Przydałyby się werble, bo oto jest - nowy post. Po wielu dniach sprawdzania, odświeżania i nękania autorki pytaniami, kiedy coś nowego napisze, w archiwum pod nazwą Wrzesień pojawi się cyfra 1 w nawiasie. Co za podniosła i uroczysta chwila!
Nawet nie będę próbować streścić tego, co działo się przez ten czas, bo to z góry przesądzone, że nie dam rady. Na swoje usprawiedliwienie wtrącę tylko, że nie podoba mi się, gdy mój własny, malutki laptopik się psuje, ponieważ pisanie postów mobilnych jest irytujące. Łatwość usuwania notki jest jeszcze większa, niż za czasów zamierzchłego onetu. Także napisałam coś, owszem, wspominałam o mojej fascynacji szyszkami, o sąsiadach, którzy wyjęli z okien worki na śmieci i o tym, że jadę na ślub Aneka i Zbycha. A później niechcący mi się kliknęło i całe moje skrupulatne dotykanie paluszkiem ekranu telefonu poszło! Nawet mnich tybetański by się wkurzył.
Aktualizując informacje nadal podtrzymuję ekscytację szyszkami. Szyszki są fantastyczne! Fenomenalne, inspirujące, ładnie pachną i w ogóle są super. Moi sąsiedzi faktycznie pozbyli się z okien worków na śmieci. Wystawiali je zawsze. Worki sobie powiewały na wietrze, a ja - wraz z innymi wnikliwymi obserwatorami - snułam teorie, po co sąsiadom worki na śmieci za oknem. Dwie tezy okazały się być najlepiej uargumentowane. Teza pierwsza, która zakładała, iż worki na śmieci odstraszają ptaki, które lubią sobie tak o, od czasu do czasu wlecieć w okno rozbijając sobie dziób o szybę. Teza druga zakładała, że moi sąsiedzi są wariatami. Teraz nie wiem co myśleć, bo worków nie ma. Nawet zaczęłam się trochę martwić, poważnie!
A ślub Aneka i Zbycha? No był! I ja z Angolem też na nim byliśmy. Największy stres związany z tańczeniem ze Zbychem ( "bo przecież ja nie umiem, a on tak i wszyscy będą patrzeć, bo to w końcu jego ślub to będzie w centrum uwagi, a na pewno będzie chciał ze mną zatańczyć, bo kto by nie chciał, a ja nie odmówię, bo to w końcu jego ślub i trzeba być miłym, i jest teraz w rodzinie, o kurka, co ja zrobię") okazał się zbędny. Pod koniec już nawet trochę zajarzyłam! Anek wyglądała przepięknie! I udowodniła wszystkim, że ciągle potrafi zatańczyć irisha, nie tylko salsę :) Angol miał szansę poznania mojej familii. Czekaliśmy na "Przepióreczkę", lecz się nie doczekaliśmy, bo niestosowna. Ogólnie to warto było się tłuc samochodem, by spędzić trzy dni w Polsce, na weselu. I to nie byle jakim, bo Anekowym :)
Tera nastał spokój. Teoretycznie. W pracy mam wciąż zapewnioną ciągłość, jeśli chodzi o wesela, a do tego mam kilka bonusów w formie nieproszonych gości. Ach uroki życia na farmie!
Powoli nadchodzi jesień, co bardzo mnie cieszy. Lubię jesień. Jest wtedy tak ładnie i można pić więcej gorącej herbaty oraz wyciągnąć swetry, czapki i szaliki, można pozbierać kasztany i szeleścić liśćmi w parku... Jesień jest fajna.
A kto jej nie lubi ten ma pecha.
piątek, 26 września 2014
środa, 20 sierpnia 2014
Na plus
Ho, ho, ale czasu minęło od mojego ostatniego pisania! A w międzyczasie tyyyle rzeczy miało miejsce, aż trudno uwierzyć, przecież dopiero co piekłam ciasto marchewkowe na drogę do Kostrzyna.
Zanim przejdę do sedna chciałam wszystkich zatroskanych uspokoić, że moje kapcie się odnalazły. Angol je tak dobrze schował, że zapomniał, gdzie. Na moje pytanie po co je chował, odpowiedział wymijająco, że nie chciał, by stało im się coś złego. Rozumiem, męskie wieczory, każdy ma swoje upodobania. Najważniejsze, że laćki są i nie marzną mi stopy.
Teraz sedno. Urlop! W ojczyźnie, a jakże. Pojechaliśmy, wiadomo, na Przystanek Woodstock. Znowu pod flagą Brudnicy Walcownik, znowu w zacnym towarzystwie Kołków i Nie-Kołków, wylewając siódme poty w upale, chłodząc się na myjkach... Koncerty, piach, brudne stopy i niepohamowana radość wymieszana z poczuciem totalnej wolności. To już dziewiąty raz, za rok będę świętować jubileusz :) W kwestiach muzycznych miło było usłyszeć Kwasów po długiej przerwie, chociaż grali covery i tylko narobili mi smaka na więcej prawdziwego kwasu. T.Love w porządku, Volbeat również, Jelonek także mnie usatysfakcjonował (podobnież jak i piwo z Mańkiem z rana), ale hitem w kwestii koncertów była Kasia Kowalska w ASP, koniec, kropka, tyle. Tydzień minął nie wiadomo kiedy i trzeba było ruszyć dalej. Eh, mogłabym wrócić na kostrzyńskie pole nawet i teraz, zapominając o wszystkim i leżąc pod plandeką, martwiąc się jedynie o to, czy moje piwo będzie wystarczająco schłodzone.
Po swawolnym Woodstocku nadszedł czas na ściskanie piesiuńcia i nadrabianie zaległości rodzinnych, niestety w kolorze czerni i ponurej atmosferze (pomijając wspominki na wesoło), co mocno zaważyło na moim samopoczuciu i nieco pokrzyżowało plany. Na szczęście na osłodę pod koniec urlopu poszliśmy z Angolem na piękny ślub M&M'sów. Ach! Było czadowo! Mizeria może i zmieniła nazwisko, ale na szczęście wiele się nie zmieniło. Dalej jest moją dziewczyną i myślę, że jej małżonek to uszanuje ;)
I przeleciały trzy tygodnie nie wiadomo kiedy.... Ba, mało tego. Ostatnio, gdzieś w zeszłym tygodniu, stuknęły mi dwa lata życia w Anglii. Mam wrażenie, iż wiele się przez ten czas wydarzyło. To były cholernie intensywne dwa lata. Oswoiłam się z pająkami (ale nadal boję się tych większych oraz tych, które czają się między naczyniami, gdy wraca się z trzytygodniowego urlopu...), zaczęłam wreszcie na siebie zarabiać, przekonałam się o wielu życiowych prawdach i podciągnęłam się z angielskim. W ostatecznym rozrachunku wychodzę na plus.
Wczasy też dostają 5 z plusem.
A 20kg kiszonych ogórków przytarganych z Polski dostaje u mnie 6 z wykrzyknikiem i koroną. Pyszności!
wtorek, 22 lipca 2014
Bez uśmiechania
Wczorajszego wieczoru Angol przyglądał mi się gdy w skupieniu tworzyłam notkę i powiedział:
- Ale ty jesteś ładna... ... ... Jak się uśmiechasz to trochę mniej.
Zapamiętam, by mieć gotową odpowiedź na kolejne "no uśmiechnij się!".
- Ale ty jesteś ładna... ... ... Jak się uśmiechasz to trochę mniej.
Zapamiętam, by mieć gotową odpowiedź na kolejne "no uśmiechnij się!".
Historia zagubionych kapci
Przyznać się: kto mi schował kapcie? Nie mogę ich znaleźć, co w realiach powierzchni, jaką mam do przeszukania, jest bardzo podejrzane. Jakiś łobuz zajumał mi kapcie. Pytanie po co? I czy ma to związek z kradzieżą piżamy Ali?
By zrozumieć, napiszę o co chodzi. Otóż w miniony weekend miały miejsce dwa wydarzenia. Przede wszystkim był wieczór panieński Mizerii, a by faceci nie pałętali się po okolicach "Bombaju" zrobili swoją alternatywną imprezę w naszej chatce. Płeć piękna bawiła się elegancko, jak można było się spodziewać. Pin-up, czerwona szminka, grochy, sukienki, sam seks. Wszystko okraszone wizerunkami męskiego przyrodzenia i striptizerem na torcie. Więcej szczegółów nie podaję, bo to ściśle tajne. Przecież dobrze wiemy, że szpiedzy są wszędzie, a jak już tu patrzą to niech mi rozwiążą zagadkę moich zaginionych kapci. Były rozdeptane na piętach (chociaż przysięgam, starałam się wsadzać stopę w całości do środka, ale sama mi wyłaziła!), w kolorze brudnego różu, włochate, można powiedzieć, że nieco rozczochrane, sztuk dwie. Zimno mi w stopy, więc wolałabym, żeby się znalazły.
Z rzeczy istotnych - Mizeria zmieni nazwisko... i to już niedługo! Cieszę się, że mogłam uczestniczyć w jej ostatnim wieczorze wolności* oraz że nie będę musiała edytować nazwy kontaktów w telefonie. To znacznie ułatwia sprawę :)
Wróżba z Dziwadłowego panieńskiego była błędna - jednak był następny taki wieczór. I całe szczęście! Dziękuję pin-up'om!
P.S. Gdybym miała codziennie rano dodatkową godzinę, gdybym umiała się uczesać i obchodzić się z lakierem do włosów, prawdopodobnie zostałabym przy pin-up'owej stylizacji. Piękności!
*- nie dotyczy jej dziewczyn. Byłyśmy pierwsze.
środa, 16 lipca 2014
Garść przemyśleń
Mam kilka luźnych przemyśleń i muszę się nimi podzielić publicznie.
Po pierwsze - czasami tak bardzo mnie coś wkurza, że jedynym sposobem na opanowanie się jest zjedzenie czegoś dobrego i kalorycznego. Wpierniczyłam prawie całe opakowanie millionaire's shortbread. Został ostatni kawałek, ale nie mogę go zjeść, bo mi już niedobrze. [słodka passa na blogu trwa]
Po drugie - codziennie rano i czasem wieczorem zastanawiam się, po jaką cholerę nasi dalsi sąsiedzi wieszają na zewnątrz swoich okien worki na śmieci. Furkoczą te worki na wietrze dzień w dzień, tak samo jak furkoczą mi w głowie pomysły na temat ich pomyślunku. Póki co mam dwie mocne tezy. Teza pierwsza: moi sąsiedzi odstraszają muchy, pszczoły, osy i inne wszelkiego rodzaju latające insekty nietuzinkowym, ale efektownym sposobem. Teza druga: moi sąsiedzi to świry.
Po trzecie - już niedługo wyściskam piesiuńcia po raz trzeci w tym roku. Z tego powodu ściska mnie w dołku z wzruszenia.
Po czwarte - obejrzałam "Pokutę". To był tak bardzo angielski film, że bardziej się nie da. A jeśli się da to podajcie mi proszę tytuły, chętnie obejrzę (i sprawdzę, czy mnie tam nie było, gdzie to kręcili :P). Tak czy owak stąpałam po tym samym trawniku co James McAvoy i sprawia mi to niewytłumaczalną radość. Nie dociekać.
Po piąte - zdumiewa mnie zwyczaj noszenia kapeluszy (czy też udziwnionych nakryć głowy, bo niektóre nawet koło kapeluszy nie leżały) przez panie na angielskich ślubach i weselach. Ostatnio miałam przyjemność widzieć gości weselnych i zamiast się zachwycać wraz z towarzyszkami, które były pod wielkim wrażeniem, dusiłam w sobie śmiech. Kapelusze kapuję. Ale coś na kształt pióropusza górniczego, tylko przerzedzone jest ponad moje siły.
Tyle chciałam, dziękuję, dobranoc.
Po pierwsze - czasami tak bardzo mnie coś wkurza, że jedynym sposobem na opanowanie się jest zjedzenie czegoś dobrego i kalorycznego. Wpierniczyłam prawie całe opakowanie millionaire's shortbread. Został ostatni kawałek, ale nie mogę go zjeść, bo mi już niedobrze. [słodka passa na blogu trwa]
Po drugie - codziennie rano i czasem wieczorem zastanawiam się, po jaką cholerę nasi dalsi sąsiedzi wieszają na zewnątrz swoich okien worki na śmieci. Furkoczą te worki na wietrze dzień w dzień, tak samo jak furkoczą mi w głowie pomysły na temat ich pomyślunku. Póki co mam dwie mocne tezy. Teza pierwsza: moi sąsiedzi odstraszają muchy, pszczoły, osy i inne wszelkiego rodzaju latające insekty nietuzinkowym, ale efektownym sposobem. Teza druga: moi sąsiedzi to świry.
Po trzecie - już niedługo wyściskam piesiuńcia po raz trzeci w tym roku. Z tego powodu ściska mnie w dołku z wzruszenia.
Po czwarte - obejrzałam "Pokutę". To był tak bardzo angielski film, że bardziej się nie da. A jeśli się da to podajcie mi proszę tytuły, chętnie obejrzę (i sprawdzę, czy mnie tam nie było, gdzie to kręcili :P). Tak czy owak stąpałam po tym samym trawniku co James McAvoy i sprawia mi to niewytłumaczalną radość. Nie dociekać.
Po piąte - zdumiewa mnie zwyczaj noszenia kapeluszy (czy też udziwnionych nakryć głowy, bo niektóre nawet koło kapeluszy nie leżały) przez panie na angielskich ślubach i weselach. Ostatnio miałam przyjemność widzieć gości weselnych i zamiast się zachwycać wraz z towarzyszkami, które były pod wielkim wrażeniem, dusiłam w sobie śmiech. Kapelusze kapuję. Ale coś na kształt pióropusza górniczego, tylko przerzedzone jest ponad moje siły.
Tyle chciałam, dziękuję, dobranoc.
poniedziałek, 14 lipca 2014
Ciasteczka i kawa
Moje posty dotyczą ostatnio samych łakoci, zupełnie nie wiem, dlaczego. Ale fakt faktem, ostatni tydzień minął pod znakiem kawy/herbaty i ciasteczek serwowanych za darmochę w jednym z hoteli w Gloucester. Doszło do tego, że przedawkowałam cukier. Dopiero na drugi dzień mogłam znowu zjeść ciasteczka. Znowu za darmo. Wszak ma się ten nieodparty urok osobisty i wie się, kiedy go należy używać, a kiedy można odpuścić.
Ostatni tydzień był też bardzo pracowity, ale i satysfakcjonujący. Obfitował w wiele komicznych sytuacji, jak i w wiele siniaków, otarć tudzież przecięć. Wyglądam, jakby mnie ktoś poturbował albo jakbym była nieszczęśliwą posiadaczką kota ze wścieklizną. Do wesela się zagoi! Tylko jeszcze nie wiadomo, do którego. Ale nie narzekam, w końcu nie każdy ma szansę stąpać po ogrodzie jednej z najbardziej wpływowych kobiet biznesu w Królestwie, dlatego ewentualnie mogę poświęcić ciągłość swej skóry.
Prawie zdobyłam zwierzątko domowe! Chciałam uratować małą myszkę, która miała chorą łapkę, ale niestety skubana uciekała tam szybko mimo swego kalectwa, że nie zdążyłam jej złapać. Muszę zadowolić się naszymi strzyżykami, które postanowiły zamieszkać naprzeciwko. Pisklęta są bardzo hałaśliwe jak na ich małe rozmiary. Zgaduję, że to dobrze.
Wsi spokojna, wsi wesoła - że zacytuję wieszcza z Czarnolasu - dobrze jest mieszkać na uboczu, pod warunkiem, że nie potrzeba desperacko żadnych produktów ze sklepu papierniczego.
Ostatni tydzień był też bardzo pracowity, ale i satysfakcjonujący. Obfitował w wiele komicznych sytuacji, jak i w wiele siniaków, otarć tudzież przecięć. Wyglądam, jakby mnie ktoś poturbował albo jakbym była nieszczęśliwą posiadaczką kota ze wścieklizną. Do wesela się zagoi! Tylko jeszcze nie wiadomo, do którego. Ale nie narzekam, w końcu nie każdy ma szansę stąpać po ogrodzie jednej z najbardziej wpływowych kobiet biznesu w Królestwie, dlatego ewentualnie mogę poświęcić ciągłość swej skóry.
Prawie zdobyłam zwierzątko domowe! Chciałam uratować małą myszkę, która miała chorą łapkę, ale niestety skubana uciekała tam szybko mimo swego kalectwa, że nie zdążyłam jej złapać. Muszę zadowolić się naszymi strzyżykami, które postanowiły zamieszkać naprzeciwko. Pisklęta są bardzo hałaśliwe jak na ich małe rozmiary. Zgaduję, że to dobrze.
Wsi spokojna, wsi wesoła - że zacytuję wieszcza z Czarnolasu - dobrze jest mieszkać na uboczu, pod warunkiem, że nie potrzeba desperacko żadnych produktów ze sklepu papierniczego.
niedziela, 6 lipca 2014
Na słodko
Ostatnio u mnie sama słodycz. No, może poza jednym incydentem, w którym moja duma i samoocena zostały ciężko ranne po ostatniej lekcji angielskiego. Przyniosłam na zakończenie wspólnej nauki muffinki z borówkami, które w pocie czoła przygotowywałam wieczór wcześniej, a potem próbowałam je podzielić między 16 osób, przewieźć na rowerze do pracy i uchować przed konsumpcją tamże. Szalenie trudne zadanie, tylko brzmi jak bułka z masłem. Byłam z nich bardzo dumna, tak ładnie wyrosły i co?
Nadia przyniosła triffle, Ania drożdżowe ze śliwkami i kruszonką, a moje muffiny poszły w zapomnienie i tylko jedna osoba, JEDNA OSOBA poczęstowała się moim wypiekiem.
Zabolało.
Humor został uratowany, kiedy Jules oznajmiła, że to były moje najlepsze muffinki do tej pory. Szkoda, że nie zostawiłam ich więcej w pracy... ale cóż.
Wiecie co jest najlepsze po 5-ciu dniach ciężkiej pracy? 2 dni weekendu! Woohoooo!
Nadia przyniosła triffle, Ania drożdżowe ze śliwkami i kruszonką, a moje muffiny poszły w zapomnienie i tylko jedna osoba, JEDNA OSOBA poczęstowała się moim wypiekiem.
Zabolało.
Humor został uratowany, kiedy Jules oznajmiła, że to były moje najlepsze muffinki do tej pory. Szkoda, że nie zostawiłam ich więcej w pracy... ale cóż.
Wiecie co jest najlepsze po 5-ciu dniach ciężkiej pracy? 2 dni weekendu! Woohoooo!
Subskrybuj:
Posty (Atom)