Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 marca 2015

Syndrom piosenki ze snu

To uczucie, kiedy siurek budzi się rano i nie wiedzieć skąd w siurkowej głowie wybrzmiewa konkretna piosenka. Trzeba ją odnucić całą podczas prysznica i najlepiej odsłuchać przy śniadaniu. W przeciwnym wypadku będzie męczyć. Oczywiście odsłuchanie wiele nie pomaga, bo piosenka tak się zakorzenia w siurkowym mózgu, że będzie wybrzmiewać mniej lub bardziej intensywnie przez cały dzień.

To uczucie, kiedy siurek wsiada o poranku do służbowego vana z myślą dalekiej drogi, a pierwsza piosenka w radiu to TA piosenka.

To uczucie, kiedy siurek wraca z trzydniowego służbowego wyjazu, siedzi w vanie i gdy rozmowy się już wyczerpały, szefowa włącza radio. Nie mija nawet kwadrans i leci TA konkretna piosenka. W brzuchu łaskocze, siur już nabiera powietrza, by wyrazić zachwyt i zdziwienie, że to TA piosenka ta sama co wtedy, już zaczyna artykułować dźwięki, lecz gdy szefowa szybkim ruchem wyłącza radio.

 - What were you saying?
 - ... Nothing.

piątek, 20 marca 2015

Ciemna strona księżyca


I jak się Wam podoba?

Wiem, wiem, zdjęcie amatorszczyzna, ale czego oczekujecie po kocu termicznym złożonym na dwa razy służącym jako specjalistyczna ochronna soczewka? Ważne, że widać, jak słońce udawało dzisiaj kota z Cheshire.

Zaćmienie słońca to pierwsze wydarzenie, które dosłownie i w przenośni zaćmiło zawieszenie Clarksona. Wszyscy na nie patrzyli (prawie wszyscy, niektórzy musieli pracować), wszyscy o nim mówili... a Clarkson dalej bezrobotny.

Od samego rana było bezchmurne niebo, ale kiedy cały spektakl się rozpoczął zrobiło się dziwnie jasno, jakby ktoś zaświecił jarzeniową żarówkę zamiast prawdziwego słońca. Patrzyliśmy razem z Angolem na rogalika z tą zdumiewającą, ale poniekąd niepokojącą świadomością. Nagle zrobiło się chłodno i rogalik się zwężył, aby po chwili znów rosnąć. Takie zjawiska są fascynujące.

Poza oczywistym rarytasem astronomicznym, zaćmienie słońca było świetną wymówką na wszystkie niepowodzenia tego dnia: zapomniałam wziąć laptopa do pracy, to wszystko przez to zaćmienie / nie mogę znaleźć hortensji, to pewnie przez zaćmienie / klientka odwołała spotkanie z powodu nagłego przypadku w pracy - pewnie przez zaćmienie / uderzyłam się w nogę i wbiłam sobie drut w palec, bo rozstroiło mnie zaćmienie.... Przykłady można mnożyć, zaćmienie wymówką idealną.

No. Użyłam słowa zaćmienie tyle razy, że wujek Google powinien wyświetlać mój post na pierwszej stronie w wyszukiwarce. [podstępny rechot] Już ja wiem jak to wszystko działa [złowieszczy śmiech]

#socialmediaqueen

Oby do następnego zaćmienia!

wtorek, 10 marca 2015

Tłumaczy się winny

To nie jest tak, że nie chce mi się pisać. To nie o to, że nie mam o czym. Zwyczajnie nie mam czasu (kto by pomyślał, że na moją dawną rozrywkę i stały element dnia nie będę mieć czasu - to tak jakbym nie miała czasu na popołudniową herbatę... niedorzeczne).
Ostatnio tylko praca i hasztagi, uśmiechanie się przez bite 8 godzin dziennie i wręczanie ulotek. Rozmowy egzystencjalne o zakrętach typu U w Dubaju, succulc*nts i "Tweet that tw*t".*

A sukulentów w filiżankach brak, podobnie jak miejsca na parapecie.

Wiosna!


*- wybaczcie wulgaryzmy, ale takie życie.

środa, 7 stycznia 2015

Z impetem

Od czasu do czasu śnią mi się, za przeproszeniem, takie pierdoły, że strach się zastanawiać, skąd mi to przychodzi do głowy. Zwyczajnie kwituję te głupoty wzruszeniem ramion i trzymam w razie potrzeby opowiedzenia głupiej anegdotki, rujnującej mój poważny wizerunek. Ale czasem budzę się z przekonaniem, że tym razem to nie były zaburzenia umysłu tylko przeczucie. A nawet wyraźna wizja przyszłości.
Szlag by to trafił. Nie ma to jak zacząć nowy rok od wymierzonego policzka.

Na szczęście tak łatwo się nie poddam, bo za dużo zainwestowałam, by tak lekko odpuścić. Brniemy dalej!

***

Rutynowy update:
Zdrowie dopisuje. Pada deszcz. Angol gra w Skyrim. Czytam Ćwieka (jak mam chwilę). Zainspirowana obiadem Mizerii w ostatni weekend, od trzech dni jem ogórkową: raz gorący kubek, reszta samodzielnie ugotowana.
O właśnie, ostatni weekend był uwieńczeniem dwóch tygodni relaksu i błogiego nicnierobienia. Odwiedziliśmy M&M w Walsall, wieczorem przenieśliśmy się do Ankh-Morpork, a dnia następnego pojechaliśmy sobie na wycieczkę do Oxfordu. Bardzo magiczne, historyczne miasto. Wędrując uliczkami wśród budynków uniwersyteckich i wieżyczek zatopionych we mgle miałam ochotę przenieść się w czasie i zostać studentem Oxfordu. Mogłabym godzinami przesiadywać w bibliotekach, albo chociaż w ogrodach na dziedzińcach, albo pod ścianą pokrytą wisterią, albo przy stoliku kawiarni... Udało się nam tylko trochę skosztować tego, co ma do zaoferowania Oxford i niewątpliwie jeszcze tam wrócę, chociażby po to, by wychylić pintę czegoś dobrego w Eagle and Child. Może mnie natchnie jak Tolkiena.

A wiecie, że jelenie w parku w Oxfordzie podczas drugiej wojny światowej zostały zakwalifikowane jako warzywa?

wtorek, 16 grudnia 2014

Świąteczna paplanina

Pamięta ktoś jeszcze historię z hydraulikiem? Ręka do góry. Ok, a kto chce usłyszeć dalszy ciąg? Ręka do góry. No dalej, nie krępujcie się. Zresztą, i tak opowiem, bo mogę, wszakże jesteście tu na moich zasadach.
Zatem Pan Hydraulik po stwierdzeniu, że w naszej firmie zepsuł się boiler i nie da rady go naprawić, zapadł się pod ziemię na jakiś tydzień z hakiem. A później się wyłonił. Z nowym boilerem i żartami wysypującymi się z rękawa. Pytał na przykład, czy mogę podkręcić ogrzewanie, bo tu zimno, haha. Albo czy  nie przeszkadza mi praca w takim mrozie, haha. Albo czy moja praca polega tylko na "składaniu szalików", haha. Tyś widział szaliki...
No ale dobrze, dobrze, nie był taki zły. Ostatecznie zrobił w 8 godzin co miał zrobić i skomplementował kilka razy moje zdolności lingwistyczne. Dowiedziałam się, że nie brzmię po amerykańsku i dziwnie mnie to połechtało po dumie.
Teraz w pracy pocą mi się stopy, bo jest TAK CIEPŁO i nie mogę kłaść świeczek bezpośrednio na podłogę, bo się topią, ale wolę to tysiąc razy niż próby ogrzania rąk kubkiem gorącej herbaty. Poza nieocenionym luksusem ogrzewania doznałałam zaszczytu wyjazdu na Christmas meal w burżujskim Blenheim Palace. Najpierw wraz z kobietkami poszwędałyśmy się po obiekcie, by liznąć kultury, przepychając się przez tłum wycieczkowiczów. Byłoby nietaktem, gdybym nie wspomniała o porcelanie, która dumnie stoi w gablocie i której historię powtarzają przwodnicy. Otóż została ona podarowana diukowi Marlborough przez Stanisława Augusta Poniatowskiego, który wymienił ją na stado psów do polowania. To ci dopiero biznes. Podobno była bardzo ładna.
Widać nie znam się na porcelanie.
Lecz co tam zabytki sztuki, wysiedziane meble, historia i zdumiewające żyrandole... gwoździem programu był lunch i darmowy szampan ;) Muszę przyznać, że to był mój piewszy Christmas meal, który mi się podobał i za który nie musiałam płacić. Fantastiś!

Dość o pracy. W domu przgotowania pełną parą. W zeszłą sobotę ozdobiłam naszą chatkę - wyciągnęłam reniferowe okulary i maskotkę małego renifera w widoczne miejsce oraz przesunęłam ośnieżony domek na bardziej wyeksponowane miejsce (poza sezonem chowa się za butelką). Tada! Oklaski. Ukłon. Pojawł się nieśmiały plan ze światełkami, ale byłam zajęta klejeniem domków z piernika. Nie byle jakich. MINI domków. Bardzo grzecznie proszę, jeśli w pryszłym roku przyjdzie mi do głowy popełnianie piernikowych konstrkcji - czy też czegoś bardziej niedorzecznego - powiedzcie mi w moim własnym imieniu, żebym dała sobie spokój. A jeżeli wciąż będę się upierać przy swoim to zadajcie mi pytanie, czy warto babrać się z lukrem, wycinać części domków kilka godzin z bólem w plecach i wywoływać awanturę z Angolem. Wówczas powinnam przemyśleć sprawę.
Śniegu ciągle nie ma. W wyjątkowo mroźne poranki można dostrzec białą posypkę na wzgórzach, ale bałwana z tego nie ulepię. Niby zima, wieje, zimno, ale kulka z ziarnami dla ptaków mi wykiełkowała. Mam teraz hipsterski ogórek przyczepiony do karmnika.
Jeszcze tylko tydzień i ... zagramy w świąteczną grę :>

niedziela, 23 listopada 2014

Listopadowy update siurowej egzystencji

Teraz już naprawdę zrobiło się świątecznie. Misie polarne wylegują się w centrum handlowym w mieście Darwina, co stanowi niepodważalny dowód na to, że czas zacząć wypisywać świąteczne kartki. Uwielbiam to robić :D Może nawet bardziej, niż dostawać kartki. Chociaż nie, sama nie wiem... Jestem stworzona do życia w tym kraju, Brytyjczycy uwielbiają kartki, a w tym roku mają wyjątkowe ładne egzemplarze.

U mnie nic nowego. Zakapslowałam w zeszłym tygodniu jakieś 200 butelek. Wszystkie puste. Resztę, około 700 sztuk, sprawdziłam, zapakowałam i pozostaje czekać, że bezpiecznie dotrą do celu gdzieś w dalekim Katarze, by mogły ładnie wyglądać i zbierać kurz. Wypijam litry herbaty, uczę się skręcać w prawo i zastanawiam się, kiedy i jak to zrobić, by pojechać na wycieczkę do Norwegii. Oni tam mają taki pyszny chleb! Chcę!!
Lecz na razie marzenia muszą się zatrzymać na tych bardziej przyziemnych sprawach w stylu "chcę wygrać z Angolem w Ankh-Morpork". Albo ja jestem ofermą, albo on oszukuje. Niby ręce zacieram, bo czuję, że siadają mi karty, mam taktykę, jestem tuż tuż... i nagle otwierają mi się oczy i desperacko staram się uniknąć nieuniknionego. Nawet podczas demolowania Tokio nie daję rady i Angol mi kopie tyłek.  Żałuję, że nie mamy chińczyka, to na tyle prosta gra, że może wystarczyłoby mi sprytu i intelektu, by ograć drania. Hm. Prawdopodobnie szybciej będzie mi dane podziwiać norweskie fiordy przeżuwając chleb z orzechami i borowikami niż wykonać taniec zwycięstwa po partyjce z Angolem.
C'est la vie.

środa, 5 listopada 2014

Fachowiec po angielsku

Po rekordowo ciepłym Halloween (na własne oczy widziałam krótkie rękawki i szorty na trick or treat) nadszedł listopad, ciągnąc za sobą zimno. Poważne zimno, którego nie da się zignorować. Trzeba drapać szyby i odpalać samochody na popych. I dobrze, taka kolej rzeczy, w końcu zimą ma być zimo, nie umiarkowanie morko. Jednakże są pewne okoliczności powodujące moją dezaprobatę na niższe temperatury. Okoliczności wyglądają tak: nie mamy ogrzewania w pracy.
Problem pojawił się już rok temu. Po kilku tygodniach ze skostniałymi palcami i zamrożonymi stopami ogrzewanie powróciło i działało aż do początku października tego roku. Wtedy to boiler zaczął wydawać dziwne dźwięki po czym zaprotestował i przestał działać. Początkowo i tak było ciepło, więc nie mogłam narzekać, przynajmniej nie piekło mnie w stopy, co wcześniej zdarzało się notorycznie - ech, ogrzewanie podłogowe, same z tym problemy... Julie zadzwoniła po hydraulika, który powiedział, że przyjdzie nazajutrz. Następnego dnia zmienił zdanie i dał znać, że będzie za dwa dni. Za dwa dni przełożył wizytę na następny tydzień. Po dwóch tygodniach czekania nadal się nie pojawił, a bolier raz działał, raz nie, od czasu do czasu przeciekając.
Minął miesiąc. W pracy jak w kostnicy, ale już na piętrze w biurze jak w tosterze. Wspólnie stwierdziłyśmy, że tak dalej być nie może.
Wczoraj Julie ponownie próbowała umówić się z hydraulikiem. Powiedział, że będzie między 11 a 12. W południe napisał, że będzie między 13 a 15. Gdy kończyłyśmy pracę o 17 odezwał się, że może przyjść... [No stary, trochę za późno się opamiętałeś. Czekałam cały dzień, a teraz, proszę ciebie, idę do domu] Niedorzeczne. Nie wiem, dlaczego tak unika wizyty, czyżby ostatnim razem nie smakowała mu herbata?
Nie kwestionuję umiejętności angielskich fachowców, lecz ich słowność. Już przytrafiła mi się taka historia, że miał przyjść do mnie elektryk. Wpadł na chwilę, pooglądał, posprawdzał, powiedział, że przyjdzie jutro i czekam na niego przeszło dwa lata. Zdążyłam zapomnieć o co chodziło. Może to sprytna taktyka? Nie wiem. Osobiście nie znoszę, gdy ktoś mnie zwodzi, zwłaszcza w kwestii pomocy naprawy czegoś istotnego. Lepiej prosto z mostu powiedzieć "Diabeł wie, co się dzieje z tym boilerem, znajdźcie kogoś innego" niż obiecywać bez końca "będę jutro".
Ale to nie koniec historii. Dzisiaj hydraulik dał znać, że będzie między 10 a 12. Z tej okazji nawet się przygotowałyśmy - naprawiłyśmy dwonek przy drzwiach i odbyłyśmy próbę generalną:
Ja: Hello!
Julie: Hello.
Ja: I'm a plumber.
Julie: You're a plumber!
Ja: Aye, aye! I'm here to fix your boiler.
Julie: Brilliant! This way...
Po tych spontanicznych teatrzykach, w których czaiła się tylko ironia, stał się cud. Przyszedł hydraulik! Punkt południe zadzwonił do drzwi. Zapytał, gdzie boiler, usłyszał barwną opowieść o jego ostatnich dokonaniach i dziwnych dźwiękach, pokręcił, pomacał i wydał wyrok. Nowy bolier.
Do licha!

U nas w domu też nie działa ogrzewanie, od zawsze. Niby mamy grzejniki, niby dwa lata temu jeden naprawili wstawiając nowy, ale tak naprawdę nie działają. Jeśli już oddają ciepło to powinniśmy z Angolem otwierać szampana, by to uczcić. Grzejnik w łazience poza znikomą funkcją ozdobną pełni również rolę praktyczną. Można na nim położyć gąbkę, szmatkę albo brudny, skórzany pas, który Angol ostatnio wygrzebał obiecując, że kiedyś wyczyści. Oby tylko obietnice Angola nie przypominały obietnic fachowców...

Spokojna głowa. Zimno nam nie jest, ogrzewamy się na inne sposoby ;) Niestety w pracy mam ograniczone pole manewru. Pochylam się więc nad elektrycznym grzejnikiem, próbującym zrobić z moich łydek bekon, a zimna woda w kranie wydaje mi się być ciepłą, bo mam lodowate palce. Dobrze, że w każdej chwili mogę ogrzać dłonie kubkiem świeżo zaparzonej herbaty :)

Morał z tego taki - nie ufaj fachowcowi.

piątek, 3 października 2014

Ślubny szał po raz wtóry

Zatem piątek.
Po całym tygodniu następuje tenże i właśnie siedzę całą powierzchnią wojego ciała na sofie, popijam tradycyjną popołudniową herbatę z mlekiem i cieszę się brakiem planów. Choć co prawda gdzieś tam w zamętach umysłu czają się zarysy tego, co mogłabym zrobić, ale wiadomo, najpierw należy przekonać samca, by zechciał uczestniczyć w zarysach.
Oto nadchodzi tenże.
Wyznaje szczerze do bólu, że wrócił późno, bo wciągnęły go pokemony. Żeby mnie kiedyś jakieś pokemony nie wciągnęły...


Ale do rzeczy. Dzisiaj spontanicznie wybrałam się służbowo na wielki spend. Major event, drogi zakorkowane, miejsca na parkingu brak, nie mówiąz już o zaparkowaniu vana. Targi ślubne to nie bułka z masłem. W tym roku wybrałyśmy się w charakterze szpiegów. Musiałam kilka razy skłamać, że to ja jestem panną młodą. Wszystko dla dobra mojej kariery zawodowej. Kierowana doświadczeniem nie dałam się nafaszerować ulotkami, wzięłam tylko te istotne dla śledztwa. Niestety, cukiernicy w odróżnieniu od reszty nie byli skorzy do rozdawania próbek ciast (szlag, na to liczyłam najbardziej). Nie dałam się też namówić na przymierzanie sukni ślubnej - nie mam ogolonych nóg, dajcie spokój. Aż tu nagle wyskakuje uśmiechnięta dziewczyna, pytając, czy na co dzień golę czy jednak używam wosku. Pani! Zima idzie, trzeba się przysposobić...
Tak, poza oczywistymi stoiskami z sukniami ślubnymi, garniturami, kiltami (na marginesie faceci w kiltach i całym tradycyjnym rynsztunku wyglądają tak, że kolana miękną), tortami, fotografami, florystkami i hotelami, można znaleźć preparaty do wybielania zębów - aby uśmiech nie kontrastował z suknią, nowy sposób na usuwanie zbędnego owłosienia - pewnie by uniknąć niechcianych "szczecin" w tym ważnym dniu, a także ślubne karaoke. To ostatnie było zajmujące, nie powiem, że nie.
Przymierzyłam jeszcze kilka tiar, obwąchałam kilka bukietów i obejrzałam pokaz mody, szukając tej pięknej modelki sprzed roku - na próżno.
Stwierdzam, że mogę tak pracować codziennie.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Ciasteczka i kawa

Moje posty dotyczą ostatnio samych łakoci, zupełnie nie wiem, dlaczego. Ale fakt faktem, ostatni tydzień minął pod znakiem kawy/herbaty i ciasteczek serwowanych za darmochę w jednym z hoteli w Gloucester. Doszło do tego, że przedawkowałam cukier. Dopiero na drugi dzień mogłam znowu zjeść ciasteczka. Znowu za darmo. Wszak ma się ten nieodparty urok osobisty i wie się, kiedy go należy używać, a kiedy można odpuścić.
Ostatni tydzień był też bardzo pracowity, ale i satysfakcjonujący. Obfitował w wiele komicznych sytuacji, jak i w wiele siniaków, otarć tudzież przecięć. Wyglądam, jakby mnie ktoś poturbował albo jakbym była nieszczęśliwą posiadaczką kota ze wścieklizną. Do wesela się zagoi! Tylko jeszcze nie wiadomo, do którego. Ale nie narzekam, w końcu nie każdy ma szansę stąpać po ogrodzie jednej z najbardziej wpływowych kobiet biznesu w Królestwie, dlatego ewentualnie mogę poświęcić ciągłość swej skóry.
Prawie zdobyłam zwierzątko domowe! Chciałam uratować małą myszkę, która miała chorą łapkę, ale niestety skubana uciekała tam szybko mimo swego kalectwa, że nie zdążyłam jej złapać. Muszę zadowolić się naszymi strzyżykami, które postanowiły zamieszkać naprzeciwko. Pisklęta są bardzo hałaśliwe jak na ich małe rozmiary. Zgaduję, że to dobrze.

Wsi spokojna, wsi wesoła - że zacytuję wieszcza z Czarnolasu - dobrze jest mieszkać na uboczu, pod warunkiem, że nie potrzeba desperacko żadnych produktów ze sklepu papierniczego.

niedziela, 6 lipca 2014

Na słodko

Ostatnio u mnie sama słodycz. No, może poza jednym incydentem, w którym moja duma i samoocena zostały ciężko ranne po ostatniej lekcji angielskiego. Przyniosłam na zakończenie wspólnej nauki muffinki z borówkami, które w pocie czoła przygotowywałam wieczór wcześniej, a potem próbowałam je podzielić między 16 osób, przewieźć na rowerze do pracy i uchować przed konsumpcją tamże. Szalenie trudne zadanie, tylko brzmi jak bułka z masłem. Byłam z nich bardzo dumna, tak ładnie wyrosły i co?
Nadia przyniosła triffle, Ania drożdżowe ze śliwkami i kruszonką, a moje muffiny poszły w zapomnienie i tylko jedna osoba, JEDNA OSOBA poczęstowała się moim wypiekiem.
Zabolało.

Humor został uratowany, kiedy Jules oznajmiła, że to były moje najlepsze muffinki do tej pory. Szkoda, że nie zostawiłam ich więcej w pracy... ale cóż.


Wiecie co jest najlepsze po 5-ciu dniach ciężkiej pracy? 2 dni weekendu! Woohoooo!

niedziela, 29 czerwca 2014

Szampan i ciasto zawsze ok

Ahoj! Co słychać w wielkim świecie? U nas na wsi wciąż to samo, śpiew ptaków i pobekiwanie owiec. Niektóre przedrzeźniają same siebie i to jest arcyzabawne, uśmiać się można do łez.
U mnie widać postępy. Odzyskałam władzę w nogach i można mnie dotknąć. Tydzień minął stabilnie, bez większych przewrotów - w pracy jak zwykle za dużo do zrobienia, ale przerwa na ciasto zawsze wskazana. W wyjątkowych sytuacjach dopuszczalny jest szampan, na przykład gdy ktoś obchodzi urodziny, a już zwłaszcza wtedy, gdy nie ma wody, bo zatkała się rura. Właściwie zawsze znajdzie się dobry powód do zjedzenia ciastka i wypicia szampana. Albo chociaż herbaty.
Mam takie wrażenie, że ostatnio wszystko się zmienia. To, co stanowiło dla mnie stały element, nagle znika, a na horyzoncie majaczy nowe, lecz ciągle niewyraźne i niepewne. Pewne jest jedno - to, co było, już nie będzie takie samo.
No wiem, eureka, za takie błyskotliwe odkrycie powinnam dostać co najmniej Nobla.

czwartek, 19 czerwca 2014

Ale że Dudka na mundial nie wzięli?

Kawa w filiżance z cienkiej porcelany smakuje lepiej. Nie wiem dokładnie dlaczego, ale pogodziłam się z tym i kubek ze Starbucksa poszedł z odstawkę.

World cup! Wszyscy o tym huczą i ja nie będę odstawać, bo kocham oglądać piłkę nożną, gdy grają reprezentacje narodowe. Jest w tym coś bardzo ekscytującego. Dzisiaj będę kibicować Anglii. Nie z pobudek lokalnego patriotyzmu - choć może troszeczkę też - raczej z przyzwyczajenia i sentymentu, bo zawsze im kibicowałam. Lecz dzisiaj patrząc jak Wyspiarze będą się zmagać z Urugwajem pomyślę o Harcie. Pomyślę o tym, że wczoraj gawędziłam sobie z Anne, która co tydzień spotyka się z ojcem bramkarza reprezentacji. Pomyślę o ojcu i popatrzę na Harta inaczej - w końcu to swój chłop z miasta Darwina, który nie poszedł na wesele, które dekorowałam, bo pojechał do Brazylii. To całkowicie zmienia perspektywę ;)

Come on, England!

wtorek, 10 czerwca 2014

London, bejbi

There's no place like London, but home.

Mam takiego nibykaca po ostatnim wyjeździe służbowo-turystycznym. Jeszcze do mnie nie dotarło, że byliśmy w Londynie, chociaż wróciliśmy dwa dni temu do naszej sielskiej wioski. 
Na przyszłość będę sprawdzać narzeczone piłkarzy z londyńskich klubów, bo kto wie, może znowu będą to jakieś aktorki... Nigdy nie wiadomo, dla kogo dźwigam ciężary i dla kogo tnę się po rękach drutem.
Ale nie będę pisać o pracy. Napiszę o Londynie! W ciągu dwóch i pół dnia przedreptaliśmy z Angolem dystans, jaki zazwyczaj wyrabiamy w miesiąc. Cóż się dziwić, było mało czasu, a atrakcji do odhaczenia zbyt wiele. Podołaliśmy, mało tego - zahaczyliśmy o polski koncert, którego znaczną część spędziliśmy na zewnątrz, pijąc polski browar za funta i pstrykając głupie foty z Kredem. a propos fotek - trzeba mieć kołkowe szczęście, by robić zdjęcia wszystkiemu, co odstaje normą od standardów i rozładować baterię w aparacie tuż przed dotarciem do Big Bena. Brawo! Chwała niech będzie smartfonom, inaczej wpadłabym w rozpacz i rzuciłabym się z Mostu Westminsterskiego, by otruć się w Tamizie. 
Co mi się podobało w Londynie? Architektura! Muzeum Historii Naturalnej jest przecudne. Miłość od pierwszego wejrzenia. Hyde Park z ptaszyskami wszelkiej maści. I te zachęcające kawiarnie, puby, restauracje, znane, kultowe miejsca...
Co mi się nie podobało w Londynie? Tłum. Takie nagromadzenie ludzi w moim przypadku dopuszczalne jest tylko na woodstocku.

Zrealizowałam jedno z moich marzeń i wiem, że wrócę do Londynu na pewno. Chociażby po to, by poszukać więcej prac Banksy'ego. Trafiłam na jedną zupełnie przypadkiem, na ulicy, przy której zaparkowaliśmy samochód, niedaleko miejsca, w którym pracowałam. To się nazywa szczęście!

Szczęście nazywa się też: suche skarpetki, gdy przemokną buty; nowe kombinerki; naleśniki z nutellą i kremem waniliowym; wygodne łóżko; dom; Pimm's; kochający przyjaciele; leżaki w parku; jechanie autobusem na gapę, bo kierowca mrugnął i wpuścił do środka; Angol obok; uczucie, gdy budzisz się rano i jesteś zadowolony z tu i teraz, a myśl o tym, co ma być za chwilę sprawia, że się uśmiechasz i masz ochotę wstać. To wszystko, miśki, nazywa się szczęście.

piątek, 23 maja 2014

Niemoc blogera

Dręczy mnie jakiś kryzys twórczy. Pozwoliłam sobie poczytać samą siebie tzn. stare wypociny i zastanawiam się, czy okres studencki, czyli czytanie tych wszystkich przeintelektualizowanych tekstów oraz otaczanie się oczytanymi personami plus miliony godzin spędzonych w inspirujących wnętrzach wagonów przewozów regionalnych - czy to wszystko wpływało na moją umiejętność pisania w tak ogromnym stopniu, iż teraz, odseparowana, niejako na własne życzenie, od tamtego świata nie potrafię pisać tak samo?
Jeśli tak to głupio. To oznacza, że jestem jak gąbka i chłonę byle co.
Aktualnie chłonę deszcz. Przez skarpetki, bo zmuszona byłam tuptać po przemokniętej podłodze w namiocie imprezowym. Za stara jestem na takie rzeczy!

Wracając do sedna to może jednak się mylę, może jednak nie do końca wszystko stracone i może za kilka(naście) miesięcy przeczytam to, co teraz wyklikuję i zakrzyknę z radością, sakreble, se żenial! Ciągle to masz, kołku!
Ech. Łudź się, siureczku, kto ci zabroni?

wtorek, 13 maja 2014

Akty okrucieństwa

Przeważnie w pracy zajmuję się ładnymi rzeczami. Ale zdarzają się dni, kiedy muszę dokonać rzeczy strasznych. Potwornych. Niewybaczalnych.

Łudzę się, że jeśli podzielę się z moją zbrodnią publicznie, wyrzuty sumienia ucichną albo staną się choć odrobinę mniejsze. Jeżeli zachowam to dla siebie, zapewne oszaleję. Uwaga, wyznaję.

Niszczyłam książki. Bestialsko odrywałam okładki (zazwyczaj twarde), by ujawnił się grzbiet książki. Na szczęście niektóre pozycje były tak kiczowate, że mi to zwisało i powiewało, lecz inne... Gdy o tym myślę to żałuję, że jestem na tyle uczciwa, by nie kraść. Wyjechałabym z pracy obładowana tobołkami.


Ktoś z Was postuka się palcem po głowie i grymasem na twarzy zapyta "Po cholerę robić takie rzeczy? Komu przeszkadzały okładki?"
Ano okazuje się, że znalazłaby się taka jedna osoba, a może nawet i kilka, którym okładki się nie podobały. Ech, ci Arabowie. Ech, te projekty hotelowe.

Ostatnio akty okrucieństwa dotykają także naszych tzn. moich i Angolowych tradycji. Mieliśmy celebrować małe zwycięstwa w De Grey's - zamknęli. Potem znaleźliśmy fajną knajpę z cornish pasty w różnistych kompilacjach i mieliśmy chodzić tam raz w miesiącu - zamknęli, bez żadnego uprzedzenia. Bródka drgała gdy czytaliśmy powiadomienie, wywieszone na drzwiach i była nagła potrzeba mocnego przytulenia. Tak się nie robi!!!

Życie pełne jest podobnych aktów okrucieństwa, nie wspominając już o tym, że potrąciłam trzmiela rowerem. Sam wleciał mi pod koło, nie mogłam zrobić nic!

***
Wszechświat starał się przekazać mi wiadomość. Znalazłam dzisiaj kilka monet, w różnych przypakowych miejscach. Prawdopodobnie miałam dzisiaj zagrać w totka. Szansa zaprzepaszczona, willi z basenem nie będzie.

poniedziałek, 12 maja 2014

Lawendowe spontany

Trening pełną gębą! Dzisiaj w pracy numer dwa miałam za zadanie upiec ciasto cytrynowe. Trzy blachy. Na wszelki wypadek nie powiedziałam szefowej o incydencie z sodą, bo na szczęście Anglicy mają taki sposób na pomyłki, który nazywa się self-rising flour. Z czystej skromności nie napiszę, że ciasto wyszło przepyszne.

Chyba jeszcze nie wspominałam, jak wyglądają u nas wypady do centrum ogrodniczego. Wyglądają następująco: ja, jako początkująca, nieudolna, acz uparta ogrodniczka oznajmiam Angolowi, że jedziemy. On ma dwa wyjścia. Zgodzić się albo zostać zmuszonym. Wsiadamy w Mua i ruszamy w drogę. Dojeżdżamy na miejsce, zachwycam(y) się asortymentem drzew, krzewów, bluszczu, kwiatków i ogólnie zielska, po czym wybieram te, które wpadły mi w oko oraz lawendę, nie zastanawiając się, czy nie powinnam raczej zacząć od czegoś łatwiejszego w uprawie. Ale nie, bo te kwiatuszki takie niebieskie, a te takie różowe. Angol z miną zdobywcy trzyma dwie donice z ziołami. Obie strony wygrywają. Później jeszcze małe zakupy w sklepie farmerskim i pad pytanie "jesteśmy godzinę drogi od morza - jedziemy?"
No ba.
Zatem wsadzamy roślinki do bagażnika, opatuliwszy je uprzednio, wsiadamy do Mua i jedziemy. Po drodze ja maślanym wzrokiem błądzę po widokach z okna (przejeżdżamy przez południową część Parku Narodowego Snowdonia), a pewna bażancica postanawia zakończyć swój żywot wbijając się nam w samochód. Dosłownie. Ostatecznie docieramy na wybrzeże i zbieramy muszle, próbujemy wody czy słona, czy nie oszukali, wdychamy jód wdzierający się w płuca, bo wieje jak w Kieleckim, a na koniec gramy w mini golfa. Choć "grać" w naszym przypadku to szumnie powiedziane. Ujmę to inaczej - próbowaliśmy za wszelką cenę trafić w dołek, nie kompromitując się przy tym przed dzieciakami.
Na koniec spontanicznego wypadu po lawendę jemy w lokalnym fish&chips z pociesznym panem przy kasie.
Następnego ranka siur odkrywa, że by przesadzić roślinki potrzebna gleba piaszczysta, a piasku tyle, ile przywieźliśmy w trampkach i ani ziarenka więcej. Na domiar złego gleba ma być wapienna... Nic tylko chwycić coś ciężkiego i tłuc po rozczochranej...


To pisałam ja, nieudolna ogrodniczka amatorka.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Chandra i wanilia

Czasem nic nie jest w stanie zetrzeć uśmiechu z mojej twarzy.
Czasem nic nie jest w stanie w ogóle go sprowokować. Wszystko jest złe i irytujące. Jak można popełnić tyle wpadek w przeciągu kilku godzin? I dlaczego jak coś się dzieje niedobrego to wszystko naraz? Jak na litość boską można niechcący podłożyć nogę biegnącemu dziecku? Niestety można bardzo łatwo.
Kumuluje się i kumuluje, a potem krzyczę sama na siebie i sama siebie nie lubię. Wrrr!

Chwilowe, przejdzie.

Nie wiem, jak to się stało, ale mamy już kwiecień. Ktoś musiał załączyć przyspieszenie do przodu, inaczej nie umiem wyjaśnić dlaczego ten czas tak szybko minął. Owszem, było trochę bieganiny w pracy. Nawet gdzieś tam w środku tygodnia odwiedziłam raj dla amatorów staroci. Było mi również dane zasuwać w deszczu po ciasnych i pagórkowatych uliczkach miasta Darwina pchając przed sobą pusty wózek jednego z supermarketów, ale to inna, długa historia...

Jakiś czas temu odkryłam jak dobrze smakują mini oreo w śniadaniowym zestawie mleko+muesli, chociaż wiadomo, że nic, ale to nic nie przebije jogurtu waniliowego - jedynego produktu sojowego, którym się zachwycam. Jest przepyszny! Polecam każdemu, nie tylko wegetarianom, weganom i nieszczęśnikom z nietolerancją laktozy (łączmy się w bólu).

czwartek, 27 marca 2014

Kwiatki, kucyki i róż

Obecnie sztuczne kwiaty są tak autentyczne, że np. róże mają bardzo ostre kolce. Bardzo (moje biedne paluszki). Przerzuciłam wczoraj z puda do pudła jakieś 600 sztuk, więc mogę się wypowiedzieć. Poza tym siedzę w interesie. Zaufajcie mi.

Ale nie ufajcie mi, gdy mówię, że zjeżdżalnia jest szybka, bo to wszystko zależy od maty, na której zamierza się śmignąć w dół. ( - Ok guys, I have to warn you as the slide has just been polished so it might be faster than usual. Hold on to the handles all the time! - i dzieciaki utknęły w połowie pasa. Well done.)

***

W ostatnią niedzielę wstaliśmy skoro świt, czyli w moim przypadku o 8 rano i pojechaliśmy na car boot. Niczego interesującego nie było, ale za to pooglądaliśmy faunę w małej zagrodzie. Urzekła nas ta para.


Koziołek był bardzo ciekawski i wystawiał głowę przez ogrodzenie, a kucyk to wiadomo - kucyk. Klasa sama w sobie.

Tak właściwie to po co hoduje się kucyki?

Gnębi mnie ta zagadka od paru dni i nie mogę znaleźć rozsądnego wytłumaczenia. Ani to zwierzę pociągowe, ani jeździć na nim za bardzo się nie da (nie ta kategoria wagowa), posesji nie obroni, mleka nie da - takie nie wiadomo co. I chyba właśnie dlatego zapragnęłam mieć kucyka. Nie teraz, rzecz jasna. Kiedyś. Będzie miał długą, gęstą grzywę i będzie tańczył moonwalk. Będę go wyprowadzać na spacer razem z gromadką psów a on będzie delikatnie chwytał mięsistymi wargami trawę, którą mu będę podawać w dłoni. I wcale nie szkodzi, że mam alergię na sierść konia, bo koń to nie kucyk.

Stado kucyków na wzgórzach w Shropshire.
Hm, dzięki temu nasz trawnik będzie zawsze idealnie przystrzyżony i regularnie nawożony. Przekonałam się. Od dziecka przecież uwielbiam kucyki. Podobno gdy mój wujek przywiózł mi z Niemiec prawdziwą zabawkę kucyka Pony mój pisk radości trwał długo i był nienaturalnie wysoki. Cóż, pewne rzeczy zostają w ludziach nawet wtedy, gdy już wyrosną z miłości do różowego koloru.
Patrzę na moje nowe, futerkowe kapcie... Niektóre rzeczy chyba nie mijają.

środa, 19 marca 2014

Zbyt ryzykowne, by myśleć za długo

Przede wszystkim chciałam zaznaczyć, że nie cierpię jakości papieru toaletowego w publicznych toaletach! Nie znoszę. W ciągu ostatnich kilkunastu dni korzystałam z ich dobrodziejstw wielokrotnie i za każdym razem myślałam o tym samym. "Nie cierpię tego papieru".

Teraz, gdy frustracja została wylana mogę przystąpić do radosnej części posta. 

Nie wspomniałam ostatnio o przemiłym dniu kobiet, który zaserwował mi mój mężczyzna. Kino, spacer, cornish pasty, kino po raz drugi, a wieczorem impreza. Z wizją roboczej niedzieli. Obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy nie pójdę do pracy na kacu, więc musiałam stopować, ale i tak było fajnie. W pracy także, mimo mycia garów przez 2,5 godziny.
Innego dnia wybraliśmy się na zakupy do Wielkiego Miasta. Misja: garnitur dla Angola. Status: pomyślnie zrealizowana. Przy okazji poszwędaliśmy się po Birmingham, lecz tylko troszeczkę, bo bolały mnie stopy (do licha ciężkiego, kto mi podrzucił pomysł z obcasami?!), a wieczorem ponownie rozsiedliśmy się w kinowych fotelach, wychylając uprzednio pintę cydra w naszym ulubionym pubie w Shrewsbury. Lecz była to dopiero rozgrzewka przed weekendem. W planach było polowanie na kiecki z Mizerią. Nie wiem, dlaczego założyłyśmy takie szczytne cele, skoro doskonale wiemy, jak wyglądają nasze wspólne polowania odzieżowo-obuwnicze (na przykład kultowego flapjackowego zielonego wełnianego swetra szukam po dziś dzień)... ale bardzo się cieszyłam na samą myśl spędzenia całeeeego dnia z Mizerią. Przemierzyłyśmy kilka centrów handlowych, zaglądając do wszystkich sklepów z ubraniami - poza M&S ze względu na wysoką średnią wiekową i Nike, bo oni chyba jeszcze sukienek nie produkują. Wróciłyśmy do domu z kilkoma płytami, szortami i słodyczami panjabi. Sukienek jak nie było tak nie ma. 
Ale za to miałam swój pierwszy raz! Jeździłam czerwonymi piętrowymi autobusami, które chyba każdemu kojarzą się z Anglią (a już na pewno z Londynem). Frajda niesamowita! Oczywiście nie obyło się bez obciachu na schodach, kiedy to próbowałam z gracją zejść na dolny poziom. Autobus zahamował i skręcił, więc narobiłam hałasu i prawie spadłam ze schodów, udając Michaela Flatley'a z marnym skutkiem. Jednak muszę nadmienić, że kultura jeżdżenia autobusem jest na bardzo wysokim poziomie. Nie zdziwiło mnie witanie się każdego pasażera z kierowcą oraz dziękowanie za otworzenie drzwi (przyzwyczaiłam się do tego), ale miłą niespodzianką było to, że po naciśnięciu przycisku "stop" autobus zatrzymywał się na najbliższym przystanku, a kierowca cierpliwie czekał, aż dany pasażer wytoczy się ze środka pojazdu. Żadnego pośpiechu, żadnych nerwów, inni czekają cierpliwie w kolejce... gdy o tym myślę tym bardziej nie umiem pojąć, jak to się stało, że stojąc z Mizerią w kolejce do wejścia uciekł nam autobus... 
Prawdopodobnie my tak po prostu mamy - przypominają mi się historie pożegnań na przystankach tramwajowych tudzież sprinty na ostatni autobus miejski do domu.
Wisienką na torcie weekendowym było wyjście do ... kina! (proszę udawać zaskoczenie) Angol zabrał mnie na absolutnie fenomenalny film, który zajął na mojej liście bardzo wysokie miejsce. "The Zero Theorem". Jeśli będziecie mieć okazję obejrzyjcie koniecznie. Mam dreszcze, gdy o tym myślę :)
Weekend ciągle trwał ku mej niewypowiedzianej radości. Korzystając z wolnej niedzieli i pięknej, słonecznej pogody Angol wyprowadził mnie na spacer, żebym się trochę wybiegała. Poszliśmy na wieżę, którą widzę od kilku lat i do tej pory nie było okazji jej zwiedzić. Flounders' Folly, gdyż tak się nazywa ten zabytek, zostało zbudowane właściwie nie wiadomo po co. Jest kilka teorii; jedna z nich głosi, że fundator, Benjamin Flounders, chciał zostawić po sobie ślad z okazji swoich 70-tych urodzin, dodatkowo dając biednym tubylcom okazję do zarobku. Inna, dość kuriozalna teoria mówi, iż wieża miała służyć obserwacji statków w Kanale Bristolskim oraz na rzece Mersey, mającej ujście w Liverpoolu. Cóż, widoczność w niedzielę była zdumiewająco dobra, ale nasz wzrok najdalej sięgał wzgórz w Walii oraz wzniesień hrabstwa Shropshire. Nieważne. Widoki i tak były zapierające dech w piersiach, zwłaszcza w połączeniu z porywistym wiatrem.
Mieszkam w przepięknej okolicy. Zachwycam się za każdym razem, gdy na to patrzę.


Teraz koniec dobrego, trzeba zakasać rękawy i trochę popracować, bo czuję się odrobinę rozpuszczona :)


PS. Gdy na koniec wypocin wymyślałam tytuł Angol przypadkowo wyłączył mi komputer. Stąd tytuł :P

czwartek, 27 lutego 2014

Tłusty bit

Po czym poznać Tłusty Czwartek w Anglii? Po tym, że o godzinie 9 rano w Tuffinie wyprzedane są wszystkie pączki.

Nanosiłam się w pracy ciężkich obiektów i pies sąsiadów chciał posmakować mojego buta. Ciężki, acz wesoły dzień, gdyż w perspektywie czekało mnie miłe zajęcie.Werble... Zrobiłam faworki! Tadaaam! Teraz czekają na upudrowanie i można zajadać :)