wtorek, 26 listopada 2013

Pięknie piszę

Kompletnie obca osoba zza Oceanu Atlantyckiego napisała mi, że moje pismo ręczne jest BEAUTIFUL i od razu obrosłam w piórka. Oczywiście wiem o tym, że jest BEAUTIFUL, tylko Angol nie wiedział i powiedział mi kiedyś, że bazgrolę. Pewnie teraz nie pamięta, że tak powiedział, ale ja sobie zasejwowałam i nawet wiem, gdzie to zostało wypowiedziane. Także pozamiatane.

Chyba zaczyna mnie łapać paskudne przeziębienie i czuję, że się rozpadam wewnętrznie fizycznie. Na szczęście paczuszka z Polski poprawiła mi samopoczucie. Jednak nie ma co ukrywać, zbliża się starość nieuchronnie.

Uważajcie na "Breaking Bad". Kradnie życie.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Brak poprawy

Dużo wody w Severn upłynęło, nim ostatni raz pisałam posta, choć postanawiałam poprawę. Tak to już czasami bywa i niczego na to nie poradzę. Kijem nie cofnę.

Lecz żeby przejść do konkretów - obcięłam za krótko paznokcie i doskwiera mi uporczywy ból przy każdej czynności wymagającej użycia palców. Tak, teraz też mnie boli. Wszystko z powodu poświęcania się dla pracy. Wzięłam sobie do serca nową rolę i postanowiłam przyciąć szpony, a z powodu wrodzonego lenistwa nie zabrałam się za piłowanie, lecz drastycznie skróciłam je nożyczkami. Hańba! Następnym razem się zastanowię czy warto.
Poświęcam się dla pracy nie tylko w kwestiach higieny osobistej. W przeciągu miesiąca pokonywałam swój lęk przestrzeni balansując na drabinie i ozdabiając żyrandol oraz zwalczałam strach przed pająkami (z wielkim okazem baraszkującym po mojej głowie, tralala). Nawet oglądałam fragment "Zmierzchu". Oto jak się poświęcam. O!
Na szczęście życie to nie tylko praca. Zdarzają się czasem wolne weekendy  wtedy można zaszaleć. Jeden z nich spędziliśmy z Mizerią i Piotrusiem na parapetówie wypadającej dokładnie w dzień urodzin Mizerii. Zrobił się z tego mały zjazd i wspominki starych czasów z Dareczkiem. Po wykończeniu zapasów alkoholu zdecydowaliśmy się na spacer. Zapalaliśmy lampiony w środku nocy, w środku parku miejskiego, wyryczeliśmy obowiązkowe "Sto lat" a nad naszymi głowami przelatywały dwa helikoptery. Cóż za magiczny klimat... Zaliczyliśmy kilka gleb i znaleźliśmy dwie lodówki na ulicy. W jednej były grzyb i pleśń, a w drugiej schowano nóż, którym pewnie ktoś kogoś zasztyletował, ale niespecjalnie nas to wówczas przejęło. Wręcz przeciwnie. Pod koniec, gdy Angol leżał jak kłoda a Piotruś czołgał się po podłodze, bo próbował tańczyć, piękniejsza część towarzystwa słuchała Domowego Przedszkola i tak nas to ululało... że zrobiło się południe następnego dnia. Nie wiem, jakie wino piłyśmy, ale było dobre i kac też okazał się łaskawy, więc apeluję za tym, by to powtórzyć :)
Jak już wszyscy zdążyli zauważyć listopad się kończy, a co za tym idzie święta zbliżają się małymi kroczkami. Wraz z Knurkiem zaczęliśmy łapać świąteczny klimat. Nie słuchałam jeszcze Nirvany, to za wcześnie przecież, ale zaliczyliśmy Średniowieczny Jarmark Świąteczny. Rzecz działa się na zamku (czy też raczej w jego pozostałościach), chodziliśmy po słomie przepychając się wśród tłumów ludzi i oglądając wszelkie rozmaitości, które przy okazji posiadania zbędnego majątku można było zakupić. Wiadomo, nie obyło się bez jedzenia. Spałaszowałam strudla, walijskie oggie i pieczone kasztany. Podobało mi się bardzo, ale podobno to przedsmak tego, co czeka mnie za 3 tygodnie ^^ Lecz o tym kiedy indziej...
A czy ja się w ogóle pochwaliłam, że mamy nowego członka emigracyjnej paki? Chyba nie! A więc, droga gawiedzi, powitajcie Maję, która skończyła dziś dokładnie miesiąc :) Póki co płacze, gdy ją trzymam na rękach a nasza obecność poprawia jej pracę jelita grubego, aczkolwiek wróżę nam dobrą przyszłość.
Chwaliłam się kinem? Pojechaliśmy pooglądać Lo.. znaczy Thora na przedpremierze, zobaczyliśmy także abordaż somalijskich piratów oraz Sandry Bullock zmagania z brakiem grawitacji. Lubię kino. A kino z Mordką to podwójna przyjemność.

Przede mną kolejny długi tydzień uwieńczony wolną niedzielą. Nie mogę się doczekać z kilku powodów. A najważniejszy z nich to szansa, że znów ktoś wzbudzi niepokój na mojej dzielni ;)

Trzymajcie się łobuzy i ubierajcie się ciepło.

czwartek, 7 listopada 2013

Puk puk

Doznałam szoku, gdy poznałam prawdę o dinozaurach. Po prostu wow. Obijało mi się o uszy, że panowały na naszej planecie, ale nie zdawałam sobie sprawy, jak długo. Wow.

Ostatnio, jak już wspomniałam, mój malutki komputer się zbuntował i nie przyjmował do wiadomości, że moje hasło to moje hasło. Utrudniony kontakt z wygodną klawiaturą spowodował zmniejszenie ilości wpisów oraz niezadowolenie Angola, który co jakiś czas mruczał "ciągle nic, co ja mam czytać?".
 - czytasz, Mordko? -

Postanawiam poprawę. 

czwartek, 17 października 2013

Volbeat w Birmingham

Od wczoraj bardzo chciałam napisać notkę i oczywiście schrzanił mi się komputer. Na szczęście mogę skorzystać z głównego zamiast mojego miniaturowego, a okazję mam ku temu wybitną, gdyż mój luby zajmuje się typowo męską czynnością jaką jest oprawianie zwierzyny.
Tak więc uzbrojona w klawiaturę popijam rumianek z miodem i zabieram się do relacji koncertu, na którym mieliśmy przyjemność być wczoraj.

Volbeat.
Słyszałam podobno na żywo na Woodstocku 2009, ale jakoś sobie średnio przypominam. W każdym razie mam kilka utworów, które lubię i już kiedyś trzymałam w ręku bilet na ich koncert w Birmingham... gdy rozchorował się wokalista. Dawne dzieje. Moje nastawienie było neutralne i jak z przyjemnością wybrałam się na koncert dla samego faktu, tak nie spodziewałam się kisielu w majtkach czy innych takich z powodu gwoździa wieczoru. A tu niespodzianka. Lubię takie niespodzianki!
Gdy dotarliśmy na miejsce - O2 Academy - zebrał się już niemały tłumek (na marginesie - dlaczego zawsze, gdy tam idziemy szczękam zębami z zimna?). Nie jest to mój pierwszy koncert w Anglii, zatem przyzwyczaiłam się już do tego, że jest inaczej niż w Polsce. Oczywiście nie jestem ekspertem jak Angol, który pewnie był na koncercie w UK po raz czterdziesty siódmy, czy coś koło tego, ale swoje zdążyłam już zauważyć. Dlatego więc przekrój wiekowy od brzdąców w wielkich słuchawkach po "tatusiów" i "mamusie" już mnie nie dziwi. Podobnie z stylem odzienia, choć wczoraj było umiarkowanie podobnie. Oczywiście wszyscy grzeczni, uśmiechnięci, uprzejmi, żadnej wiochy czy ledwo trzymających się na nogach typów. W Anglii ludzie przychodzą na koncert, aby posłuchać muzyki. Nie żeby się zabawić.
W klubie publiczność rozgrzewał support (Iced Earth, które prezentowało mieszankę Mettaliki, Pantery i Iron Maiden), a także piwo, cydr oraz hot dogi. Znaleźliśmy z Angolem dogodne miejsce, żebym cokolwiek widziała i czekaliśmy na występ gwiazdy. Staliśmy z tyłu z racji naszego spóźnienia, a nie przepychaliśmy się do przodu, bo to niegrzecznie (naprawdę, serio, wspominałam, że jest inaczej).
Gdy na scenie pojawili się panowie z Volbeat zaskoczona zostałam entuzjastyczną reakcją fanów. Nie spodziewałam się tego po powściągliwej publice. Pierwsze kawałki, wszyscy śpiewają, bawią się (czyt. rączkami wymachują i piąstki w górę wyrzucają), a ze sceny płynie w naszym kierunku ogromna, pozytywna energia.
Podobało mi się bardzo! Poziom muzyczny i nagłośnienie rewelacyjne, kontakt z publicznością na szóstkę z plusem. "Radio Girl", "Fallen", "16 Dollars" - siur i Angol kontent. Było też trochę Motorheada, Johnny'ego Cash'a i Judas Priest. W tłum poszybowały pałeczki, kostki i membrana z autografami. No i fani... Przyznaję, że był to mój pierwszy klubowy, tak żywiołowy koncert w tym kraju. Pomijając Tenacious D, ale to inna kategoria. Warto było! Dzięki Mordko :*

W rezultacie zaostrzył mi sie apetyt na koncerty. Gdy podrygiwałam do  rock'n'rollowych nut na chwilę z odpłynęłam myślami do starych, koncertowych czasów. Zatęskniłam za kwaśnym ściskiem pod barierkami, obolałym karkiem, siniakami w każdym kolorze, Jelonkowymi wężykami, crowd surfingiem i before/after imprezowaniem z Kołkami, Barmy Army czy innymi wariatami. Apeluję z tego miejsca, a dokładniej z podłogi w małej dobudówce umiejscowionej w spokojnej, angielskiej wiosce, przyjedźcie do nas! Kwasożłopy! Flapjacku! Jelonku! Przyjedźcie!
Podpisano: spragnieni koncertowego szaleństwa
Siurek Ogórek i Angol (Knurek)

***

Jeszcze wcześniej, we wtorek, oglądałam poniżenie naszych piłkarzy, sącząc Guinessa w lokalnym pubie. Przypadkiem spotkałam kolegę ze starej pracy. Powiedział mi w ramach pocieszenia, że Polacy grają w czerwonych strojach, więc on z racji pochodzenia (jest Walijczykiem) odczuwa to tak, jakby przegrywali jego piłkarze i też było mu przykro. Hm, może byłoby mi przykro, gdybym spodziewała się cudów. Ale nie, ja po prostu chciałam obejrzeć sobie mecz bez zbędnego trucia o historii, wyjątkowej rocznicy i szans sprzed dekad. Plus mina barmana, gdy zapytał  "Would you mind if I ask but are you're from Poland?" i otrzymał twierdzącą odpowiedź była satysfakcjonującą nagrodą ;)

Dopijam powoli rumianek i kończę notkę, a mężczyzna nadal robi to, co robić musi, by wyżywić głodnego siurka. Za oknem ciemno i zimno. Brr. Następnym razem napiszę o rzeczach, które warto zachować dla siebie, jeśli się nie chce mieć problemów z szefem ;)

poniedziałek, 14 października 2013

O ośmionożnych przychylniej

Nadeszła jesień, tak na dobre. Zrobiło się mokro i zimno, a co za tym idzie, wszelkie żyjątka w poszukiwaniu ciepłego i suchego miejsca chętnie gramolą się do domów. Najlepiej wychodzi to pająkom z prostego powodu - dysponują większą ilością odnóży i potrafią przemieszczać się błyskawicznie szybko. Przekonał się o tym każdy, kto choć raz próbował dopaść uciekającego pająka.
Mój strach przed pająkami jest tematem niejednokrotnie przytaczanym, ale dzisiaj postanowiłam podejść do tematu bardziej racjonalnie. Zainspirowała mnie radiowa pogadanka, której z zapartym tchem słuchałam dzisiaj w pracy.

Otóż tak jakby (tak jakby - bo nie jestem pewna, nie dosłyszałam całej audycji, więc może pod koniec się coś zmieniło) obalono mit, w który usilnie chciałam wierzyć. Kasztany nie odstraszają pająków! Podobno zapach kasztanów miał naturalnie zniechęcać pająki do ugoszczenia się w domostwie, lecz niestety pająki nie posiadają węchu. Co za pech. [Uznajmy, że te kasztany na stoliku są na ozdobę.] Pomysłowa redaktora podrzuciła jednak pokrzepiającą tezę. Może pająk widząc na swej drodze kasztana, myśli "Jaki wielki pająk! Lepiej wezmę nogi za pas, bo jeszcze mnie zje!" i ucieka. Będę się tego trzymać.
Podczas tej krótkiej audycji uspokojono mnie także, że pająki nie są agresywne. Zdają sobie sprawę ze swej kruchej konstrukcji ciała i wolą unikać konfrontacji z człowiekiem. Po tylu uspokajających słowach postanowiłam, że nie będę panikować przy najbliższym starciu, do którego pewnie dojdzie. Nie ma się co oszukiwać.

Jutro terapii dzień drugi.


A poza tym to czekam na zupę kalafiorową i nie mogę się doczekać!

środa, 9 października 2013

Ślubne show

Mogłabym opowiedzieć Wam o tym, jak było pięknie na National Wedding Show. Ile było stanowisk, ile ludzi, ile inspiracji. Ile ładnych panien młodych, ile brzydkich panien młodych, ile zagubionych i znudzonych panów młodych. Wiele rzeczy mogłabym napisać. Poza piosenką, która mnie od tamtego wydarzenia prześladuje, bo o niej napisać nie umiem.

Zdecydowałam jednak, że zamiast przynudzać, napiszę o tym, jak to dzień przed otwarciem tej imprezy targałam pudła wpakowane kosztownościami, woziłam na wózku drzewka i właziłam na drabinę - wszystko z rozpiętym rozporkiem w spodniach. Tak! Niech świat pozna moją bieliznę (dobrze, że ją miałam)! Primark rządzi!
Teraz sobie przypominam, że jak balansowałam na drabinie z taśmą klejącą w zębach jeden z pracowników-techników zapytał mnie o kwalifikacje. Mogłam mu pokazać... kwalifikacje.
Przy okazji, jak już o panach technikach mowa, musiałam poprawiać po nich, bo taśmę klejącą mieli żałosną.

Przez całe trzy dni polowałam na rodaków. Fail. Raz było blisko, drugi raz otarłam się o nich, ale ostatecznie nie złowiłam żadnego Polaka. Może następnym razem. Za to nauczyłam się, że gdy zbliżają się Hindusi, należy ich "złowić". Jeśli chodzi o wesela to oni mają polot. A o to przecież mi chodzi.

Dziś piękna, angielska jesień strzeliła focha. Było zimno, pochmurno, wiał silny wiatr i miotało mną po jezdni, gdy pedałowałam do domu. Nie zapowiada się, by w najbliższych dniach miało się coś poprawić. Chyba czas na rękawiczki.

Na koniec smutna wieść. Podlałam zioła wodą po gotowanych jajkach. Miała być super bogata w wapno. Okazało się, że Angol wodę posolił i to szczodrze. Nie będę tłumaczyć, co się stało [tutaj powinny zabrzmieć pierwsze nuty marszu pogrzebowego].
Chlip. Chlip. Chlip.
Na szczęście Angol postanowił dodać otuchy mojej zrozpaczonej ogrodniczej duszy i kupił nam nową roślinkę. Nie można jej zjeść, ale ładnie wygląda i ponoć nie wymaga specjalnej opieki. To się dopiero okaże :D Witamy w nowym domu, roślinko!

sobota, 28 września 2013

Garść nowinek i ukryta pointa

Napełniłam dziś helem 29 balonów. Czuję się wypompowana.

Angol ostatnio zajrzał na bloga i słownie pogroził mi palcem. Postanowiłam, że coś napiszę, aby mnie nie gromił spojrzeniem chociaż w tej kwestii. Sprawa ma się tak: jest sobotni wieczór, boli mnie głowa, w zlewie tłoczą się brudne gary jeszcze z piątku, ale mi się nie chce ich zmyć. Tzn chęć może i by się znalazła, ale nie mam siły. Spałaszowałam pyszną kolację, wypiłam herbatę (truskawka-mango), zjadłam loda i trochę mi lepiej, choć siły nadal niewielkie. Myślę, że przyjemność zmywania zostawię sobie na jutro.
Bo jutro weekend! Tak, tak, tak! Dopiero teraz prawdziwie doceniam dni wolne.
A co tam u siurka? To, co zwykle. Dużo cyferek, dużo liczenia. Wyrosły mi cztery wielkie krosty na policzku i dokonałam wymiany trzech kartonów zwykłego mleka na trzy kartony mleka bezlaktozowego. Tyle matematyki. Poszerzam wiedzę z zakresu słownictwa niemal na bieżąco, przyswajam także geografię poprzez pracę w terenie. Odkryłam, że lubię chodzić do kontenera, bo pachnie w nim tak samo, jak w mojej piwnicy. Różnica polega na tym, że w mojej piwnicy zamiast różnego rodzaju świeczników, wazonów i talerzy na półkach stoją słoiki z ogórkami kiszonymi oraz sałatką siedmioskładnikową. Sałatka siedmioskładnikowa to nazwa sałatki. Przynajmniej tak utrzymuje Królowa. Odkryłam także, że uwielbiam krushem's z KFC o smaku Oreo, rozpływam się przy rożkach z Oreo, dam się pochlastać za czekoladę z kawałkami Oreo (najlepsza, słowo daję!), ale żeby kupić sobie Oreo tak po prostu to nie. Nie porywa mnie.
Jem za dużo słodyczy - może stąd te krosty? Piję dużo herbaty. Cieszę się nadchodzącą jesienią. Jest tak kolorowo... i można zacząć nosić szaliki, i swetry, i czapki...

"If you leave me now you'll take away the biggest part of me UUUUUUUU no, baby please don't go!"

Mam w głowie kilka tych samych piosenek i przewijają mi się w głowie. Nie wiem, skąd je wzięłam. Znaczy wiem, z radia, ale z jakiego powodu się mnie uczepiły, Bóg raczy wiedzieć.

Chciałabym wymyślić jakąś pointę na koniec, lecz niestety nie mam siły. Zresztą trudno jest wyciągnąć pointę. Właściwie to jeśli Czytelnik oczekuje pointy, niech sobie sam ją wymyśli. Dlaczego zawsze wszystko ja?