Od wczoraj bardzo chciałam napisać notkę i oczywiście schrzanił mi się komputer. Na szczęście mogę skorzystać z głównego zamiast mojego miniaturowego, a okazję mam ku temu wybitną, gdyż mój luby zajmuje się typowo męską czynnością jaką jest oprawianie zwierzyny.
Tak więc uzbrojona w klawiaturę popijam rumianek z miodem i zabieram się do relacji koncertu, na którym mieliśmy przyjemność być wczoraj.
Volbeat.
Słyszałam podobno na żywo na Woodstocku 2009, ale jakoś sobie średnio przypominam. W każdym razie mam kilka utworów, które lubię i już kiedyś trzymałam w ręku bilet na ich koncert w Birmingham... gdy rozchorował się wokalista. Dawne dzieje. Moje nastawienie było neutralne i jak z przyjemnością wybrałam się na koncert dla samego faktu, tak nie spodziewałam się kisielu w majtkach czy innych takich z powodu gwoździa wieczoru. A tu niespodzianka. Lubię takie niespodzianki!
Gdy dotarliśmy na miejsce - O2 Academy - zebrał się już niemały tłumek (na marginesie - dlaczego zawsze, gdy tam idziemy szczękam zębami z zimna?). Nie jest to mój pierwszy koncert w Anglii, zatem przyzwyczaiłam się już do tego, że jest inaczej niż w Polsce. Oczywiście nie jestem ekspertem jak Angol, który pewnie był na koncercie w UK po raz czterdziesty siódmy, czy coś koło tego, ale swoje zdążyłam już zauważyć. Dlatego więc przekrój wiekowy od brzdąców w wielkich słuchawkach po "tatusiów" i "mamusie" już mnie nie dziwi. Podobnie z stylem odzienia, choć wczoraj było umiarkowanie podobnie. Oczywiście wszyscy grzeczni, uśmiechnięci, uprzejmi, żadnej wiochy czy ledwo trzymających się na nogach typów. W Anglii ludzie przychodzą na koncert, aby posłuchać muzyki. Nie żeby się zabawić.
W klubie publiczność rozgrzewał support (Iced Earth, które prezentowało mieszankę Mettaliki, Pantery i Iron Maiden), a także piwo, cydr oraz hot dogi. Znaleźliśmy z Angolem dogodne miejsce, żebym cokolwiek widziała i czekaliśmy na występ gwiazdy. Staliśmy z tyłu z racji naszego spóźnienia, a nie przepychaliśmy się do przodu, bo to niegrzecznie (naprawdę, serio, wspominałam, że jest inaczej).
Gdy na scenie pojawili się panowie z Volbeat zaskoczona zostałam entuzjastyczną reakcją fanów. Nie spodziewałam się tego po powściągliwej publice. Pierwsze kawałki, wszyscy śpiewają, bawią się (czyt. rączkami wymachują i piąstki w górę wyrzucają), a ze sceny płynie w naszym kierunku ogromna, pozytywna energia.
Podobało mi się bardzo! Poziom muzyczny i nagłośnienie rewelacyjne, kontakt z publicznością na szóstkę z plusem. "Radio Girl", "Fallen", "16 Dollars" - siur i Angol kontent. Było też trochę Motorheada, Johnny'ego Cash'a i Judas Priest. W tłum poszybowały pałeczki, kostki i membrana z autografami. No i fani... Przyznaję, że był to mój pierwszy klubowy, tak żywiołowy koncert w tym kraju. Pomijając Tenacious D, ale to inna kategoria. Warto było! Dzięki Mordko :*
W rezultacie zaostrzył mi sie apetyt na koncerty. Gdy podrygiwałam do rock'n'rollowych nut na chwilę z odpłynęłam myślami do starych, koncertowych czasów. Zatęskniłam za kwaśnym ściskiem pod barierkami, obolałym karkiem, siniakami w każdym kolorze, Jelonkowymi wężykami, crowd surfingiem i before/after imprezowaniem z Kołkami, Barmy Army czy innymi wariatami. Apeluję z tego miejsca, a dokładniej z podłogi w małej dobudówce umiejscowionej w spokojnej, angielskiej wiosce, przyjedźcie do nas! Kwasożłopy! Flapjacku! Jelonku! Przyjedźcie!
Podpisano: spragnieni koncertowego szaleństwa
Siurek Ogórek i Angol (Knurek)
***
Jeszcze wcześniej, we wtorek, oglądałam poniżenie naszych piłkarzy, sącząc Guinessa w lokalnym pubie. Przypadkiem spotkałam kolegę ze starej pracy. Powiedział mi w ramach pocieszenia, że Polacy grają w czerwonych strojach, więc on z racji pochodzenia (jest Walijczykiem) odczuwa to tak, jakby przegrywali jego piłkarze i też było mu przykro. Hm, może byłoby mi przykro, gdybym spodziewała się cudów. Ale nie, ja po prostu chciałam obejrzeć sobie mecz bez zbędnego trucia o historii, wyjątkowej rocznicy i szans sprzed dekad. Plus mina barmana, gdy zapytał "Would you mind if I ask but are you're from Poland?" i otrzymał twierdzącą odpowiedź była satysfakcjonującą nagrodą ;)
Dopijam powoli rumianek i kończę notkę, a mężczyzna nadal robi to, co robić musi, by wyżywić głodnego siurka. Za oknem ciemno i zimno. Brr. Następnym razem napiszę o rzeczach, które warto zachować dla siebie, jeśli się nie chce mieć problemów z szefem ;)
czwartek, 17 października 2013
poniedziałek, 14 października 2013
O ośmionożnych przychylniej
Nadeszła jesień, tak na dobre. Zrobiło się mokro i zimno, a co za tym idzie, wszelkie żyjątka w poszukiwaniu ciepłego i suchego miejsca chętnie gramolą się do domów. Najlepiej wychodzi to pająkom z prostego powodu - dysponują większą ilością odnóży i potrafią przemieszczać się błyskawicznie szybko. Przekonał się o tym każdy, kto choć raz próbował dopaść uciekającego pająka.
Mój strach przed pająkami jest tematem niejednokrotnie przytaczanym, ale dzisiaj postanowiłam podejść do tematu bardziej racjonalnie. Zainspirowała mnie radiowa pogadanka, której z zapartym tchem słuchałam dzisiaj w pracy.
Otóż tak jakby (tak jakby - bo nie jestem pewna, nie dosłyszałam całej audycji, więc może pod koniec się coś zmieniło) obalono mit, w który usilnie chciałam wierzyć. Kasztany nie odstraszają pająków! Podobno zapach kasztanów miał naturalnie zniechęcać pająki do ugoszczenia się w domostwie, lecz niestety pająki nie posiadają węchu. Co za pech. [Uznajmy, że te kasztany na stoliku są na ozdobę.] Pomysłowa redaktora podrzuciła jednak pokrzepiającą tezę. Może pająk widząc na swej drodze kasztana, myśli "Jaki wielki pająk! Lepiej wezmę nogi za pas, bo jeszcze mnie zje!" i ucieka. Będę się tego trzymać.
Podczas tej krótkiej audycji uspokojono mnie także, że pająki nie są agresywne. Zdają sobie sprawę ze swej kruchej konstrukcji ciała i wolą unikać konfrontacji z człowiekiem. Po tylu uspokajających słowach postanowiłam, że nie będę panikować przy najbliższym starciu, do którego pewnie dojdzie. Nie ma się co oszukiwać.
Jutro terapii dzień drugi.
A poza tym to czekam na zupę kalafiorową i nie mogę się doczekać!
Mój strach przed pająkami jest tematem niejednokrotnie przytaczanym, ale dzisiaj postanowiłam podejść do tematu bardziej racjonalnie. Zainspirowała mnie radiowa pogadanka, której z zapartym tchem słuchałam dzisiaj w pracy.
Otóż tak jakby (tak jakby - bo nie jestem pewna, nie dosłyszałam całej audycji, więc może pod koniec się coś zmieniło) obalono mit, w który usilnie chciałam wierzyć. Kasztany nie odstraszają pająków! Podobno zapach kasztanów miał naturalnie zniechęcać pająki do ugoszczenia się w domostwie, lecz niestety pająki nie posiadają węchu. Co za pech. [Uznajmy, że te kasztany na stoliku są na ozdobę.] Pomysłowa redaktora podrzuciła jednak pokrzepiającą tezę. Może pająk widząc na swej drodze kasztana, myśli "Jaki wielki pająk! Lepiej wezmę nogi za pas, bo jeszcze mnie zje!" i ucieka. Będę się tego trzymać.
Podczas tej krótkiej audycji uspokojono mnie także, że pająki nie są agresywne. Zdają sobie sprawę ze swej kruchej konstrukcji ciała i wolą unikać konfrontacji z człowiekiem. Po tylu uspokajających słowach postanowiłam, że nie będę panikować przy najbliższym starciu, do którego pewnie dojdzie. Nie ma się co oszukiwać.
Jutro terapii dzień drugi.
A poza tym to czekam na zupę kalafiorową i nie mogę się doczekać!
środa, 9 października 2013
Ślubne show
Mogłabym opowiedzieć Wam o tym, jak było pięknie na National Wedding Show. Ile było stanowisk, ile ludzi, ile inspiracji. Ile ładnych panien młodych, ile brzydkich panien młodych, ile zagubionych i znudzonych panów młodych. Wiele rzeczy mogłabym napisać. Poza piosenką, która mnie od tamtego wydarzenia prześladuje, bo o niej napisać nie umiem.
Zdecydowałam jednak, że zamiast przynudzać, napiszę o tym, jak to dzień przed otwarciem tej imprezy targałam pudła wpakowane kosztownościami, woziłam na wózku drzewka i właziłam na drabinę - wszystko z rozpiętym rozporkiem w spodniach. Tak! Niech świat pozna moją bieliznę (dobrze, że ją miałam)! Primark rządzi!
Teraz sobie przypominam, że jak balansowałam na drabinie z taśmą klejącą w zębach jeden z pracowników-techników zapytał mnie o kwalifikacje. Mogłam mu pokazać... kwalifikacje.
Przy okazji, jak już o panach technikach mowa, musiałam poprawiać po nich, bo taśmę klejącą mieli żałosną.
Przez całe trzy dni polowałam na rodaków. Fail. Raz było blisko, drugi raz otarłam się o nich, ale ostatecznie nie złowiłam żadnego Polaka. Może następnym razem. Za to nauczyłam się, że gdy zbliżają się Hindusi, należy ich "złowić". Jeśli chodzi o wesela to oni mają polot. A o to przecież mi chodzi.
Dziś piękna, angielska jesień strzeliła focha. Było zimno, pochmurno, wiał silny wiatr i miotało mną po jezdni, gdy pedałowałam do domu. Nie zapowiada się, by w najbliższych dniach miało się coś poprawić. Chyba czas na rękawiczki.
Na koniec smutna wieść. Podlałam zioła wodą po gotowanych jajkach. Miała być super bogata w wapno. Okazało się, że Angol wodę posolił i to szczodrze. Nie będę tłumaczyć, co się stało [tutaj powinny zabrzmieć pierwsze nuty marszu pogrzebowego].
Chlip. Chlip. Chlip.
Na szczęście Angol postanowił dodać otuchy mojej zrozpaczonej ogrodniczej duszy i kupił nam nową roślinkę. Nie można jej zjeść, ale ładnie wygląda i ponoć nie wymaga specjalnej opieki. To się dopiero okaże :D Witamy w nowym domu, roślinko!
Zdecydowałam jednak, że zamiast przynudzać, napiszę o tym, jak to dzień przed otwarciem tej imprezy targałam pudła wpakowane kosztownościami, woziłam na wózku drzewka i właziłam na drabinę - wszystko z rozpiętym rozporkiem w spodniach. Tak! Niech świat pozna moją bieliznę (dobrze, że ją miałam)! Primark rządzi!
Teraz sobie przypominam, że jak balansowałam na drabinie z taśmą klejącą w zębach jeden z pracowników-techników zapytał mnie o kwalifikacje. Mogłam mu pokazać... kwalifikacje.
Przy okazji, jak już o panach technikach mowa, musiałam poprawiać po nich, bo taśmę klejącą mieli żałosną.
Przez całe trzy dni polowałam na rodaków. Fail. Raz było blisko, drugi raz otarłam się o nich, ale ostatecznie nie złowiłam żadnego Polaka. Może następnym razem. Za to nauczyłam się, że gdy zbliżają się Hindusi, należy ich "złowić". Jeśli chodzi o wesela to oni mają polot. A o to przecież mi chodzi.
Dziś piękna, angielska jesień strzeliła focha. Było zimno, pochmurno, wiał silny wiatr i miotało mną po jezdni, gdy pedałowałam do domu. Nie zapowiada się, by w najbliższych dniach miało się coś poprawić. Chyba czas na rękawiczki.
Na koniec smutna wieść. Podlałam zioła wodą po gotowanych jajkach. Miała być super bogata w wapno. Okazało się, że Angol wodę posolił i to szczodrze. Nie będę tłumaczyć, co się stało [tutaj powinny zabrzmieć pierwsze nuty marszu pogrzebowego].
Chlip. Chlip. Chlip.
Na szczęście Angol postanowił dodać otuchy mojej zrozpaczonej ogrodniczej duszy i kupił nam nową roślinkę. Nie można jej zjeść, ale ładnie wygląda i ponoć nie wymaga specjalnej opieki. To się dopiero okaże :D Witamy w nowym domu, roślinko!
sobota, 28 września 2013
Garść nowinek i ukryta pointa
Napełniłam dziś helem 29 balonów. Czuję się wypompowana.
Angol ostatnio zajrzał na bloga i słownie pogroził mi palcem. Postanowiłam, że coś napiszę, aby mnie nie gromił spojrzeniem chociaż w tej kwestii. Sprawa ma się tak: jest sobotni wieczór, boli mnie głowa, w zlewie tłoczą się brudne gary jeszcze z piątku, ale mi się nie chce ich zmyć. Tzn chęć może i by się znalazła, ale nie mam siły. Spałaszowałam pyszną kolację, wypiłam herbatę (truskawka-mango), zjadłam loda i trochę mi lepiej, choć siły nadal niewielkie. Myślę, że przyjemność zmywania zostawię sobie na jutro.
Bo jutro weekend! Tak, tak, tak! Dopiero teraz prawdziwie doceniam dni wolne.
A co tam u siurka? To, co zwykle. Dużo cyferek, dużo liczenia. Wyrosły mi cztery wielkie krosty na policzku i dokonałam wymiany trzech kartonów zwykłego mleka na trzy kartony mleka bezlaktozowego. Tyle matematyki. Poszerzam wiedzę z zakresu słownictwa niemal na bieżąco, przyswajam także geografię poprzez pracę w terenie. Odkryłam, że lubię chodzić do kontenera, bo pachnie w nim tak samo, jak w mojej piwnicy. Różnica polega na tym, że w mojej piwnicy zamiast różnego rodzaju świeczników, wazonów i talerzy na półkach stoją słoiki z ogórkami kiszonymi oraz sałatką siedmioskładnikową. Sałatka siedmioskładnikowa to nazwa sałatki. Przynajmniej tak utrzymuje Królowa. Odkryłam także, że uwielbiam krushem's z KFC o smaku Oreo, rozpływam się przy rożkach z Oreo, dam się pochlastać za czekoladę z kawałkami Oreo (najlepsza, słowo daję!), ale żeby kupić sobie Oreo tak po prostu to nie. Nie porywa mnie.
Jem za dużo słodyczy - może stąd te krosty? Piję dużo herbaty. Cieszę się nadchodzącą jesienią. Jest tak kolorowo... i można zacząć nosić szaliki, i swetry, i czapki...
"If you leave me now you'll take away the biggest part of me UUUUUUUU no, baby please don't go!"
Mam w głowie kilka tych samych piosenek i przewijają mi się w głowie. Nie wiem, skąd je wzięłam. Znaczy wiem, z radia, ale z jakiego powodu się mnie uczepiły, Bóg raczy wiedzieć.
Chciałabym wymyślić jakąś pointę na koniec, lecz niestety nie mam siły. Zresztą trudno jest wyciągnąć pointę. Właściwie to jeśli Czytelnik oczekuje pointy, niech sobie sam ją wymyśli. Dlaczego zawsze wszystko ja?
Angol ostatnio zajrzał na bloga i słownie pogroził mi palcem. Postanowiłam, że coś napiszę, aby mnie nie gromił spojrzeniem chociaż w tej kwestii. Sprawa ma się tak: jest sobotni wieczór, boli mnie głowa, w zlewie tłoczą się brudne gary jeszcze z piątku, ale mi się nie chce ich zmyć. Tzn chęć może i by się znalazła, ale nie mam siły. Spałaszowałam pyszną kolację, wypiłam herbatę (truskawka-mango), zjadłam loda i trochę mi lepiej, choć siły nadal niewielkie. Myślę, że przyjemność zmywania zostawię sobie na jutro.
Bo jutro weekend! Tak, tak, tak! Dopiero teraz prawdziwie doceniam dni wolne.
A co tam u siurka? To, co zwykle. Dużo cyferek, dużo liczenia. Wyrosły mi cztery wielkie krosty na policzku i dokonałam wymiany trzech kartonów zwykłego mleka na trzy kartony mleka bezlaktozowego. Tyle matematyki. Poszerzam wiedzę z zakresu słownictwa niemal na bieżąco, przyswajam także geografię poprzez pracę w terenie. Odkryłam, że lubię chodzić do kontenera, bo pachnie w nim tak samo, jak w mojej piwnicy. Różnica polega na tym, że w mojej piwnicy zamiast różnego rodzaju świeczników, wazonów i talerzy na półkach stoją słoiki z ogórkami kiszonymi oraz sałatką siedmioskładnikową. Sałatka siedmioskładnikowa to nazwa sałatki. Przynajmniej tak utrzymuje Królowa. Odkryłam także, że uwielbiam krushem's z KFC o smaku Oreo, rozpływam się przy rożkach z Oreo, dam się pochlastać za czekoladę z kawałkami Oreo (najlepsza, słowo daję!), ale żeby kupić sobie Oreo tak po prostu to nie. Nie porywa mnie.
Jem za dużo słodyczy - może stąd te krosty? Piję dużo herbaty. Cieszę się nadchodzącą jesienią. Jest tak kolorowo... i można zacząć nosić szaliki, i swetry, i czapki...
"If you leave me now you'll take away the biggest part of me UUUUUUUU no, baby please don't go!"
Mam w głowie kilka tych samych piosenek i przewijają mi się w głowie. Nie wiem, skąd je wzięłam. Znaczy wiem, z radia, ale z jakiego powodu się mnie uczepiły, Bóg raczy wiedzieć.
Chciałabym wymyślić jakąś pointę na koniec, lecz niestety nie mam siły. Zresztą trudno jest wyciągnąć pointę. Właściwie to jeśli Czytelnik oczekuje pointy, niech sobie sam ją wymyśli. Dlaczego zawsze wszystko ja?
niedziela, 22 września 2013
Żart dla filologa
Z życia wzięty.
A: Jak przyszedłaś to paliła się świeczka?
S: Przyszłam...
A: Jak przyszłaś to się paliła?
S: Nie.
A: Zdmuchłaś?
Tak.
A: Jak przyszedłaś to paliła się świeczka?
S: Przyszłam...
A: Jak przyszłaś to się paliła?
S: Nie.
A: Zdmuchłaś?
Tak.
poniedziałek, 16 września 2013
Coolturalny weekend
Człowiek ma sprawną umywalkę w łazience i od razu o facjatę dba się łatwiej. Czuję się jak w jakimś tanim spa, twarzyczkę mam gładziutką jak pupcia niemowlęcia. I pomyśleć, że to dzięki bieżącej wodzie z drożnym odpływem... Detale zmieniają świat.
Minął bardzo intensywny weekend. Poprzedni również był intensywny - wyprawy pod Birmingham i objadanie się ciastem z brzoskwiniami prosto z podłogi w służbowym vanie... Jednakże ten weekend był inny. Wspólny, towarzyski i krajoznawczy. Rozpoczął się wystawą lokalnego artysty. Jego obrazy o mozaikowym charakterze swą feerią barw siłą rzeczy kojarzyły się z Woodstockiem. Wypiłam elegancko wino z plastikowego kubeczka, wymieniłam z Angolem interpretacje malowideł - trzeba wtrącić, że wychodziło nam to nader dobrze - pochichotałam z szefowymi i wspierałam swą obecnością naszą drogą Jean. Po otwarciu wystawy zahaczyliśmy z Angolem do pubu i ze smakiem wychyliliśmy prawdziwego, brytyjskiego cydra. Przepyszny!
Natomiast dnia następnego wybraliśmy się na od dawien dawna ustawianą wycieczkę do Walii. W planach były jaskinie i tam też się udaliśmy. Dwa lata temu również tam się wybraliśmy i porównując te dwa wypady, tym razem było krócej, mniej ekscytująco i nie na kacu. Gdy plan został wykonany w 100% zdecydowaliśmy się na przedłużenie trasy. Słońce przyjemnie przezierało przez chmury, zatem można było zaryzykować stwierdzeniem, że jest ładna pogoda. Jak ładna pogoda to należy korzystać, zwłaszcza w tym kraju, dlatego też pojechaliśmy nad morze! Cel - zbieranie muszelek na plaży w Swansea. Tym razem byłam wybredna i nie pakowałam do kieszeni wszystkiego, co popadnie. Po wielce przyjemnym spacerowaniu po plaży pełni morskiego powietrza w płucach, muszli w garściach i piasku w... wszędzie, mogliśmy wracać do domu. Gdyż w domu czekała na nas rozmowa z reprezentacją Kołków - Sąsiadką, Izajaszem i jego różnymi częściami ciała tudzież peruką wikinga, połową Szczura i szczurzą skarpetką oraz na wpół śpiącym Kubą Kubeczkiem. Lekcje, jakie powinniśmy wszyscy wyciągnąć z owego skajpowania, są następujące: słychać o wiele wyraźniej, kiedy się mówi do stopy i nie wolno mówić Sąsiadce, że jest stara, bo się rozłącza.
--- Przy okazji WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO dla Najlepszej Na Świecie Sąsiadki :) ---
Walia jest piękna. Lubię Walię. Mogłabym mieszkać w Walii. Blisko do gór i do morza. Idealnie. Tylko do pracy miałabym daleko, to na razie się nie przeprowadzam.
Dziś natomiast już bez szałów, bez ochów, zwyczajna, nieco zabiegana i pracowita niedziela w pracy. Doznałam szoku. Napełniłam helem 12 balonów i tylko 1 szczęśliwie powędrował do nowego domu. Reszta została odrzucona. Co zrobiłam źle, pytam? W czym były gorsze? Że bez rodowodu i z czerwoną wstążką to już oznacza, że fe, że nie zasługują na odrobinę miłości? Smutno.
Dobrze, że znalazły się rodziny zastępcze [patrzy na niebieski balonik czający się pod sufitem].
PS. Aha, do mojego subiektywnego top 7 dodaję kolorowe drzwi! Ważny element, nie wiem, jak śmiałam zapomnieć.
Minął bardzo intensywny weekend. Poprzedni również był intensywny - wyprawy pod Birmingham i objadanie się ciastem z brzoskwiniami prosto z podłogi w służbowym vanie... Jednakże ten weekend był inny. Wspólny, towarzyski i krajoznawczy. Rozpoczął się wystawą lokalnego artysty. Jego obrazy o mozaikowym charakterze swą feerią barw siłą rzeczy kojarzyły się z Woodstockiem. Wypiłam elegancko wino z plastikowego kubeczka, wymieniłam z Angolem interpretacje malowideł - trzeba wtrącić, że wychodziło nam to nader dobrze - pochichotałam z szefowymi i wspierałam swą obecnością naszą drogą Jean. Po otwarciu wystawy zahaczyliśmy z Angolem do pubu i ze smakiem wychyliliśmy prawdziwego, brytyjskiego cydra. Przepyszny!
Natomiast dnia następnego wybraliśmy się na od dawien dawna ustawianą wycieczkę do Walii. W planach były jaskinie i tam też się udaliśmy. Dwa lata temu również tam się wybraliśmy i porównując te dwa wypady, tym razem było krócej, mniej ekscytująco i nie na kacu. Gdy plan został wykonany w 100% zdecydowaliśmy się na przedłużenie trasy. Słońce przyjemnie przezierało przez chmury, zatem można było zaryzykować stwierdzeniem, że jest ładna pogoda. Jak ładna pogoda to należy korzystać, zwłaszcza w tym kraju, dlatego też pojechaliśmy nad morze! Cel - zbieranie muszelek na plaży w Swansea. Tym razem byłam wybredna i nie pakowałam do kieszeni wszystkiego, co popadnie. Po wielce przyjemnym spacerowaniu po plaży pełni morskiego powietrza w płucach, muszli w garściach i piasku w... wszędzie, mogliśmy wracać do domu. Gdyż w domu czekała na nas rozmowa z reprezentacją Kołków - Sąsiadką, Izajaszem i jego różnymi częściami ciała tudzież peruką wikinga, połową Szczura i szczurzą skarpetką oraz na wpół śpiącym Kubą Kubeczkiem. Lekcje, jakie powinniśmy wszyscy wyciągnąć z owego skajpowania, są następujące: słychać o wiele wyraźniej, kiedy się mówi do stopy i nie wolno mówić Sąsiadce, że jest stara, bo się rozłącza.
--- Przy okazji WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO dla Najlepszej Na Świecie Sąsiadki :) ---
Walia jest piękna. Lubię Walię. Mogłabym mieszkać w Walii. Blisko do gór i do morza. Idealnie. Tylko do pracy miałabym daleko, to na razie się nie przeprowadzam.
Dziś natomiast już bez szałów, bez ochów, zwyczajna, nieco zabiegana i pracowita niedziela w pracy. Doznałam szoku. Napełniłam helem 12 balonów i tylko 1 szczęśliwie powędrował do nowego domu. Reszta została odrzucona. Co zrobiłam źle, pytam? W czym były gorsze? Że bez rodowodu i z czerwoną wstążką to już oznacza, że fe, że nie zasługują na odrobinę miłości? Smutno.
Dobrze, że znalazły się rodziny zastępcze [patrzy na niebieski balonik czający się pod sufitem].
PS. Aha, do mojego subiektywnego top 7 dodaję kolorowe drzwi! Ważny element, nie wiem, jak śmiałam zapomnieć.
wtorek, 10 września 2013
Przedjesienne myśli
Czy ktoś zna smak "ciepły"? Gorący Kubek próbuje mnie przekonać, że właśnie taki posiada. Jestem albo fatalna w rozpoznawaniu smaków (możliwe) albo Gorący Kubek nabija mnie w butelkę.
Chyba idzie jesień. Wieje okrutnie, szczególnie, gdy wracam do domu z pracy. Ciężko mi się pedałuje pod górkę, gdy powiewy wiatru rozchełstają mi poły mojej seksownej kamizelki odblaskowej. Health & Safety, proszę państwa. Na wzgórzach wrzosy kwitną jak oszalałe, a słońce już nie grzeje tak mocno.
Idzie jesień, idzie szkoła, idą koncerty. Angol przeprosił się z grami. ("Właśnie zabiłem czerwia i nawet niezły był. Takie fajne buty ze skóry czerwia miałem...") Ja powinnam przeprosić się z blogiem. Zobaczymy, jak będzie.
Szukam inspiracji przechowywania gratów w domu. Wszelkie propozycje mile widziane. Gdy już będę bogata to zamieszkam w pięknym domu z wykuszami i czarującym ogrodem, pełnym ziół i pachnących kwiatów oraz krzewów, będę mieć osobny pokoik na garderobę i szafkę na buty. Jednakże na razie jestem jeszcze na poziomie początkowym i cieszę się tym, co mam. Nowymi półeczkami (mój bohater <3) i bukiecikiem wrzosów na parapecie tuż obok tymianku i bazylii.
Miłej środy, papużki!
Subskrybuj:
Posty (Atom)