie, jak bardzo klaustrofobicznym miejscem jest toaleta w rodzinnym domu. Z sentymentem patrzyłam na znane mi, ale jakby inne ulice, budynki, miejsca, nawet ludzi. Żal było wyjeżdżać. Bo jak wytłumaczyć Jokerowi, że muszę do znowu zostawić, no jak?
Niestety, przypomniały mi się również aspekty, za którymi wcale nie tęsknię. Załatwiając sprawę w banku jakiś wściekły facet wpadł jak bomba do pokoju w którym prowadziłam rozmowę, od progu niewybrednie skarżąc się na kompetencje konsultantki i domagał się wyjaśnienia swoich interesów. Żałosny brak dobrego wychowania - nie wspominając o przyjemniaczku, który obficie ochlapał mnie wodą z kałuży, jadąc samochodem boczną uliczką. W sumie sama się prosiłam - buty na obcasie, sukienka przed kolano i jasny, jaśniuteńki żakiet. Żal byłoby odpuścić.
(Taka się ze mnie zrobiła pańcia, fiu fiu)
Dziękuję wszystkim, dzięki którym te kilka dni było tak wyjątkowych. Wspaniale było Was znów zobaczyć. Za poszczególnymi osobnikami stęskniłam się szczególnie - nie wiedziałam, że aż tak, dopóki ich nie spotkałam. Na szczęście niedługo widzimy się znów :)
***
Teraz znów wróciłam do szarej rzeczywistości i rutyny. Hahah, żartuję, daliście się nabrać? W pracy rutynowe jest tylko parzenie herbaty i kawy, a moja rzeczywistość mieni się wszystkimi kolorami - teraz najbardziej żółtym i fioletowym, bo wszędzie są pola rzepaku i zakwitły bzy. Pisałam kiedyś, że uwielbiam ten kraj wiosną? Bo uwielbiam i nie mogę się nacieszyć wszechobecną wiosną.
Troszeczkę nas nosi i spontaniczne decyzje kończą się u nas małymi wypadami, ale o tym chyba napiszę następnym razem :) Wówczas możliwe, że następny raz będzie wcześniej aniżeli w czerwcu.
PS. Notkę dedykuję Sąsiadce, która wytrwale sprawdza, czy jest tu coś nowego i która właśnie mi napisała: "Dziś mija miesięcznica Twojego niepisania na blogu ;p"
wtorek, 13 sierpnia 2013
Roczek
Czas dobry na podsumowanie. Właśnie stuknął mi rok, od kiedy mieszkam w Zjednoczonym Królestwie. Do tego dzisiaj w nocy wróciłam z urlopu w Polsce - pierwszej wizyty w ojczyźnie od czasu zeszłorocznego wyjazdu. Ile wspomnień, ile zmian, ile rocznic.. to tylko ja mogę zliczyć.
Chciałam wystosować jakąś piękną notę specjalnie na tę okazję, ale nie wiem, co właściwie napisać. Mój ból związany z opuszczaniem rodzinnych stron jest zbyt świeży(przed oczami wciąż mam nos Jokera przyklejony do szyby i te jego smutne ślepia, gdy wchodziłam do samochodu), jednocześnie niezwykle silny urok i urzekająca aura naszego angielskiego zacisza dyktuje mi, że mam z czego się cieszyć i powinnam z tego korzystać. Dodać należy wczorajsze fenomenalne gwieździste niebo i deszcz perseidów - piękne powitanie. Bajka! Choć słodko-gorzka.
Rozdarta jestem jak sosna. Rozkraczona między krajami, między dwoma światami. Jednocześnie smutna i szczęśliwa. Przedziwne uczucie. Opuszczając dom, czułam, że wracam.. do domu.
I jak tu napisać coś mądrego?
Ale w międzyczasie były grille, był Przystanek Woodstock, Kraków, Katowice oraz kilka sielskich dni w metropolii. Familia, Kołki oraz całe multum woodstockowych wariatów.
Chciałabym o wszystkim napisać, ale nie mam siły. Nawet się jeszcze do końca nie rozpakowałam. Wywaliłam wszystkie rupiecie na podłogę i leżą. Czekają, aż znajdę natchnienie. Może jutro.
Tyle dobrych wspomnień! Następny Woodstock już za rok :)
Nie mogę się doczekać - i tym razem zabiorę kompletny strój kąpielowy :P
wtorek, 2 kwietnia 2013
Z jajami
Cholera!
Przegapiłam prima aprilis, a mogłabym zaszaleć z jakimś żarciku, w stylu, że jestem w ciąży. To zawsze działa, a teraz może podziałałoby nawet lepiej, niż dotychczas :P
Niestety, taka jestem zapracowana, że nie miałam okazji wypróbować. Wielkanoc minęła bardzo nietypowo i w przeciwieństwie do polskich realiów, bez śniegu. Było dość wiosennie. Miałam okazję spędzić bardzo miłą niedzielę z tradycyjnym, poświęconym (!) śniadaniem, a popołudniu w stylu brytyjskim bawić się w szukanie czekoladowych jajek. Co do śniadania, muszę wszem i wobec ogłosić, że Angol się postarał i przygotował wspaniałe pisanki. Były jedyne w swoim rodzaju, bo spersonalizowane :) Nowością było dla mnie chlipanie białego barszczu do śniadania, ale przyznaję się, bardzo mi to zasmakowało. Gdy skończyliśmy ucztować i wymieniać świąteczne telefony z rodzinami w Polsce, pojechaliśmy wraz ze znajomymi do MM, mojej "byłej" pracy, żeby zjeść curly fries, wypić smoothies i poszaleć na zjeżdżalniach. Spotkaliśmy Wielkanocnego Zajączka, który miał tańczyć, ale chyba mu się nie za bardzo chciało (złożę skargę :P). Wzięliśmy także udział w egg hunt, czyli poszukiwaniu jajek. W zasadzie szukaliśmy 26 pytań, które ukryte były w konstrukcjach sali zabaw i czasem trzeba było się nieźle nagimnastykować, aby je zauważyć - dobra forma spalania kalorii! Gdy już się znalazło pytanie należało na nie odpowiedzieć, co stanowiło poważniejszy problem... Owszem, znam się trochę na bajkach, ale nie na tych brytyjskich. Na szczęście Maks ma ten temat opanowany do perfekcji. Obydwoje kulejemy w znajomości tradycji wielkanocnych w Zjednoczonym Królestwie oraz, wstyd się przyznać, nie mamy zielonego pojęcia o rodzinie Królowej, ale jakoś wyszliśmy z testu cało i... zajęliśmy drugie miejsce! Nie wspomnę, że niektórzy oszukiwali i szukali odpowiedzi w googlach i nie poskarżę, gdyż pod koniec dzielili się swą wiedzą :P Dzięki temu wiem, że w Kalifornii znajdują się Czekoladowe Góry.
Zresztą czekolada to był motyw przewodni tych świąt (Angol zgodził się na kakaowe muffinki - z kawałkami białej czekolady i kokosem). Kremowe jajka czekoladowe również. Jeszcze kilka zostało, więc je zjem, ale później zacznę się hamować z łakociami :P
Tak sobie obiecuję :P
Mam nadzieję, że Wy również mieliście udany świąteczny czas, że zbudowaliście bałwana z króliczą głową i że rzucaliście się śnieżkami w śmigusa dyngusa. Tak trzeba :)
A poza tym przeczytałam w sieci, że ten śnieg to tylko jedna z form promocji trzeciego sezonu "Gry o tron", więc głowy do góry! Sezon ruszył, zatem kampania reklamowa może się już skończyć ;)
Przegapiłam prima aprilis, a mogłabym zaszaleć z jakimś żarciku, w stylu, że jestem w ciąży. To zawsze działa, a teraz może podziałałoby nawet lepiej, niż dotychczas :P
Niestety, taka jestem zapracowana, że nie miałam okazji wypróbować. Wielkanoc minęła bardzo nietypowo i w przeciwieństwie do polskich realiów, bez śniegu. Było dość wiosennie. Miałam okazję spędzić bardzo miłą niedzielę z tradycyjnym, poświęconym (!) śniadaniem, a popołudniu w stylu brytyjskim bawić się w szukanie czekoladowych jajek. Co do śniadania, muszę wszem i wobec ogłosić, że Angol się postarał i przygotował wspaniałe pisanki. Były jedyne w swoim rodzaju, bo spersonalizowane :) Nowością było dla mnie chlipanie białego barszczu do śniadania, ale przyznaję się, bardzo mi to zasmakowało. Gdy skończyliśmy ucztować i wymieniać świąteczne telefony z rodzinami w Polsce, pojechaliśmy wraz ze znajomymi do MM, mojej "byłej" pracy, żeby zjeść curly fries, wypić smoothies i poszaleć na zjeżdżalniach. Spotkaliśmy Wielkanocnego Zajączka, który miał tańczyć, ale chyba mu się nie za bardzo chciało (złożę skargę :P). Wzięliśmy także udział w egg hunt, czyli poszukiwaniu jajek. W zasadzie szukaliśmy 26 pytań, które ukryte były w konstrukcjach sali zabaw i czasem trzeba było się nieźle nagimnastykować, aby je zauważyć - dobra forma spalania kalorii! Gdy już się znalazło pytanie należało na nie odpowiedzieć, co stanowiło poważniejszy problem... Owszem, znam się trochę na bajkach, ale nie na tych brytyjskich. Na szczęście Maks ma ten temat opanowany do perfekcji. Obydwoje kulejemy w znajomości tradycji wielkanocnych w Zjednoczonym Królestwie oraz, wstyd się przyznać, nie mamy zielonego pojęcia o rodzinie Królowej, ale jakoś wyszliśmy z testu cało i... zajęliśmy drugie miejsce! Nie wspomnę, że niektórzy oszukiwali i szukali odpowiedzi w googlach i nie poskarżę, gdyż pod koniec dzielili się swą wiedzą :P Dzięki temu wiem, że w Kalifornii znajdują się Czekoladowe Góry.
Zresztą czekolada to był motyw przewodni tych świąt (Angol zgodził się na kakaowe muffinki - z kawałkami białej czekolady i kokosem). Kremowe jajka czekoladowe również. Jeszcze kilka zostało, więc je zjem, ale później zacznę się hamować z łakociami :P
Tak sobie obiecuję :P
Mam nadzieję, że Wy również mieliście udany świąteczny czas, że zbudowaliście bałwana z króliczą głową i że rzucaliście się śnieżkami w śmigusa dyngusa. Tak trzeba :)
A poza tym przeczytałam w sieci, że ten śnieg to tylko jedna z form promocji trzeciego sezonu "Gry o tron", więc głowy do góry! Sezon ruszył, zatem kampania reklamowa może się już skończyć ;)
Etykiety:
familia,
kuchnia,
love,
nomnomnom,
optymistycznie,
samo życie,
święta,
UK OK
wtorek, 19 marca 2013
Skarby
Na początek: lament.
OOOOO NIEEEEE onie onie onie onie nienienienie Królowa przy porządkach i przenoszeniu moich rzeczy zostawionych w PL wyrzuciła najcenniejszy skarb. Pudełko po Jacku Danniel'sie wypełnione plakatami, biletami koncertowymi i autografami, w tym niepowtarzanymi rysunkami Mańka. Serce mi pęka! Tyle tam było skarbów, tyle pokwasożłopowych pamiątek, bilety z DT... Buuuu...!
Najzabawniejsze, że prosiłam kilkakrotnie, żeby nie wyrzucać niczego, żadnych papierów, bo czasem pozory mylą i to, co wygląda jak śmieci, tylko tak wygląda.
Ech... Królowej wybaczyłam, bo słyszałam skruchę w jej głosie, ale musiałam się wyżalić. Teraz trochę mi lepiej.
Zmieniając temat - mam w pracy pewnego Scotta. Nie Pilgrima, niestety, ale Scotta Pilgrima nie da się spotkać w pracy, gdyż on zawsze jest "between the jobs". W każdym razie Scott jest jednym z instruktorów i zawsze ma coś do powiedzenia oraz... duże wymagania żywieniowe. Wczoraj podczas kolacji spotkałam go w jadalni dla pracowników. Jakże mile mnie zaskoczył, gdy usłyszałam przed rozpoczęciem posiłku całkiem wyraźne "Smacznego!". Pochwaliłam go, a potem dodał nieco koślawe "cześć". Radość rozpierała mnie przez jakieś 2 sekundy, ponieważ potem Scott z uniesioną pięścią w górze zakrzyknął: " Ku*wa! Spie*dalaj!"
Pracowało się z Polakami, podsumował.
Choć trzeba przyznać, że wymowę miał całkiem niezłą jak na tubylca.
OOOOO NIEEEEE onie onie onie onie nienienienie Królowa przy porządkach i przenoszeniu moich rzeczy zostawionych w PL wyrzuciła najcenniejszy skarb. Pudełko po Jacku Danniel'sie wypełnione plakatami, biletami koncertowymi i autografami, w tym niepowtarzanymi rysunkami Mańka. Serce mi pęka! Tyle tam było skarbów, tyle pokwasożłopowych pamiątek, bilety z DT... Buuuu...!
Najzabawniejsze, że prosiłam kilkakrotnie, żeby nie wyrzucać niczego, żadnych papierów, bo czasem pozory mylą i to, co wygląda jak śmieci, tylko tak wygląda.
Ech... Królowej wybaczyłam, bo słyszałam skruchę w jej głosie, ale musiałam się wyżalić. Teraz trochę mi lepiej.
Zmieniając temat - mam w pracy pewnego Scotta. Nie Pilgrima, niestety, ale Scotta Pilgrima nie da się spotkać w pracy, gdyż on zawsze jest "between the jobs". W każdym razie Scott jest jednym z instruktorów i zawsze ma coś do powiedzenia oraz... duże wymagania żywieniowe. Wczoraj podczas kolacji spotkałam go w jadalni dla pracowników. Jakże mile mnie zaskoczył, gdy usłyszałam przed rozpoczęciem posiłku całkiem wyraźne "Smacznego!". Pochwaliłam go, a potem dodał nieco koślawe "cześć". Radość rozpierała mnie przez jakieś 2 sekundy, ponieważ potem Scott z uniesioną pięścią w górze zakrzyknął: " Ku*wa! Spie*dalaj!"
Pracowało się z Polakami, podsumował.
Choć trzeba przyznać, że wymowę miał całkiem niezłą jak na tubylca.
piątek, 19 października 2012
Nie odbieraj telefonów od nieznajomego
W związku z ostatnimi zawieruchami i ciężkimi nocami oraz frustracją zalewaną kieliszeczkiem adwokatu, mogę oświadczyć, że to oficjalne. Połowa października to fatalny czas dla kobiet. Tyle w tej kwestii.
Na szczęście już jest lepiej.
Jeszcze się nie nauczyłam, że nie powinnam odbierać telefonów w okolicy południa, które wyświetlają połączenie międzynarodowe, bo to nie wróży niczego dobrego. Nigdy nie przepadałam za telemarketerami i wszelkie rozmowy na temat rozpoznania marek gum do żucia były dla mnie męczące. Teraz nie dość, że mam mówić o pralkach, w sprawie których mam dość ubogie słownictwo nawet po polsku, to jeszcze muszę wytężać siły, by zrozumieć rozmówcę z Pakistanu lub z Indii, czy z jeszcze innego "sąsiedztwa". To nie rasizm. Oni są bardzo uprzejmi, cierpliwi i wyrozumiali. To o mnie chodzi. Czuję się jak ostatnia kretynka, której każde pytanie rozkładać trzeba na czynniki pierwsze.
Taka cwana niby, teścik napisany w try miga z fenomenalnym wynikiem, a w głupiej rozmowie telefonicznej taka klęska...
Czy wspominałam już, że kocham moje swetry? Kocham je miłością prawdziwą!
Teraz coś z życia wzięte. Postanowiłam raz się wykazać (średnio kilka razy do roku mogę) i zrobić obiad dla Angola. Kucharzyłam przez 2 godziny, stałam przy kuchence i doglądałam wszystkiego, co jest dla mnie pewnym wysiłkiem, gdy weźmiemy pod uwagę wysokość sprzętów kuchennych dopasowanych do postury głównego kucharza. W każdym razie cel został osiągnięty, mężczyzna nakarmiony. Nie uniknęłam drobnych sugestii w sprawie przypraw i ulepszeń mojego dania, ale byłam na to przygotowana. To kulinarny maniak, takiemu nie dogodzi nikt, chyba że mamusia.
Zauważam postępy. Potrafię z zimną krwią wessać do odkurzacza wielgachne pająki. Czuję dumę i niewysłowiona sympatię do Henry'ego.
Nie wiem, co się dzieje, ale chyba za dużo śpię. Potrafię przespać wieczór, po czym iść spać. Czyżbym próbowała wzorem Królowej "oglądać filmy"? Szkoda, że za spanie nie płacą, byłabym w tym naprawdę dobra...
Na szczęście już jest lepiej.
Jeszcze się nie nauczyłam, że nie powinnam odbierać telefonów w okolicy południa, które wyświetlają połączenie międzynarodowe, bo to nie wróży niczego dobrego. Nigdy nie przepadałam za telemarketerami i wszelkie rozmowy na temat rozpoznania marek gum do żucia były dla mnie męczące. Teraz nie dość, że mam mówić o pralkach, w sprawie których mam dość ubogie słownictwo nawet po polsku, to jeszcze muszę wytężać siły, by zrozumieć rozmówcę z Pakistanu lub z Indii, czy z jeszcze innego "sąsiedztwa". To nie rasizm. Oni są bardzo uprzejmi, cierpliwi i wyrozumiali. To o mnie chodzi. Czuję się jak ostatnia kretynka, której każde pytanie rozkładać trzeba na czynniki pierwsze.
Taka cwana niby, teścik napisany w try miga z fenomenalnym wynikiem, a w głupiej rozmowie telefonicznej taka klęska...
Czy wspominałam już, że kocham moje swetry? Kocham je miłością prawdziwą!
Teraz coś z życia wzięte. Postanowiłam raz się wykazać (średnio kilka razy do roku mogę) i zrobić obiad dla Angola. Kucharzyłam przez 2 godziny, stałam przy kuchence i doglądałam wszystkiego, co jest dla mnie pewnym wysiłkiem, gdy weźmiemy pod uwagę wysokość sprzętów kuchennych dopasowanych do postury głównego kucharza. W każdym razie cel został osiągnięty, mężczyzna nakarmiony. Nie uniknęłam drobnych sugestii w sprawie przypraw i ulepszeń mojego dania, ale byłam na to przygotowana. To kulinarny maniak, takiemu nie dogodzi nikt, chyba że mamusia.
Zauważam postępy. Potrafię z zimną krwią wessać do odkurzacza wielgachne pająki. Czuję dumę i niewysłowiona sympatię do Henry'ego.
Nie wiem, co się dzieje, ale chyba za dużo śpię. Potrafię przespać wieczór, po czym iść spać. Czyżbym próbowała wzorem Królowej "oglądać filmy"? Szkoda, że za spanie nie płacą, byłabym w tym naprawdę dobra...
czwartek, 19 lipca 2012
To jest miłość
Awww...
Królowa kupiła mi dziś buty na woodstock.Wyjaśniła, że przecież w czymś muszę tam chodzić, glany mam dziurawe, a zielonych trampek szkoda, bo się zniszczą. Matczyna troska jest rozczulająca i jedyna w swoim rodzaju :)
***
Cytat dnia, który doprowadził mnie do głośnego rechotu: "I need a horse!"
Królowa kupiła mi dziś buty na woodstock.Wyjaśniła, że przecież w czymś muszę tam chodzić, glany mam dziurawe, a zielonych trampek szkoda, bo się zniszczą. Matczyna troska jest rozczulająca i jedyna w swoim rodzaju :)
***
Cytat dnia, który doprowadził mnie do głośnego rechotu: "I need a horse!"
środa, 4 lipca 2012
Cisza przed burzą
Były plany, ale sprawa się, że tak to nieelegancko ujmę, rypła. Trudno, trzeba pomyśleć o innych perspektywach, co w sumie nie jest takie złe.
Ostatnio Królowa raczy moje uszy wspaniałymi sentencjami. Niedawno chciała mi dodać do sałatki czos sosnkowy, a w czasie upałów doradzała, że nie muszę używać suszarki: "Wyjdziesz na słońce i włosy ci uschną". Poczułam grozę :P Lecz jeśli chodzi o wygraną tego tygodnia to zgarnia ją Sąsiadka, która chce jechać na Węgorzewo namiotem :D
Co ostatnio dzieje się u siura? Nie ma meczy (chlip!), więc życie towarzyskie kwitnie. Zaliczone rury z Dziwadłem i piwo na pół w primie oraz pogaduchy z Sąsiadką vol. 1 i vol. 2 - wersja rozszerzona z Prorokiem. Ponadto odwiedzanie bibliotek, upokorzenia w czytelni oraz psychiczne przygotowania do defensywy, oto czym ostatnio siur ma zaprzątniętą głowę. Nie wiem, kiedy pomyślę o innych rzeczach, nad którymi przydałoby się pomyśleć zanim nadejdą, ale najprędzej stanie się to w przyszły wtorek. Chociaż nie, przypuszczam, że wtedy nie będzie mi się chciało :)
Miłego pocenia się w te upalne dni!
Ostatnio Królowa raczy moje uszy wspaniałymi sentencjami. Niedawno chciała mi dodać do sałatki czos sosnkowy, a w czasie upałów doradzała, że nie muszę używać suszarki: "Wyjdziesz na słońce i włosy ci uschną". Poczułam grozę :P Lecz jeśli chodzi o wygraną tego tygodnia to zgarnia ją Sąsiadka, która chce jechać na Węgorzewo namiotem :D
Co ostatnio dzieje się u siura? Nie ma meczy (chlip!), więc życie towarzyskie kwitnie. Zaliczone rury z Dziwadłem i piwo na pół w primie oraz pogaduchy z Sąsiadką vol. 1 i vol. 2 - wersja rozszerzona z Prorokiem. Ponadto odwiedzanie bibliotek, upokorzenia w czytelni oraz psychiczne przygotowania do defensywy, oto czym ostatnio siur ma zaprzątniętą głowę. Nie wiem, kiedy pomyślę o innych rzeczach, nad którymi przydałoby się pomyśleć zanim nadejdą, ale najprędzej stanie się to w przyszły wtorek. Chociaż nie, przypuszczam, że wtedy nie będzie mi się chciało :)
Miłego pocenia się w te upalne dni!
Etykiety:
familia,
głupoty,
kołki,
pogadane,
samo życie,
złote myśli
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Jak sroka
Udanych zakupów ciąg dalszy. Mój portfel się kurczy, ale za to mam swoją pierwszą, własną karimatkę! Jupiii! Będę miała na czym spać podczas wojaży! Radość mnie tak rozpiera, że gdyby nie Joker to spałabym dzisiaj na podłodze na mojej karimatce :) Do tego znalazłam dzisiaj idealne japonki (buty, gwoli ścisłości) dla mnie. Są tak idealne, że musiałam je mieć i mama się ze mnie śmiała. Miała do tego prawo. Lecz tak naprawdę najfajniejszą rzeczą w dzisiejszych zakupach było wyściskanie Natki Pietruszki, za którą się bardzo stęskniłam.
Dobra rada: jeśli chcecie powiedzieć na głos, że ktoś patrzy się jak sroka w gnat, uprzednio upewnijcie się, że w owej chwili nie mija Was sąsiad o takim nazwisku. Bo trudno wtedy powstrzymać wybuch niekontrolowanego śmiechu, a przecież wyśmiewanie się z nazwisk jest niegrzeczne (ale z komizmu sytuacji już nie :D).
Dobra rada: jeśli chcecie powiedzieć na głos, że ktoś patrzy się jak sroka w gnat, uprzednio upewnijcie się, że w owej chwili nie mija Was sąsiad o takim nazwisku. Bo trudno wtedy powstrzymać wybuch niekontrolowanego śmiechu, a przecież wyśmiewanie się z nazwisk jest niegrzeczne (ale z komizmu sytuacji już nie :D).
sobota, 16 czerwca 2012
Nieprzewidywalna zmiana planów
Ta... koncert... audiencja...
Moje plany na weekend zostały drastycznie zmodyfikowane poprzez wkroczenie grypy jelitowej, której w ogóle nie brałam pod uwagę. Tak więc zamiast skakać na koncercie, wykonywać plan Janusza i zapoznać mamę z twórczością Jelonka oraz sympatycznym usposobieniem Maniusia, przeleżałam w łóżku cały dzień i ochrzciłam nowy sedes. That was brutal.
Na szczęście potrafię przybrać już pozycję siedzącą bez większego wysiłku, co oznacza, że będę żyć, ale Perły szybko się nie napiję :P
Kilka dobrych lat temu za dzwonek telefonu służył mi fragment "Papagenu", a dokładniej fragment grany na flecie (czy na czymkolwiek, mniejsza o to). I to jest bardzo ciekawe, bo Królowa do tej pory słysząc charakterystyczne dźwięki woła mnie, że telefon mi dzwoni :D
Moje plany na weekend zostały drastycznie zmodyfikowane poprzez wkroczenie grypy jelitowej, której w ogóle nie brałam pod uwagę. Tak więc zamiast skakać na koncercie, wykonywać plan Janusza i zapoznać mamę z twórczością Jelonka oraz sympatycznym usposobieniem Maniusia, przeleżałam w łóżku cały dzień i ochrzciłam nowy sedes. That was brutal.
Na szczęście potrafię przybrać już pozycję siedzącą bez większego wysiłku, co oznacza, że będę żyć, ale Perły szybko się nie napiję :P
Kilka dobrych lat temu za dzwonek telefonu służył mi fragment "Papagenu", a dokładniej fragment grany na flecie (czy na czymkolwiek, mniejsza o to). I to jest bardzo ciekawe, bo Królowa do tej pory słysząc charakterystyczne dźwięki woła mnie, że telefon mi dzwoni :D
niedziela, 27 maja 2012
O poparzeniach i uciekaniu przed deszczem
Gofrownica rozgrzana. Przy okazji popaliła mi dłonie i zaprezentowała się w swoim najgorszym stylu. Nie da się ukryć, że jej najlepsze lata dawno przeminęły, swoje wysłużyła i chyba potrzebna jej emerytura. Gofry choć niedoskonałe i tak były pyszne, a opuszki palców muszą się kiedyś zregenerować. Muszą :)
Zresztą ja zawsze się poparzę. Czy to przy gotowaniu zupy, sosu, nawet durnego makaronu - mam poparzony język, podniebienie albo stopę, zawsze coś. Nie umiem inaczej i cieszę się niezmiernie, że w naszym związku to Angol gotuje :) W przeciwnym wypadku mogłabym się martwić. Pozostają mi jeszcze szanse na poparzenie podczas pieczenia, ale wtedy profilaktycznie używam rękawic i ścierek wszelkiej maści, co nie zawsze pomaga, ale stanowi minimalną ochronę. Królowa mówi, że muszę być ostrożniejsza, za to ja uważam, że choćbym stawała na rzęsach to fatum mnie przechytrzy. Szkoda sił na unikanie nieuniknionego.
Dziś korzystając z zachęcającej pogody i braku planów wraz z Królową wybrałyśmy się w góry, ale nie było nam dane nic poza góralską kapelą i namiastka wędrowania, bo złapał nas deszcz. Pogoda okazała się złudna (pan w radiu nas oszukał!), ale na szczęście miałam kaptur, którym ocaliłam od zafarbowania moją koszulkę. Szkoda by było woodstockowych słoneczników. Ogródek: kiedy spotykam kogoś w woodstockowej koszulce to choć nie znam jegomościa od razu ma u mnie plusa :) Widok Królowej biegnącej w deszczu z polarem na głowie - nieopisywalny, ale przekomiczny, uwierzcie mi na słowo. Tak oto wielki spontaniczny plan zakończył się małą podróżą i frappe w kawiarence, gdzie można "przeczytać kawę i wypić gazetę".
Natknęłam się przez przypadek na nowe miejsce, o którym nie słyszałam, a które bardzo, bardzo, baaardzooo chciałabym zobaczyć. Jeszcze nie wiem, jak to zrobię, ale sami spójrzcie, tak jest bajecznie! Islandia
Zresztą ja zawsze się poparzę. Czy to przy gotowaniu zupy, sosu, nawet durnego makaronu - mam poparzony język, podniebienie albo stopę, zawsze coś. Nie umiem inaczej i cieszę się niezmiernie, że w naszym związku to Angol gotuje :) W przeciwnym wypadku mogłabym się martwić. Pozostają mi jeszcze szanse na poparzenie podczas pieczenia, ale wtedy profilaktycznie używam rękawic i ścierek wszelkiej maści, co nie zawsze pomaga, ale stanowi minimalną ochronę. Królowa mówi, że muszę być ostrożniejsza, za to ja uważam, że choćbym stawała na rzęsach to fatum mnie przechytrzy. Szkoda sił na unikanie nieuniknionego.
Dziś korzystając z zachęcającej pogody i braku planów wraz z Królową wybrałyśmy się w góry, ale nie było nam dane nic poza góralską kapelą i namiastka wędrowania, bo złapał nas deszcz. Pogoda okazała się złudna (pan w radiu nas oszukał!), ale na szczęście miałam kaptur, którym ocaliłam od zafarbowania moją koszulkę. Szkoda by było woodstockowych słoneczników. Ogródek: kiedy spotykam kogoś w woodstockowej koszulce to choć nie znam jegomościa od razu ma u mnie plusa :) Widok Królowej biegnącej w deszczu z polarem na głowie - nieopisywalny, ale przekomiczny, uwierzcie mi na słowo. Tak oto wielki spontaniczny plan zakończył się małą podróżą i frappe w kawiarence, gdzie można "przeczytać kawę i wypić gazetę".
Natknęłam się przez przypadek na nowe miejsce, o którym nie słyszałam, a które bardzo, bardzo, baaardzooo chciałabym zobaczyć. Jeszcze nie wiem, jak to zrobię, ale sami spójrzcie, tak jest bajecznie! Islandia
sobota, 26 maja 2012
Turkusowo mi!
Pokusiłam się o większą porcję ekshibicjonizmu niż dotychczas. Ponownie pokolorowałam włosy na turkusowo, tym razem trochę więcej, niż ostatnio.
Czasami kolor jest bardziej zielony.
Czasem bardziej niebieski.
A przede wszystkim bardzo mi się podoba! Szczególnie, gdy bogobojne panie wzywają na mój widok świętych oraz gdy Piernik krzywi się i nazywa mój kolor odgłosem w stylu "łeee". Zastanawiam się, czy nie pójdę w tym o krok dalej, ale to może kiedyś. Póki co pocieszę się moimi czterokolorowymi włosami. Cieszcie się ze mną! :)
***
Wszystkiego najlepszego dla mam, w szczególności dla Królowej, która ma tyle cierpliwości dla swojej córki, że mogłaby obdarować nią pół wiochy :) Sto lat!
środa, 16 maja 2012
Trzeźwość umysłu
Wstawanie wcześnie rano nie należy do moich hobby. Zazwyczaj rano jestem trochę roztargniona i niektóre czynności wykonuję mechanicznie. Tym bardziej gdy mnie budzik wrzuca w rzeczywistość zaraz na początku dobrze zapowiadającego się snu, jestem jedną nogą w tamtym moim świecie. Dlatego wcale nie jest dziwne to, co zaraz napiszę.
Otóż dziś, podczas obserwowania doświadczeń w czasie porannego wykładu z fizyki nagle zorientowałam się, że chyba ubrałam nie swoje spodnie. Zaczęłam oglądać kieszenie i guzik, które tylko pogłębiały moją niepewność, i wydawały mi się jakieś obce... Aż musiałam zadzwonić do Królowej i zapytać, czy przypadkiem nie podkradłam jej odzienia.
Podobno poprawiłam jej humor :D
A spodnie jednak założyłam swoje, tylko nie pamiętałam, że takie mam. Nie, żebym je miała ubrane dwa dni wcześniej, cóż - czasem żyję w innym wymiarze ^^
I ciągle nie zjadłam kinder bueno, choć taką mam na nie dziką ochotę rrroaarrrr!
Otóż dziś, podczas obserwowania doświadczeń w czasie porannego wykładu z fizyki nagle zorientowałam się, że chyba ubrałam nie swoje spodnie. Zaczęłam oglądać kieszenie i guzik, które tylko pogłębiały moją niepewność, i wydawały mi się jakieś obce... Aż musiałam zadzwonić do Królowej i zapytać, czy przypadkiem nie podkradłam jej odzienia.
Podobno poprawiłam jej humor :D
A spodnie jednak założyłam swoje, tylko nie pamiętałam, że takie mam. Nie, żebym je miała ubrane dwa dni wcześniej, cóż - czasem żyję w innym wymiarze ^^
I ciągle nie zjadłam kinder bueno, choć taką mam na nie dziką ochotę rrroaarrrr!
środa, 2 maja 2012
Geje
Moja mama oglądając serial w telewizji, nagle odezwała się do mnie pouczająco: "Geje są zawsze fajni".
Szukam geja dla mamy!
***
A poza tym nie mam życia, tylko piszę, robię przerwy, piszę, robię przerwy, robię przerwy, robię przerwy, a potem na odmianę piszę. Powiem Wam, że już się nie mogę doczekać, aż skończę :)
Szukam geja dla mamy!
***
A poza tym nie mam życia, tylko piszę, robię przerwy, piszę, robię przerwy, robię przerwy, robię przerwy, a potem na odmianę piszę. Powiem Wam, że już się nie mogę doczekać, aż skończę :)
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Brak pomyślunku
To sobie dzisiaj popisałam... ale przynajmniej przeglądając dotychczasowe strony świdrującym spojrzeniem wpadłam na kilka genialnych pomysłów i nie zawaham się ich zrealizować. Niektóre z nich nie mają absolutnie żadnego związku z pracą, ale taki jest efekt uboczny twórczego myślenia i nic na to nie poradzę :P
Pochodziłam sobie dzisiaj boso po trawie i zrobiło mi się tak wakacyjnie...! I ubrudziłam sobie stopę żywicą, co już nie było takie przyjemne.
Ale co tam. Razem z Młodym, który w swojej okazałej brodzie wygląda na starego, więc mówią mu per pan, poznaliśmy nowe zastosowanie źdźbeł trawy i wydobywaliśmy z nich ciekawe dźwięki. Nawet nas to trochę wciągnęło i przez moment Młody zapomniał, jak bardzo boli go ząb.
A moje kołki są od dziś na jurze i mają moje duchowe wsparcie, żeby nie padało, bo wtedy Chmura będzie musiał wyciągnąć strój, w którym wygląda jak Buka. Ciekawe czy znów świecą im świetliki :)
Pochodziłam sobie dzisiaj boso po trawie i zrobiło mi się tak wakacyjnie...! I ubrudziłam sobie stopę żywicą, co już nie było takie przyjemne.
Ale co tam. Razem z Młodym, który w swojej okazałej brodzie wygląda na starego, więc mówią mu per pan, poznaliśmy nowe zastosowanie źdźbeł trawy i wydobywaliśmy z nich ciekawe dźwięki. Nawet nas to trochę wciągnęło i przez moment Młody zapomniał, jak bardzo boli go ząb.
A moje kołki są od dziś na jurze i mają moje duchowe wsparcie, żeby nie padało, bo wtedy Chmura będzie musiał wyciągnąć strój, w którym wygląda jak Buka. Ciekawe czy znów świecą im świetliki :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

