Zanim uraczę Was kolejną opowieścią z moich małych podróży, muszę zrobić mały przerywnik. Z okazji nadejścia wiosny (jupi!) zdecydowałam się na powrót do jazdy na rowerze. Wypucowałam wczoraj moje dwa kółka, Angol napompował opony i wszystko było gotowe na dzisiejszy poranek. Udało mi się nawet szybciej zorganizować z porannymi rytualnymi czynnościami, by być na czas w pracy. I co? I wychodzę sobie dziś rano by wsiąść na rower a tu widzę spektakularną flakę w przedniej oponie.
Masz ci los.
Ale nie to jest najlepsze. Bo gdy zaczęłam przyglądać się oponie by sprawdzić rozmiar, zauważyłam napis: "Made in Poland".
Brawa za spostrzegawczość! Po ponad 2 latach używania zorientowałam się, że jeżdzę na polskim rowerze! Ha! Pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdby nie to, że kupiłam go na walijskim car boot od jakiegoś tubylca.
Niezbadane są ścieżki polskich rowerów.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
piątek, 10 kwietnia 2015
Ajri ajri in e diferent stajli - czyli spontan po irlandzku
- Before you leave have a pint of Guinness.
- We already had one.
- Have another one.
Od czego zacząć? Może od tego, że marzenia się spełniają. Czasem w najbardziej niespodziewanym momencie, w wyniku spontanicznej decyzji, która przez chwilę wydaje się być głupia. Nie wiem, czy jest w życiu coś równie ważniejszego od spełniania marzeń.
Zaczęło się od tego, że gdy mocowałam się z zakładaniem światełek na drzewka w pewnym kościele na wschodnim wybrzeżu Anglii dostałam sms od Angola. "Lecimy do Dublina?" A tydzień później siedzieliśmy w samolocie podekscytowani naszą pierwszą wyprawą do Irlandii. Do tej legendarnej, zielonej Irlandii.
Pierwsze wrażenia były... dziwne. Krajobraz jakby trochę bardziej swojski, bardziej polski (to pewnie przez budownictwo na wsi, trochę inne niż angielskie), ograniczenia prędkości w kilometrach, ale jeździ się po lewej stronie - coś jest nie tak. Dodać do tego śmieszny acz uroczy irlandzki akcent i mamy wybuchową mieszankę. Potrzebowałam trochę czasu, by znaleźć tą irlandzkość, którą kiedyś tam skrupulatnie sobie wyimaginowałam ćwicząc hop backi i słuchając Flogging Molly, Beltaine czy Carrantuohill.
- We already had one.
- Have another one.
Od czego zacząć? Może od tego, że marzenia się spełniają. Czasem w najbardziej niespodziewanym momencie, w wyniku spontanicznej decyzji, która przez chwilę wydaje się być głupia. Nie wiem, czy jest w życiu coś równie ważniejszego od spełniania marzeń.
Zaczęło się od tego, że gdy mocowałam się z zakładaniem światełek na drzewka w pewnym kościele na wschodnim wybrzeżu Anglii dostałam sms od Angola. "Lecimy do Dublina?" A tydzień później siedzieliśmy w samolocie podekscytowani naszą pierwszą wyprawą do Irlandii. Do tej legendarnej, zielonej Irlandii.
Pierwsze wrażenia były... dziwne. Krajobraz jakby trochę bardziej swojski, bardziej polski (to pewnie przez budownictwo na wsi, trochę inne niż angielskie), ograniczenia prędkości w kilometrach, ale jeździ się po lewej stronie - coś jest nie tak. Dodać do tego śmieszny acz uroczy irlandzki akcent i mamy wybuchową mieszankę. Potrzebowałam trochę czasu, by znaleźć tą irlandzkość, którą kiedyś tam skrupulatnie sobie wyimaginowałam ćwicząc hop backi i słuchając Flogging Molly, Beltaine czy Carrantuohill.
Etykiety:
Ballycoton,
ciekawostki,
Dublin,
Eire,
Guinness,
irish,
Irlandia,
klify,
Limerick,
love,
morze,
optymistycznie,
podróże,
relacje,
Rock of Cashel,
The Temple Bar,
Waterford,
wikingowie,
zamki
niedziela, 29 marca 2015
Syndrom piosenki ze snu
To uczucie, kiedy siurek budzi się rano i nie wiedzieć skąd w siurkowej głowie wybrzmiewa konkretna piosenka. Trzeba ją odnucić całą podczas prysznica i najlepiej odsłuchać przy śniadaniu. W przeciwnym wypadku będzie męczyć. Oczywiście odsłuchanie wiele nie pomaga, bo piosenka tak się zakorzenia w siurkowym mózgu, że będzie wybrzmiewać mniej lub bardziej intensywnie przez cały dzień.
To uczucie, kiedy siurek wsiada o poranku do służbowego vana z myślą dalekiej drogi, a pierwsza piosenka w radiu to TA piosenka.
To uczucie, kiedy siurek wraca z trzydniowego służbowego wyjazu, siedzi w vanie i gdy rozmowy się już wyczerpały, szefowa włącza radio. Nie mija nawet kwadrans i leci TA konkretna piosenka. W brzuchu łaskocze, siur już nabiera powietrza, by wyrazić zachwyt i zdziwienie, że to TA piosenka ta sama co wtedy, już zaczyna artykułować dźwięki, lecz gdy szefowa szybkim ruchem wyłącza radio.
- What were you saying?
- ... Nothing.
To uczucie, kiedy siurek wsiada o poranku do służbowego vana z myślą dalekiej drogi, a pierwsza piosenka w radiu to TA piosenka.
To uczucie, kiedy siurek wraca z trzydniowego służbowego wyjazu, siedzi w vanie i gdy rozmowy się już wyczerpały, szefowa włącza radio. Nie mija nawet kwadrans i leci TA konkretna piosenka. W brzuchu łaskocze, siur już nabiera powietrza, by wyrazić zachwyt i zdziwienie, że to TA piosenka ta sama co wtedy, już zaczyna artykułować dźwięki, lecz gdy szefowa szybkim ruchem wyłącza radio.
- What were you saying?
- ... Nothing.
piątek, 20 marca 2015
Ciemna strona księżyca
I jak się Wam podoba?
Wiem, wiem, zdjęcie amatorszczyzna, ale czego oczekujecie po kocu termicznym złożonym na dwa razy służącym jako specjalistyczna ochronna soczewka? Ważne, że widać, jak słońce udawało dzisiaj kota z Cheshire.
Zaćmienie słońca to pierwsze wydarzenie, które dosłownie i w przenośni zaćmiło zawieszenie Clarksona. Wszyscy na nie patrzyli (prawie wszyscy, niektórzy musieli pracować), wszyscy o nim mówili... a Clarkson dalej bezrobotny.
Od samego rana było bezchmurne niebo, ale kiedy cały spektakl się rozpoczął zrobiło się dziwnie jasno, jakby ktoś zaświecił jarzeniową żarówkę zamiast prawdziwego słońca. Patrzyliśmy razem z Angolem na rogalika z tą zdumiewającą, ale poniekąd niepokojącą świadomością. Nagle zrobiło się chłodno i rogalik się zwężył, aby po chwili znów rosnąć. Takie zjawiska są fascynujące.
Poza oczywistym rarytasem astronomicznym, zaćmienie słońca było świetną wymówką na wszystkie niepowodzenia tego dnia: zapomniałam wziąć laptopa do pracy, to wszystko przez to zaćmienie / nie mogę znaleźć hortensji, to pewnie przez zaćmienie / klientka odwołała spotkanie z powodu nagłego przypadku w pracy - pewnie przez zaćmienie / uderzyłam się w nogę i wbiłam sobie drut w palec, bo rozstroiło mnie zaćmienie.... Przykłady można mnożyć, zaćmienie wymówką idealną.
No. Użyłam słowa zaćmienie tyle razy, że wujek Google powinien wyświetlać mój post na pierwszej stronie w wyszukiwarce. [podstępny rechot] Już ja wiem jak to wszystko działa [złowieszczy śmiech]
#socialmediaqueen
Oby do następnego zaćmienia!
Etykiety:
euforia,
fotki,
księżyc,
okolicznościowe,
praca,
zaćmienie słońca
środa, 18 marca 2015
W pogoni za zorzą
Wczoraj był czerwony alarm.
Czerwony alarm oznacza, że nie przestanę się miotać i namawiać Angola, dopóki nie wyjdziemy w środku nocy szukać ciemnego miejsca z widokiem na północ. Czerwony alarm to bardzo duże prawdopodobieństwo zorzy polarnej w całej Wielkiej Brytanii, trzeba tylko przebić się przez łuny miast, mgłę i chmury. Pojechaliśmy więc w jedno z wyżej położonych i najciemniejszych miejsc w hrabstwie, poszukaliśmy wolnego miejsca (ci ludzie nie mają co robić w nocy?! ... ekhm)
Cóż. Gwiazdy nad nami były piękne, nawet kilka razy coś spadało, ale zorzy ani widu, ani słychu. Czy było warto stać na mrozie wypatrując na niebie chociażby najmniejszej smugi? Ba, też pytanie.
Ale ja tak szybko się nie poddaję...
Piosenka na dziś: Miłość czasem zwala z nóg...
Czerwony alarm oznacza, że nie przestanę się miotać i namawiać Angola, dopóki nie wyjdziemy w środku nocy szukać ciemnego miejsca z widokiem na północ. Czerwony alarm to bardzo duże prawdopodobieństwo zorzy polarnej w całej Wielkiej Brytanii, trzeba tylko przebić się przez łuny miast, mgłę i chmury. Pojechaliśmy więc w jedno z wyżej położonych i najciemniejszych miejsc w hrabstwie, poszukaliśmy wolnego miejsca (ci ludzie nie mają co robić w nocy?! ... ekhm)
Cóż. Gwiazdy nad nami były piękne, nawet kilka razy coś spadało, ale zorzy ani widu, ani słychu. Czy było warto stać na mrozie wypatrując na niebie chociażby najmniejszej smugi? Ba, też pytanie.
Ale ja tak szybko się nie poddaję...
Piosenka na dziś: Miłość czasem zwala z nóg...
środa, 11 marca 2015
Oddajcie Clarksona!
#BringBackClarkson
Wyspiarze poruszeni. Najpopularniejszy program motoryzacyjny (o najmniejszej dozie treści ściśle motoryzacyjnej) zawieszony. W niedzielę NIE BĘDZIE Top Gear. Huczą o tym w mediach, już powstała grupa wsparcia, a podpisywanie petycji bije rekordy, wyprzedzając petycję o wycofaniu trzeciej strony w "The Sun". Każde wiadomości w radiu BBC rozpoczynały się dzisiaj właśnie od tego jakże szokującego komunikatu.
Już fejsbuk na pełnych obrotach, tłitują i hasztagują. Gdzieś ktoś szemra o cenzurze, ktoś inny o braku szacunku, jeszcze inny - o złym przykładzie.
A wszystko z powodu głodu. Wiadomo, że jak człowiek głodny to zły jak wilk. Nawet ja jestem zrzędliwa, gdy burczy mi w brzuchu, wystarczy zapytać Angola.
Co prawda nigdy nie doszło z tego powodu do rękoczynów, ale kto wie, co by się działo, gdyby po całym dniu w pracy ktoś by mi odmowił ciepłego posiłku? Pewnie też bym się odwinęła, bo głodny siur to zły siur.
Dobrze, że Angol mnie regularnie karmi. Dzięki temu raczej nikt mni nie zawiesi.
Wyspiarze poruszeni. Najpopularniejszy program motoryzacyjny (o najmniejszej dozie treści ściśle motoryzacyjnej) zawieszony. W niedzielę NIE BĘDZIE Top Gear. Huczą o tym w mediach, już powstała grupa wsparcia, a podpisywanie petycji bije rekordy, wyprzedzając petycję o wycofaniu trzeciej strony w "The Sun". Każde wiadomości w radiu BBC rozpoczynały się dzisiaj właśnie od tego jakże szokującego komunikatu.
Już fejsbuk na pełnych obrotach, tłitują i hasztagują. Gdzieś ktoś szemra o cenzurze, ktoś inny o braku szacunku, jeszcze inny - o złym przykładzie.
A wszystko z powodu głodu. Wiadomo, że jak człowiek głodny to zły jak wilk. Nawet ja jestem zrzędliwa, gdy burczy mi w brzuchu, wystarczy zapytać Angola.
Co prawda nigdy nie doszło z tego powodu do rękoczynów, ale kto wie, co by się działo, gdyby po całym dniu w pracy ktoś by mi odmowił ciepłego posiłku? Pewnie też bym się odwinęła, bo głodny siur to zły siur.
Dobrze, że Angol mnie regularnie karmi. Dzięki temu raczej nikt mni nie zawiesi.
wtorek, 10 marca 2015
Tłumaczy się winny
To nie jest tak, że nie chce mi się pisać. To nie o to, że nie mam o czym. Zwyczajnie nie mam czasu (kto by pomyślał, że na moją dawną rozrywkę i stały element dnia nie będę mieć czasu - to tak jakbym nie miała czasu na popołudniową herbatę... niedorzeczne).
Ostatnio tylko praca i hasztagi, uśmiechanie się przez bite 8 godzin dziennie i wręczanie ulotek. Rozmowy egzystencjalne o zakrętach typu U w Dubaju, succulc*nts i "Tweet that tw*t".*
A sukulentów w filiżankach brak, podobnie jak miejsca na parapecie.
Wiosna!
*- wybaczcie wulgaryzmy, ale takie życie.
Ostatnio tylko praca i hasztagi, uśmiechanie się przez bite 8 godzin dziennie i wręczanie ulotek. Rozmowy egzystencjalne o zakrętach typu U w Dubaju, succulc*nts i "Tweet that tw*t".*
A sukulentów w filiżankach brak, podobnie jak miejsca na parapecie.
Wiosna!
*- wybaczcie wulgaryzmy, ale takie życie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)