Koniec tego suchego. Na Wyspy zawitała prawdziwa jesień z całym asortymentem. Deszcz, deszcz, deszcz, zimny wiatr, mgła i grzyb na ścianach. Ba! Może nadeszła nawet i zima, skoro odnotowano śladowe ilości opadów śniedu trzy dni temu i to wcale nie w Szkocji. Wszakże jesień i zima wyglądają tu niemal jednakowo.
Do widzenia czerwone trampki, witajcie czerwone kaloszki.
Żeby tego było mało w sklepach narzucają się ozdoby na halloween, a powszechnie wiadomo, że gdy już będzie po zbieraniu cukierków w ostatni październikowy wieczór to święta tuż tuż. No i jeszcze wczoraj Julie powiedziała mi, że upiekła już christmas cake, co jest niezbitym dowodem na zbliżający się sezon Świętych Mikołajów i ostrokrzewu.
Niestety, jestem entuzjastą całego świątecznego klimatu. Taka się już urodziłam i nie poradzę na to zbyt wiele. A piszę niestety, bo gdybym jednak była sceptykiem nienawidzącym tego całego zamieszania, mogłabym szczerze i bez przekłamania nucić piosenkę, którą niedawno dane było mi usłyszeć. Uznajmy więc, że zrobię wyjątek i na jeden dzień zostanę żarliwym przeciwnikiem świąt, może być? Przegłosowane. Piosenka do odsłuchania TU.
Bardzo możliwe, że z powodu moich rozważań, wyznania Julie oraz tej piosenki, śniło mi się dzisiaj, że renifer stał na mojej drodze i chciał mnie nabić na rogi. I wiecie co? Udało się cholerze i dyndałam nogami w powietrzu z pretensjami do Angola: "Miałeś mnie obronić! Mówiłam, że mnie nadzieje!"
czwartek, 16 października 2014
niedziela, 12 października 2014
Niedzielne wynurzenia natury osobistej
O poranku nad Anglią zawisła mgła. Cóż za miła odmiana od rzęsistego deszczu! Mgła kiedyś bardzo mnie fascynowała, dziś już trochę mniej. Jednak niespodzianką była słoneczna pogoda, gdy mgła opadła. To był bardzo ładny dzień na wzgórzach.
Caer Caradoc też prezentował się majestatycznie.
To tyle o pogodzie, element grzecznościowy odhaczony.
Pamięta ktoś jak pisałam o powszechnym kolorze ścian, czyli magnolii. Ściany naszego domu nie wpisują się w trend (chociaż widnieje plama magnolii za kaloryferem), ale nasz papier toaletowy tak. Uhum, produkują tu papier toaletowy pod kolor ściany. Hellyeah.
Uświadomiłam sobie niedawno, że mam ogromnego farta. Kto na co dzień może słuchać w radiu Jamesa Bonda? Właśnie! A ja mogę. Za każdym razem, gdy się odzywa, uśmiecham się do siebie. Sami powiedzcie, czy to nie brzmi fajnie: "It's James Bond with news at five o'clock". Klasa!
Poza tym życie płynie normalnie. Angol uraczył mnie kilka dni temu zbijającym z nóg komplementem: "Masz bardzo ładny profil. Z przodu już trochę gorzej". I jak go tu nie kochać? Umilając sobie wieczory oglądamy "Peaky Blinders", by dowiedzieć się co nieco na temat mafijnej przeszłości Birmingham, chociaż tak naprawdę powinnam zobaczyć bijące rekordy popularności "Downtown Abbey". Mam pewne przecieki, że przydałoby mi się to w pracy. Ale to może kiedyś. Po sieci aż huczy od plotek o kolejnym sezonie "Twin Peaks", więc właściwie powinnam jako priorytet obejrzeć ostatni odcinek. Możecie krzywo spojrzeć i zapytać dlaczego jeszcze go nie widziałam. Prosta sprawa - odwlekałam to w czasie, bo wiedziałam, że potem już nic nie będzie, a ja nie chcę, żeby się skończyło. Teraz śmiało mogę oglądać!
Jak już jestem w tej tematyce dorzucę kilka groszy na temat kinowych nowości. "Pride" - jeśli się da, obejrzyjcie koniecznie. Mnie absolutnie oczarował ten film. Fantastyczny! "Zaginiona dziewczyna" - idąc na to do kina nawet w najmniejszym stopniu nie nastawiałam się na taki dobry film. Brawo. "Więzień labiryntu" - omijajcie szerokim łukiem, chyba że macie 14 lat lub mniej.
Ok, obowiązek wypełniony, można spać spokojnie.
Caer Caradoc też prezentował się majestatycznie.
To tyle o pogodzie, element grzecznościowy odhaczony.
Pamięta ktoś jak pisałam o powszechnym kolorze ścian, czyli magnolii. Ściany naszego domu nie wpisują się w trend (chociaż widnieje plama magnolii za kaloryferem), ale nasz papier toaletowy tak. Uhum, produkują tu papier toaletowy pod kolor ściany. Hellyeah.
Uświadomiłam sobie niedawno, że mam ogromnego farta. Kto na co dzień może słuchać w radiu Jamesa Bonda? Właśnie! A ja mogę. Za każdym razem, gdy się odzywa, uśmiecham się do siebie. Sami powiedzcie, czy to nie brzmi fajnie: "It's James Bond with news at five o'clock". Klasa!
Poza tym życie płynie normalnie. Angol uraczył mnie kilka dni temu zbijającym z nóg komplementem: "Masz bardzo ładny profil. Z przodu już trochę gorzej". I jak go tu nie kochać? Umilając sobie wieczory oglądamy "Peaky Blinders", by dowiedzieć się co nieco na temat mafijnej przeszłości Birmingham, chociaż tak naprawdę powinnam zobaczyć bijące rekordy popularności "Downtown Abbey". Mam pewne przecieki, że przydałoby mi się to w pracy. Ale to może kiedyś. Po sieci aż huczy od plotek o kolejnym sezonie "Twin Peaks", więc właściwie powinnam jako priorytet obejrzeć ostatni odcinek. Możecie krzywo spojrzeć i zapytać dlaczego jeszcze go nie widziałam. Prosta sprawa - odwlekałam to w czasie, bo wiedziałam, że potem już nic nie będzie, a ja nie chcę, żeby się skończyło. Teraz śmiało mogę oglądać!
Jak już jestem w tej tematyce dorzucę kilka groszy na temat kinowych nowości. "Pride" - jeśli się da, obejrzyjcie koniecznie. Mnie absolutnie oczarował ten film. Fantastyczny! "Zaginiona dziewczyna" - idąc na to do kina nawet w najmniejszym stopniu nie nastawiałam się na taki dobry film. Brawo. "Więzień labiryntu" - omijajcie szerokim łukiem, chyba że macie 14 lat lub mniej.
Ok, obowiązek wypełniony, można spać spokojnie.
piątek, 10 października 2014
Z przesłaniem
"Quite often, young lady, it seems like we're not getting anywhere, when in fact... we are."
/cytat z pięknego filmu "Labirynt"/
/cytat z pięknego filmu "Labirynt"/
niedziela, 5 października 2014
O pszczółkach bez podtekstów
Wohooo! Demon prędkości. Powinnam zacząć więcej zarabiać, aby mnie było stać na ewentualne naprawy. Angol mi mówi o tym już od dawna, ale teraz sama się przekonałam.
Tak spoglądam, trochę niepewna, na statystyki i mam pewne podejrzenia, że w związku z moim kontrowersyjnym nickiem mam na moim własnym miejscu internetu jakichś niechcianych gości poszukujących mocnych wrażeń. Gdybym tylko przemyślała przyszłość mojej spontanicznej decyzji może byłoby inaczej... Może.
A propos. Czy wiedzieliście o tym, że truteń po zapłodnieniu pszczoły umiera? I to nie byle jak - jego śmierć jest bardzo damatyczna. Mianowicie tuż po spełnionym zadaniu, które odbywa się w locie, biedakowi odpada penis z charakterystycznym dźwiękiem, a on sam pada bez życia na ziemię. Los trutnia jest jeszcze gorszy niż los pana traszki - chyba lepiej czegoś nie mieć wcale, niż mieć i stracić oraz momentalnie umrzeć.
Pff. Jestem niepoważna. Piszę o pszczółkach i penisach, a potem dziwię się, że statystyki rosną.
Tak spoglądam, trochę niepewna, na statystyki i mam pewne podejrzenia, że w związku z moim kontrowersyjnym nickiem mam na moim własnym miejscu internetu jakichś niechcianych gości poszukujących mocnych wrażeń. Gdybym tylko przemyślała przyszłość mojej spontanicznej decyzji może byłoby inaczej... Może.
A propos. Czy wiedzieliście o tym, że truteń po zapłodnieniu pszczoły umiera? I to nie byle jak - jego śmierć jest bardzo damatyczna. Mianowicie tuż po spełnionym zadaniu, które odbywa się w locie, biedakowi odpada penis z charakterystycznym dźwiękiem, a on sam pada bez życia na ziemię. Los trutnia jest jeszcze gorszy niż los pana traszki - chyba lepiej czegoś nie mieć wcale, niż mieć i stracić oraz momentalnie umrzeć.
Pff. Jestem niepoważna. Piszę o pszczółkach i penisach, a potem dziwię się, że statystyki rosną.
piątek, 3 października 2014
Ślubny szał po raz wtóry
Zatem piątek.
Po całym tygodniu następuje tenże i właśnie siedzę całą powierzchnią wojego ciała na sofie, popijam tradycyjną popołudniową herbatę z mlekiem i cieszę się brakiem planów. Choć co prawda gdzieś tam w zamętach umysłu czają się zarysy tego, co mogłabym zrobić, ale wiadomo, najpierw należy przekonać samca, by zechciał uczestniczyć w zarysach.
Oto nadchodzi tenże.
Wyznaje szczerze do bólu, że wrócił późno, bo wciągnęły go pokemony. Żeby mnie kiedyś jakieś pokemony nie wciągnęły...
Ale do rzeczy. Dzisiaj spontanicznie wybrałam się służbowo na wielki spend. Major event, drogi zakorkowane, miejsca na parkingu brak, nie mówiąz już o zaparkowaniu vana. Targi ślubne to nie bułka z masłem. W tym roku wybrałyśmy się w charakterze szpiegów. Musiałam kilka razy skłamać, że to ja jestem panną młodą. Wszystko dla dobra mojej kariery zawodowej. Kierowana doświadczeniem nie dałam się nafaszerować ulotkami, wzięłam tylko te istotne dla śledztwa. Niestety, cukiernicy w odróżnieniu od reszty nie byli skorzy do rozdawania próbek ciast (szlag, na to liczyłam najbardziej). Nie dałam się też namówić na przymierzanie sukni ślubnej - nie mam ogolonych nóg, dajcie spokój. Aż tu nagle wyskakuje uśmiechnięta dziewczyna, pytając, czy na co dzień golę czy jednak używam wosku. Pani! Zima idzie, trzeba się przysposobić...
Tak, poza oczywistymi stoiskami z sukniami ślubnymi, garniturami, kiltami (na marginesie faceci w kiltach i całym tradycyjnym rynsztunku wyglądają tak, że kolana miękną), tortami, fotografami, florystkami i hotelami, można znaleźć preparaty do wybielania zębów - aby uśmiech nie kontrastował z suknią, nowy sposób na usuwanie zbędnego owłosienia - pewnie by uniknąć niechcianych "szczecin" w tym ważnym dniu, a także ślubne karaoke. To ostatnie było zajmujące, nie powiem, że nie.
Przymierzyłam jeszcze kilka tiar, obwąchałam kilka bukietów i obejrzałam pokaz mody, szukając tej pięknej modelki sprzed roku - na próżno.
Stwierdzam, że mogę tak pracować codziennie.
Po całym tygodniu następuje tenże i właśnie siedzę całą powierzchnią wojego ciała na sofie, popijam tradycyjną popołudniową herbatę z mlekiem i cieszę się brakiem planów. Choć co prawda gdzieś tam w zamętach umysłu czają się zarysy tego, co mogłabym zrobić, ale wiadomo, najpierw należy przekonać samca, by zechciał uczestniczyć w zarysach.
Oto nadchodzi tenże.
Wyznaje szczerze do bólu, że wrócił późno, bo wciągnęły go pokemony. Żeby mnie kiedyś jakieś pokemony nie wciągnęły...
Ale do rzeczy. Dzisiaj spontanicznie wybrałam się służbowo na wielki spend. Major event, drogi zakorkowane, miejsca na parkingu brak, nie mówiąz już o zaparkowaniu vana. Targi ślubne to nie bułka z masłem. W tym roku wybrałyśmy się w charakterze szpiegów. Musiałam kilka razy skłamać, że to ja jestem panną młodą. Wszystko dla dobra mojej kariery zawodowej. Kierowana doświadczeniem nie dałam się nafaszerować ulotkami, wzięłam tylko te istotne dla śledztwa. Niestety, cukiernicy w odróżnieniu od reszty nie byli skorzy do rozdawania próbek ciast (szlag, na to liczyłam najbardziej). Nie dałam się też namówić na przymierzanie sukni ślubnej - nie mam ogolonych nóg, dajcie spokój. Aż tu nagle wyskakuje uśmiechnięta dziewczyna, pytając, czy na co dzień golę czy jednak używam wosku. Pani! Zima idzie, trzeba się przysposobić...
Tak, poza oczywistymi stoiskami z sukniami ślubnymi, garniturami, kiltami (na marginesie faceci w kiltach i całym tradycyjnym rynsztunku wyglądają tak, że kolana miękną), tortami, fotografami, florystkami i hotelami, można znaleźć preparaty do wybielania zębów - aby uśmiech nie kontrastował z suknią, nowy sposób na usuwanie zbędnego owłosienia - pewnie by uniknąć niechcianych "szczecin" w tym ważnym dniu, a także ślubne karaoke. To ostatnie było zajmujące, nie powiem, że nie.
Przymierzyłam jeszcze kilka tiar, obwąchałam kilka bukietów i obejrzałam pokaz mody, szukając tej pięknej modelki sprzed roku - na próżno.
Stwierdzam, że mogę tak pracować codziennie.
poniedziałek, 29 września 2014
Post bez powodu
Zrobiło się dzisiaj ponuro szybciej niż zazwyczaj i spadł deszcz (oczywiście na 10 minut przed moim wyjściem z pracy, bo a jakżeby inaczej). A weekend był taki słoneczny i ciepły! Szarpnęłam się nawet na krótki rękaw spacerując z Angolem po Ludlow. Ostatnio odkrywamy to miasteczko na nowo. Nie wiedziałam, że ma w sobie tyle historii. Kościoły z wczesnego średniowiecza, zamek, w którym mieszkał książę Artur, dom, w którym przebywał jeden z braci Napoleona - Lucjan, wraz ze swoją rodziną, gdyż jedo sławny brat zakazał mu powrotu do rodzinnej Francji... Ach, tylu ciekawych informacji można się dowiedzieć spacerując po sklepach w poszukiwaniu spodka na torebki po herbacie. No i najważniejsze - otwarli na nowo De Grey's!
I weekend minął, kolejny tydzień przed nami. Zapowiada się dużo sprzątania i jeszcze więcej mysich bobków.
Zapomniałam się pochwalić, że kilka tygodni temu przyśnił mi się Chris Cornell. Fajny z niego chłop, mimo iż wybił mi z głowy koncert Audioslave. No trudno. Musi mi wystarczyć śpiew a capella specjalnie dla mnie.
Mogłabym się również pochwalić podpaleniem się, ale to nie powód do dumy.
Głupia, spaliłam sobie kawałek koncertowego t-shirta. Smuteczek.
Właściwie nie wiem, po co chciałam napisać notkę. Prawdopodobnie po to, by przy wrześniu w nawiasie pojawiła się cyfra 2. Uznajmy, że taki powod jest dobry jak każdy inny.
I weekend minął, kolejny tydzień przed nami. Zapowiada się dużo sprzątania i jeszcze więcej mysich bobków.
Zapomniałam się pochwalić, że kilka tygodni temu przyśnił mi się Chris Cornell. Fajny z niego chłop, mimo iż wybił mi z głowy koncert Audioslave. No trudno. Musi mi wystarczyć śpiew a capella specjalnie dla mnie.
Mogłabym się również pochwalić podpaleniem się, ale to nie powód do dumy.
Głupia, spaliłam sobie kawałek koncertowego t-shirta. Smuteczek.
Właściwie nie wiem, po co chciałam napisać notkę. Prawdopodobnie po to, by przy wrześniu w nawiasie pojawiła się cyfra 2. Uznajmy, że taki powod jest dobry jak każdy inny.
piątek, 26 września 2014
Wielki powrót siura
Przydałyby się werble, bo oto jest - nowy post. Po wielu dniach sprawdzania, odświeżania i nękania autorki pytaniami, kiedy coś nowego napisze, w archiwum pod nazwą Wrzesień pojawi się cyfra 1 w nawiasie. Co za podniosła i uroczysta chwila!
Nawet nie będę próbować streścić tego, co działo się przez ten czas, bo to z góry przesądzone, że nie dam rady. Na swoje usprawiedliwienie wtrącę tylko, że nie podoba mi się, gdy mój własny, malutki laptopik się psuje, ponieważ pisanie postów mobilnych jest irytujące. Łatwość usuwania notki jest jeszcze większa, niż za czasów zamierzchłego onetu. Także napisałam coś, owszem, wspominałam o mojej fascynacji szyszkami, o sąsiadach, którzy wyjęli z okien worki na śmieci i o tym, że jadę na ślub Aneka i Zbycha. A później niechcący mi się kliknęło i całe moje skrupulatne dotykanie paluszkiem ekranu telefonu poszło! Nawet mnich tybetański by się wkurzył.
Aktualizując informacje nadal podtrzymuję ekscytację szyszkami. Szyszki są fantastyczne! Fenomenalne, inspirujące, ładnie pachną i w ogóle są super. Moi sąsiedzi faktycznie pozbyli się z okien worków na śmieci. Wystawiali je zawsze. Worki sobie powiewały na wietrze, a ja - wraz z innymi wnikliwymi obserwatorami - snułam teorie, po co sąsiadom worki na śmieci za oknem. Dwie tezy okazały się być najlepiej uargumentowane. Teza pierwsza, która zakładała, iż worki na śmieci odstraszają ptaki, które lubią sobie tak o, od czasu do czasu wlecieć w okno rozbijając sobie dziób o szybę. Teza druga zakładała, że moi sąsiedzi są wariatami. Teraz nie wiem co myśleć, bo worków nie ma. Nawet zaczęłam się trochę martwić, poważnie!
A ślub Aneka i Zbycha? No był! I ja z Angolem też na nim byliśmy. Największy stres związany z tańczeniem ze Zbychem ( "bo przecież ja nie umiem, a on tak i wszyscy będą patrzeć, bo to w końcu jego ślub to będzie w centrum uwagi, a na pewno będzie chciał ze mną zatańczyć, bo kto by nie chciał, a ja nie odmówię, bo to w końcu jego ślub i trzeba być miłym, i jest teraz w rodzinie, o kurka, co ja zrobię") okazał się zbędny. Pod koniec już nawet trochę zajarzyłam! Anek wyglądała przepięknie! I udowodniła wszystkim, że ciągle potrafi zatańczyć irisha, nie tylko salsę :) Angol miał szansę poznania mojej familii. Czekaliśmy na "Przepióreczkę", lecz się nie doczekaliśmy, bo niestosowna. Ogólnie to warto było się tłuc samochodem, by spędzić trzy dni w Polsce, na weselu. I to nie byle jakim, bo Anekowym :)
Tera nastał spokój. Teoretycznie. W pracy mam wciąż zapewnioną ciągłość, jeśli chodzi o wesela, a do tego mam kilka bonusów w formie nieproszonych gości. Ach uroki życia na farmie!
Powoli nadchodzi jesień, co bardzo mnie cieszy. Lubię jesień. Jest wtedy tak ładnie i można pić więcej gorącej herbaty oraz wyciągnąć swetry, czapki i szaliki, można pozbierać kasztany i szeleścić liśćmi w parku... Jesień jest fajna.
A kto jej nie lubi ten ma pecha.
Nawet nie będę próbować streścić tego, co działo się przez ten czas, bo to z góry przesądzone, że nie dam rady. Na swoje usprawiedliwienie wtrącę tylko, że nie podoba mi się, gdy mój własny, malutki laptopik się psuje, ponieważ pisanie postów mobilnych jest irytujące. Łatwość usuwania notki jest jeszcze większa, niż za czasów zamierzchłego onetu. Także napisałam coś, owszem, wspominałam o mojej fascynacji szyszkami, o sąsiadach, którzy wyjęli z okien worki na śmieci i o tym, że jadę na ślub Aneka i Zbycha. A później niechcący mi się kliknęło i całe moje skrupulatne dotykanie paluszkiem ekranu telefonu poszło! Nawet mnich tybetański by się wkurzył.
Aktualizując informacje nadal podtrzymuję ekscytację szyszkami. Szyszki są fantastyczne! Fenomenalne, inspirujące, ładnie pachną i w ogóle są super. Moi sąsiedzi faktycznie pozbyli się z okien worków na śmieci. Wystawiali je zawsze. Worki sobie powiewały na wietrze, a ja - wraz z innymi wnikliwymi obserwatorami - snułam teorie, po co sąsiadom worki na śmieci za oknem. Dwie tezy okazały się być najlepiej uargumentowane. Teza pierwsza, która zakładała, iż worki na śmieci odstraszają ptaki, które lubią sobie tak o, od czasu do czasu wlecieć w okno rozbijając sobie dziób o szybę. Teza druga zakładała, że moi sąsiedzi są wariatami. Teraz nie wiem co myśleć, bo worków nie ma. Nawet zaczęłam się trochę martwić, poważnie!
A ślub Aneka i Zbycha? No był! I ja z Angolem też na nim byliśmy. Największy stres związany z tańczeniem ze Zbychem ( "bo przecież ja nie umiem, a on tak i wszyscy będą patrzeć, bo to w końcu jego ślub to będzie w centrum uwagi, a na pewno będzie chciał ze mną zatańczyć, bo kto by nie chciał, a ja nie odmówię, bo to w końcu jego ślub i trzeba być miłym, i jest teraz w rodzinie, o kurka, co ja zrobię") okazał się zbędny. Pod koniec już nawet trochę zajarzyłam! Anek wyglądała przepięknie! I udowodniła wszystkim, że ciągle potrafi zatańczyć irisha, nie tylko salsę :) Angol miał szansę poznania mojej familii. Czekaliśmy na "Przepióreczkę", lecz się nie doczekaliśmy, bo niestosowna. Ogólnie to warto było się tłuc samochodem, by spędzić trzy dni w Polsce, na weselu. I to nie byle jakim, bo Anekowym :)
Tera nastał spokój. Teoretycznie. W pracy mam wciąż zapewnioną ciągłość, jeśli chodzi o wesela, a do tego mam kilka bonusów w formie nieproszonych gości. Ach uroki życia na farmie!
Powoli nadchodzi jesień, co bardzo mnie cieszy. Lubię jesień. Jest wtedy tak ładnie i można pić więcej gorącej herbaty oraz wyciągnąć swetry, czapki i szaliki, można pozbierać kasztany i szeleścić liśćmi w parku... Jesień jest fajna.
A kto jej nie lubi ten ma pecha.
Subskrybuj:
Posty (Atom)