Jakie to dziwne uczucie, kiedy weekend ma się w poniedziałek. A ludzie nienawidzą tego dnia... Co za niesłuszne i krzywdzące podejście do sprawy.
Niewiele nowego się ostatnio wydarzyło i jednocześnie każdego dnia zdarzają się jakieś nowości. W zależności od doboru materiału, którym miałabym się podzielić, dochodzę do sprzecznych wniosków. Jednocześnie nie mogę się zdecydować, o czym mam napisać. O jednym i drugim? Ale czy jest sens w zaprzeczaniu samej sobie? Bo z jednej strony każdego dnia uczę się czegoś nowego, choćby jakiegoś słówka, zwrotu albo zachowania, odnajduję nowe możliwości i odkrywam wiele tajemnic. I z drugiej strony nic nowego się nie dzieje - ciągle żyję pod jednym dachem z moim wyrozumiałym i najzabawniejszym na świecie facetem, który chce mnie zaatakować mieczem dwuręcznym i bije mnie szpatułką, aby z chwilę ściskać i głaskać po czuprynie. Dzisiaj zapomnieliśmy nawet o co zaczęliśmy się sprzeczać. Na szczęście po krótkiej analizie, po nitce do kłębka doszliśmy "o co tak właściwie nam poszło" wspomniałam sobie, że Angol nie chce zrobić mi na urodziny lasagne!
Szczęśliwie wszystko się układa dobrze i wieńczy happy endem. Mam prawdziwe szczęście u boku. Co z tego, że to szczęście ma dar do bałaganienia, skoro gotuje tak pysznie. Nawet lasagne znowu wróciła do urodzinowego menu :)
Dlatego u mnie nic nowego, a zarazem same nowości.
Jestem mniej więcej w połowie nowego szalika na zimę. Zerkam z niepokojem na granatową wełnę, której ubywa znacznie szybciej aniżeli się tego spodziewałam. Mam nadzieję, że będę się nim mogła owinąć chociaż raz, bo co to z szalik, którym nie można się owijać?
PS. Tęsknię za piesiuńciem...
poniedziałek, 12 listopada 2012
środa, 7 listopada 2012
Trzy historie
Nie obłowiłam się słodyczami. Za to miałam ogromną frajdę patrząc na bawiące się dzieci oraz zerkając na swoje odbicie w lustrze czy mój cień kładący się na ulicy. Halloween było udane.
I było dawno temu, a w międzyczasie wydarzyła się masa innych rzeczy, o których chciałam napisać, ale ostatecznie zabrakło mi chęci. Na przykład nie przyznałam się do rozbicia kubka. Mojego ulubionego, bo pierwszego, z którego piłam tu poranną herbatę. Brakuje go w naszej szafce, a wszystko dlatego, że byłam nadopiekuńcza.
Teraz następuje wyjaśnienie. Otóż pewnej niedzieli, która dopiero co się zaczęła, a my już byliśmy na nogach, zabrałam ów kubeczek w podróż. Jechaliśmy na lotnisko, a że miałam ogromną ochotę na kawę w dużej ilości, zabrałam kochany, brązowy kubeczek. Podczas podróży o nim zapomniałam. Byliśmy spóźnieni, gdyż pasażerka, którą odwoziliśmy na samolot, zwyczajnie sobie zaspała. Gdy dotarliśmy na miejsce, chcieliśmy zaoszczędzić czas, więc tyko wyrzuciliśmy pasażerkę i jej chłopaka tuż przed wejściem na lotnisko. Pech chciał, że odwróciłam głowę, aby sprawdzić, czy niczego nie zapomniała w samochodzie. Pech zadecydował, że zostawiła, a był na tyle złośliwy, że zostawiła to umyślnie. Ja o tym nie wiedziałam i będąc nadopiekuńczą, otworzyłam szybko drzwi, żeby zawołać oddalających się znajomych i zamachać im przed oczami zostawioną odzieżą. W tym momencie pękło mi serce. Roztrzaskało się na asfalcie. Bowiem kubeczek leżał spokojnie w schowku na drzwiach, a gdy je otworzyłam stracił stabilizację...
Gdy myślę o tych skorupach, które musiałam nieść w poszukiwaniu kosza na śmieci, czuję ogromny smutek. I żałuję, że nie kupiłam wcześniej termicznego kubka. A mogłam! Najwyżej by się potłukł! (Dalej go nie kupiłam.)
Działo się też booms day! W weekend przed 5 listopada wybraliśmy się z Angolem na wielkie ognisko i pokaz sztucznych ogni. Nie chciało się nam płacić za wstęp, więc zeszliśmy na miejsce nielegalnym przejściem. Właściwie, gdyby nie Angol to wróciłabym się i zapłaciła dużo za dużo, bo bałam się zejść ze stromego zbocza usłanego mokrymi liśćmi i błotem... Na szczęście miałam Angola, który mnie zmuszał i łapał, gdy zjeżdżałam. Teraz jestem mu wdzięczna, ale gdy kurczowo trzymałam się gałęzi ślizgając się na liściach, serdecznie go nienawidziłam. Ognisko zaiste było duże, cieplutkie i piękne, a fajerwerki akceptowalne, bo przynajmniej długie. I było kilka tych, które lubię. atmosfera była ciepła i poczułam nawet sympatię do Guy'a Fawkesa, bo gdyby nie on to prawdopodobnie nie świętowalibyśmy tego dnia.
Poza tym mam swoje powody, by lubić 5 listopada :)
Przytoczę jeszcze jedną historię, która miała miejsce całkiem niedawno, a mianowicie wczoraj. Aby trochę wszystko zdramatyzować, ujmę to w pewną opowieść.
Opowieść o trzech Polaczkach... i damie
Pewnego wieczoru trzech Polaczków i jedna dama wybrało się na zakupy. Zakupy te nie były zwyczajnymi zakupami, lecz takimi, które robi się raz na jakiś czas i najlepiej, jeśli kupującymi są znający się na rzeczy, w tym przypadku mężczyźni. Otóż chodziło o kupno samochodu. Sprawa nie byle jaka. Dlatego uczestniczyło w niej aż trzech Polaczków - jeden kierowca, drugi ekspert, trzeci kupiec. Dama była dla towarzystwa, to oczywiste. Gdy nasi bohaterowie dotarli pod wskazany adres i dokonali obserwacji wstępnych, ekspert i kupiec postanowili przetestować samochód na drodze. Okazało się, że okej, że ołrajt, YES. Formalności potrwały chwilkę i wreszcie można było odjechać dwoma samochodami do domu. Kupiec i ekspert wsiedli do nowego nabytku, natomiast kierowca i dama wrócili do swojego samochodu. Odpalono silniki. Jeden pojechał, ale niedaleko, gdyż drugi tylko zakrztusił się i padł. Okazało się, że zabrakło paliwa. Kierowca spodziewał się, że to może nastąpić, lecz nie wiedział, że tak szybko. Na szczęście (!) w nowym nabytku paliwa było wystarczająco dużo, aby powieźć roześmianą damę i kierowcę na stację benzynową. Dreszczyk emocji przy ponownym odpalaniu zdechlaka był nie do opisania, a zadowolenie kierowcy, gdy misja się powiodła było jeszcze większe, niż wcześniejsze rozbawienie damy.
Cała sytuacja była tak komiczna, że tylko można zgadywać, o czym pomyślał poprzedni właściciel nowego nabytku oraz zdezorientowana kasjerka na stacji benzynowej, obsługująca trzy razy tego samego w przeciągu kwadransa. A bycie damą kończy się w momencie żarłocznego pochłonięcia burgera z Maca. No cóż... nawet damy bywają głodne.
:)
wtorek, 30 października 2012
Krótkie podsumowanie
Skoro przebywam na obcej ziemi nieustannie od 79 dni (policzyłam dokładnie) pokusiłam się o odrobinę refleksji. Oczywiście, moje wypady do Anglii zaczęły się dwa lata temu, ale wówczas zwracałam uwagę na inne rzeczy, niż obecnie. Teraz, gdy zaczęłam tutaj żyć niemal w pełnym wymiarze, Anglia stała się inna, mniej egzotyczna. Bliższa.
Dwa lata temu widząc po raz pierwszy na własne oczy angielskie realia czułam się jak w filmie albo jak w bajce. Zachwycałam się co drugim domem i wciąż nie mogłam wyjść z podziwu, że ktoś tak zmyślnie pomieścił wszystko na małym kawałeczku ziemi. Każda wycieczka do sklepu była ekscytującą wycieczką, nawet jeśli szliśmy po chleb i pomidory. Wszystko mnie zadziwiało, interesowało i zaskakiwało na każdym kroku. Nie wspominając o ruchu lewostronnym, który momentami przyprawiał mnie o ścisk żołądka. Pamiętam, że gdy wracałam do Polski w ubraniach i bagażu utrzymywał się specyficzny zapach, który ochrzciłam zapachem Anglii.
Dzisiaj już go nie czuję. Przyzwyczaiłam się do niego, tak samo jak do ruchu lewostronnego (choć przechodzenie przez ulicę wciąż jest problematyczne) czy do ceglanych domów wszędzie. Już nie każdy budynek wprowadza mnie w stan rozczulenia, teraz mam bardziej selektywne podejście. Ale wciąż mi się podobają. Bardzo! Wizyty w sklepie oswoiłam i łapię się na tym, że rozumiem co do mnie mówią inni ludzie! Dla mnie to duże osiągnięcie, bo jeszcze nie tak dawno moją reakcją na odzywki innych było gorączkowe szukanie wzrokiem Angola, aby mi przetłumaczył, co ode mnie chcą ci niezrozumiale bełkoczący tubylcy.
Podoba mi się w tym kraju kilka rzeczy. Przede wszystkim legendarna, ale niekłamana uprzejmość Anglików. Oni naprawdę co chwilę przepraszają, proszą, dziękują, uśmiechają się do siebie, nawet jeśli się nie znają. Ktoś mógłby zarzucić, że to sztuczne. Też miałam przez jakiś czas takie wrażenie. Ale w końcu doszłam do wniosku, że skoro Anglik nie posiada wielkich zmartwień, nie musi liczyć każdego funta, żeby mu starczyło do końca miesiąca, nie przejmuje się, nie przepracowuje i ceni swoją prywatność, to nie ma powodów, aby nie dzielić się swoim zadowoleniem i beztroską z innymi. Tutaj optymizm jest na porządku dziennym, chyba że chodzi o poprawę pogody. Są więc mili w relacjach międzyludzkich, co znacznie ułatwia koegzystencję. Poza tym jedno pozdrowienie lub miłe słowo od nieznajomego naprawdę potrafi rozświetlić nawet bardzo pochmurny dzień.
Cenię także multikulturowość społeczeństwa. W jednej małej wsi mogę porozmawiać z Anglikami, Walijczykami, Pakistańczykami, Czechami, Węgrami... A ile się można od każdego nauczyć! I nie mówię wcale o wulgarnych słowach, chociaż... to też :P
Lubię kolejki. Może to brzmi dziwacznie, ale naprawdę lubię tu kolejki, bo wyglądają tak, jak kolejka wyglądać powinna. Jeden za drugim, grzecznie, bez wpychania się i z zachowaniem odpowiedniego dystansu. Nie ma nic gorszego niż napierający tłum (i staruszki popychające swoimi pomarszczonymi dłońmi akurat na wysokości pośladków, brrr). A tutaj kolejka jest do kasy, do autobusu, to pociągu, do wejścia na koncert do klubu, do baru szybkiej obsługi itd, itd, można wymieniać i zachwycać się nad pojedynczością i uporządkowaniem tej kolejki. Piękne, po prostu.
Lubię karmelowe wafelki Tunnock's, ale o tym już wspominałam ostatnio. Szkocja zapunktowała.
Lubię ciderki. Te tradycyjne, jak i te z dodatkami innych owoców. Bardzo je lubię, choć są kacogenne i szybko się nimi upijam. Ostatnio pół strong bow'a ululało mnie do snu...
Dużo rzeczy lubię, naprawdę. Chyba można je podsumować ogólnym stwierdzeniem, iż tutaj można łatwiej spełniać swoje marzenia.
A co mi się nie podoba...? Cóż, lepiej pisać o pozytywach niż o wadach. Jedno jest pewne, mogłoby być bliżej do moich znajomych i rodziny. Wtedy byłoby idealne ^^
Podobno po trzech miesiącach pobytu w jakimś obcym miejscu nadchodzi załamanie i wszystko, co do tej pory się podobało przestaje być atrakcyjne. Jeśli to prawda to kryzys przede mną. Chociaż w to akurat wątpię. Już mam tyle załamek za sobą, że teraz może być tylko lepiej :)
Jutro Halloween. Kostium przygotowany - do pracy potrzebny, ale w rzeczywistości mam wielką frajdę, że będę mogła się przebrać i paradować w stroju wiedźmy ^^ Wieczorem trick or treats - uhum, zapowiada się dzień pełen wrażeń.
Dam znać, czy obłowiłam się słodyczami :D
Dwa lata temu widząc po raz pierwszy na własne oczy angielskie realia czułam się jak w filmie albo jak w bajce. Zachwycałam się co drugim domem i wciąż nie mogłam wyjść z podziwu, że ktoś tak zmyślnie pomieścił wszystko na małym kawałeczku ziemi. Każda wycieczka do sklepu była ekscytującą wycieczką, nawet jeśli szliśmy po chleb i pomidory. Wszystko mnie zadziwiało, interesowało i zaskakiwało na każdym kroku. Nie wspominając o ruchu lewostronnym, który momentami przyprawiał mnie o ścisk żołądka. Pamiętam, że gdy wracałam do Polski w ubraniach i bagażu utrzymywał się specyficzny zapach, który ochrzciłam zapachem Anglii.
Dzisiaj już go nie czuję. Przyzwyczaiłam się do niego, tak samo jak do ruchu lewostronnego (choć przechodzenie przez ulicę wciąż jest problematyczne) czy do ceglanych domów wszędzie. Już nie każdy budynek wprowadza mnie w stan rozczulenia, teraz mam bardziej selektywne podejście. Ale wciąż mi się podobają. Bardzo! Wizyty w sklepie oswoiłam i łapię się na tym, że rozumiem co do mnie mówią inni ludzie! Dla mnie to duże osiągnięcie, bo jeszcze nie tak dawno moją reakcją na odzywki innych było gorączkowe szukanie wzrokiem Angola, aby mi przetłumaczył, co ode mnie chcą ci niezrozumiale bełkoczący tubylcy.
Podoba mi się w tym kraju kilka rzeczy. Przede wszystkim legendarna, ale niekłamana uprzejmość Anglików. Oni naprawdę co chwilę przepraszają, proszą, dziękują, uśmiechają się do siebie, nawet jeśli się nie znają. Ktoś mógłby zarzucić, że to sztuczne. Też miałam przez jakiś czas takie wrażenie. Ale w końcu doszłam do wniosku, że skoro Anglik nie posiada wielkich zmartwień, nie musi liczyć każdego funta, żeby mu starczyło do końca miesiąca, nie przejmuje się, nie przepracowuje i ceni swoją prywatność, to nie ma powodów, aby nie dzielić się swoim zadowoleniem i beztroską z innymi. Tutaj optymizm jest na porządku dziennym, chyba że chodzi o poprawę pogody. Są więc mili w relacjach międzyludzkich, co znacznie ułatwia koegzystencję. Poza tym jedno pozdrowienie lub miłe słowo od nieznajomego naprawdę potrafi rozświetlić nawet bardzo pochmurny dzień.
Cenię także multikulturowość społeczeństwa. W jednej małej wsi mogę porozmawiać z Anglikami, Walijczykami, Pakistańczykami, Czechami, Węgrami... A ile się można od każdego nauczyć! I nie mówię wcale o wulgarnych słowach, chociaż... to też :P
Lubię kolejki. Może to brzmi dziwacznie, ale naprawdę lubię tu kolejki, bo wyglądają tak, jak kolejka wyglądać powinna. Jeden za drugim, grzecznie, bez wpychania się i z zachowaniem odpowiedniego dystansu. Nie ma nic gorszego niż napierający tłum (i staruszki popychające swoimi pomarszczonymi dłońmi akurat na wysokości pośladków, brrr). A tutaj kolejka jest do kasy, do autobusu, to pociągu, do wejścia na koncert do klubu, do baru szybkiej obsługi itd, itd, można wymieniać i zachwycać się nad pojedynczością i uporządkowaniem tej kolejki. Piękne, po prostu.
Lubię karmelowe wafelki Tunnock's, ale o tym już wspominałam ostatnio. Szkocja zapunktowała.
Lubię ciderki. Te tradycyjne, jak i te z dodatkami innych owoców. Bardzo je lubię, choć są kacogenne i szybko się nimi upijam. Ostatnio pół strong bow'a ululało mnie do snu...
Dużo rzeczy lubię, naprawdę. Chyba można je podsumować ogólnym stwierdzeniem, iż tutaj można łatwiej spełniać swoje marzenia.
A co mi się nie podoba...? Cóż, lepiej pisać o pozytywach niż o wadach. Jedno jest pewne, mogłoby być bliżej do moich znajomych i rodziny. Wtedy byłoby idealne ^^
Podobno po trzech miesiącach pobytu w jakimś obcym miejscu nadchodzi załamanie i wszystko, co do tej pory się podobało przestaje być atrakcyjne. Jeśli to prawda to kryzys przede mną. Chociaż w to akurat wątpię. Już mam tyle załamek za sobą, że teraz może być tylko lepiej :)
Jutro Halloween. Kostium przygotowany - do pracy potrzebny, ale w rzeczywistości mam wielką frajdę, że będę mogła się przebrać i paradować w stroju wiedźmy ^^ Wieczorem trick or treats - uhum, zapowiada się dzień pełen wrażeń.
Dam znać, czy obłowiłam się słodyczami :D
Etykiety:
euforia,
halloween,
moi,
nomnomnom,
optymistycznie,
reflUksje,
samo życie,
tęsknoty,
UK OK
sobota, 27 października 2012
Czarownica
Kapelusz - jest. Sukienka - jest. Peruka - jest. Wiedźmowaty charakter - aktywacja od zaraz. Jestem gotowa na Halloween. Tym razem będę je obchodzić na serio, tzn cukierki albo psikus. Dobrze, że znam się z Maksiem, inaczej byłoby mi niezręcznie :) Gdybym miała co zrobić z dynią to może i wycięłabym jakiś halloweenowy lampion, ale nie umiem niczego upichcić. Poza tym z doświadczenia wiem, że dynie gniją a mi przykro, że muszę je wyrzucać.
Much już nie ma. Poszły w cholerę. Czasem pomagał im w tym klapek lub gąbka.
Moi zwiadowcy donieśli mi, że w ojczyźnie już gdzieniegdzie padał śnieg. Jak cudownie! Uwielbiam śnieg. Tymczasem ja podziwiam dalej jesienne barwy na drzewach i czekam aż spadną kasztany. Nie wiem, czy się doczekam. Kasztany są dla mnie ważne, bo słyszałam pogłoski, iż pająki nie lubią kasztanów... sasasa.
Tunnock's Caramel Wafers the best in the world!
środa, 24 października 2012
Wszystkie mufy mają swoje pufy
Ostatnio mam wiele oryginalnych pomyślunków, nie zawsze wartych odnotowania, choć w pierwszej chwili uważam, że są genialne. Na szczęście z powodu pospolitego lenistwa nie biegnę na łeb na szyję i nie dzielę się nimi ze społeczeństwem, lecz rozważnie czekam, aż minie mija euforia i entuzjazm spowodowany wtórnym przemyśleniem całej idei. Jednakże pewien pomysł wydaje mi się na tyle istotny, iż powinnam go upublicznić.
Bo tak się zastanawiałam... Gdyby jakaś rodzinka w jednym domu nagle zachorowała na biegunkę to wyrażenie "gra o tron" nabrałoby całkiem nowego znaczenia...
W moim sielskim, anielskim życiu (rechot) pojawiły się muchy. Dużo much. Dużo za dużo much. I to nie jest żadna przenośnia tylko najprawdziwsza prawda. Cóż, pozbyliśmy się pająków [sic!] to mamy muchy. Wczoraj ich ilość sięgnęła apogeum i byłam zdolna uwierzyć, że pod sufitem latają muchy zombie. Nie da się ich wytępić, bo litości, ile razy można zamachiwać się śmiercionośnym kapciem? Co najgorsze, skubane potrafią pływać, nawet domestos im nie zagraża! Nasza Zosia się objadła na tyle, że w pewnym momencie bałam się, iż zabraknie jej pułapek - toć to jeszcze mała dziewczynka. Nauczyła się sama polować i jestem z niej dumna. Gdyby Zosia była wyposażona w brzuszek to na pewno by ją rozbolał z przejedzenia, zatem dobrze, że nie ma brzuszka. A jeszcze niedawno karmiliśmy ją pęsetą i była taka maniunia. Och! (westchnienie)
(Przypomina mi się, że gdy Gosia była naszym gościem, zapytała wskazując na klapę od strychu "co tam trzymamy". Zażartowałam wtedy, że zwłoki. Tak się niefortunnie złożyło, że od czasu plagi much sama zaczęłam w to wierzyć :P)
***
... a te pufy mają swoje ciufy - czy na odwrót, nie pamiętam jak to leciało.
Bo tak się zastanawiałam... Gdyby jakaś rodzinka w jednym domu nagle zachorowała na biegunkę to wyrażenie "gra o tron" nabrałoby całkiem nowego znaczenia...
W moim sielskim, anielskim życiu (rechot) pojawiły się muchy. Dużo much. Dużo za dużo much. I to nie jest żadna przenośnia tylko najprawdziwsza prawda. Cóż, pozbyliśmy się pająków [sic!] to mamy muchy. Wczoraj ich ilość sięgnęła apogeum i byłam zdolna uwierzyć, że pod sufitem latają muchy zombie. Nie da się ich wytępić, bo litości, ile razy można zamachiwać się śmiercionośnym kapciem? Co najgorsze, skubane potrafią pływać, nawet domestos im nie zagraża! Nasza Zosia się objadła na tyle, że w pewnym momencie bałam się, iż zabraknie jej pułapek - toć to jeszcze mała dziewczynka. Nauczyła się sama polować i jestem z niej dumna. Gdyby Zosia była wyposażona w brzuszek to na pewno by ją rozbolał z przejedzenia, zatem dobrze, że nie ma brzuszka. A jeszcze niedawno karmiliśmy ją pęsetą i była taka maniunia. Och! (westchnienie)
(Przypomina mi się, że gdy Gosia była naszym gościem, zapytała wskazując na klapę od strychu "co tam trzymamy". Zażartowałam wtedy, że zwłoki. Tak się niefortunnie złożyło, że od czasu plagi much sama zaczęłam w to wierzyć :P)
***
... a te pufy mają swoje ciufy - czy na odwrót, nie pamiętam jak to leciało.
niedziela, 21 października 2012
Finanse i rachunkowość
Rozmowy o budżecie domowym są zawsze skomplikowane. Zwłaszcza gdy mowa o dużych wydatkach związanych z dentystą...
A: To ile musisz odłożyć?
S: No nie wiem... Tak z tysiaka.
A: Tysiąc funtów?
S: Złotych! (ciszej) Pfff... tysiąc funtów...
A: To nie jest tak dużo.
S: Tysiąc funtów?!?!
A: Złotych.
***
Czy otwarte usta pomagają w skupieniu? Bo że wystawiony język poprawia precyzję to wiadomo, ale z otwartą paszczą to nie przetestowałam, aczkolwiek zauważam pewną zależność. Co na to ankietowani?
A: To ile musisz odłożyć?
S: No nie wiem... Tak z tysiaka.
A: Tysiąc funtów?
S: Złotych! (ciszej) Pfff... tysiąc funtów...
A: To nie jest tak dużo.
S: Tysiąc funtów?!?!
A: Złotych.
***
Czy otwarte usta pomagają w skupieniu? Bo że wystawiony język poprawia precyzję to wiadomo, ale z otwartą paszczą to nie przetestowałam, aczkolwiek zauważam pewną zależność. Co na to ankietowani?
sobota, 20 października 2012
Niecodzienny zapał
Jeżeli siur sprząta z własnej, nieprzymuszonej woli, może to być spowodowane kilkoma czynnikami:
a) jest chora,
b) znalazła puste słoiki, które można z pomysłem wykorzystać,
c) zobaczyła jeden odcinek "Perfekcyjnej pani domu" i przestraszyła się, że ktoś w białych rękawiczkach zechce macać najbardziej niedostępne miejsca w mieszkaniu,
d) trwa sesja egzaminacyjna.
Punkt d) jest już przestarzały, ale zawsze działał. Na chwilę obecną wszystkie inne podpunkty są prawdziwe. I poza tym... soczewica oraz różne rodzaje kasz wyglądają tak ładnie w tych słoiczkach ^^
a) jest chora,
b) znalazła puste słoiki, które można z pomysłem wykorzystać,
c) zobaczyła jeden odcinek "Perfekcyjnej pani domu" i przestraszyła się, że ktoś w białych rękawiczkach zechce macać najbardziej niedostępne miejsca w mieszkaniu,
d) trwa sesja egzaminacyjna.
Punkt d) jest już przestarzały, ale zawsze działał. Na chwilę obecną wszystkie inne podpunkty są prawdziwe. I poza tym... soczewica oraz różne rodzaje kasz wyglądają tak ładnie w tych słoiczkach ^^
Subskrybuj:
Posty (Atom)