wtorek, 25 listopada 2025

Za stara na pogo?

Zrobiłam to. Z uśmiechem na twarzy i w podskokach pognałam pod scenę, żeby sobie to wytańczyć. 

To uczucie trudne do opisania, móc znowu poczuć tę euforię i wolność, zmieścić w sobie falę wspomnień, które napływały z każdym kolejnym dźwiękiem. Móc na chwilkę zamknąć oczy, przenieść się w czasie i pozwolić ciału ruszać się w rytm muzyki. W dodatku nie byle jakiej, ale właśnie Kwasożłopów, moich ulubieńców. Tak, tak, zgadza się, stara miłość nie rdzewieje.

Śmiało mogę napisać, że odzyskałam siebie. I got my pink back. And it feels bloody amazing.

Wszystkim, którzy się do tego przyczynili - dziękuję. Z całego serca. Okazuje się, że nie jestem za stara na pogo.

sobota, 25 stycznia 2025

Are you still siur?

 Yes I am.

A przynajmniej jakaś część mnie, w wolnych chwilach, w zadumie pomiędzy zmywaniem stosu ubrudzonych plastikowych miseczek z psiego pat(r)olu a ściganiem dwulatki, która znowu zabiera starszemu bratu zabawki i wrzuca je do wanny dla frajdy - w tych chwilach gdzieś pomiędzy jeszcze jestem siur.

Nigdy nie wiedziałam tak do końca, co znaczy nie mieć czasu dopóki na świecie nie pojawiły się moje własne latorośle. Nie miałam także pojęcia, co znaczy bezinteresowna miłość, aż dopóki nie trzymałam w ramionach mojego pierworodnego. Oraz nie zdawałam sobie sprawy, że miłość można tak łatwo pomnożyć, biorąc w ramiona drugie dziecko, chociaż wydawało mi się, że już więcej miłości w sobie zmieścić nie mogę. Jednak jestem pojemna.

Wiele się zmieniło, ale jednocześnie dużo pozostało bez zmian. Ciągle jestem w Szuruburu, nadal uwielbiam to miasto, każdej jesieni zakochuję się w nim na nowo. Nadal mam moich przyjaciół, którzy chociaż daleko, to jednak pomagają i ciągle są, mimo wszystko. Nadal nie lubię kminku, ani nie przepadam za gołębiami. Z uczęszczaniem na koncerty trochę trudniej, ale na wszystko jeszcze przyjdzie czas. Do zeszłorocznych sukcesów mogę dodać pierwszy rodzinny woodstock (teraz Pol'and'rock), który wszystkim przypadł do gustu.

Tak sobie myślę, że ten nowy rok będzie inny. Mój poprzedni post pisałam w rozpaczy i przez łzy.  Te dwa posty dzieli prawie rok. Dzisiaj mam uśmiech na twarzy. Wychodzę z kokonu kocyka, z nową energią, świadomością i pewnością siebie, że mi się uda. Może powinnam wrócić do pisania? 

piątek, 26 stycznia 2024

Voodoo Child

Do zobaczenia w innym świecie, M.

***
Czasem zdarzają się takie momenty w życiu, kiedy wszystko nabiera nowego znaczenia. Wiele dni minęło od ostatniego wpisu, wiele rzeczy się zmieniło i wiele razy zgubiłam drogę. Ale jestem tu, znów, rozpamiętując pewne słowa i gesty. 
Jeszcze tak się stanie, że odzyskam swój róż. I'll get my pink back. I wówczas w swawolnych podskokach i z wiatrem we włosach pohulam pod scenę, żeby krzyczeć jak opętana i wytańczyć to sobie.  Jeszcze strącę szczyt góry wierzchem dłoni. Tak zrobię. 
Ale teraz pozwolę sobie na przykrycie się milusim kocykiem, zwinięcie się w kłębek w łóżku i przeczekanie tego złego czasu.

wtorek, 8 stycznia 2019

Czytelnicze podsumowanie roku 2018

Pewnie już kiedyś narzekałam, że nie lubię końca roku, sylwestra i tego całego ambarasu przy pisaniu nowej daty. Zazwyczaj w Nowy Rok czuję przypływ motywacji i dzielnie zakładam cele na następne 365 dni (tego pierwszego dnia odpuszczam). W zeszłym roku obiecałam sobie, że przeczytam 12 książek. Jeszcze kilka lat temu zakpiłabym sama z siebie. Jedna książka w miesiącu? Poważnie?
Udało mi się przeczytać 5 pozycji, słownie PIĘĆ.

1. "Gwiezdny pył" N. Gaimana. Przyjemna historia, znana, ale jakby ładniejsza, kiedy się ją przeczyta.
2. "Amerykańscy bogowie" tegoż. Zaczęłam od serialu, może niepotrzebnie, bo potem nie umiałam sobie zwizualizować nikogo innego jako Cienia, jak tylko aktora z serialu Netflixa.
3. "Chłopaki Anansiego" tegoż. Luźna kontynuacja poprzedniej pozycji, rozgrywająca się w tym samym świecie. Czytało się lekko i kilka razy uśmiechnęłam się do autora za te polskie akcenty (zresztą nie pierwszy raz po nie sięga).
4. "I nie było już nikogo..." A. Christie. To moja pierwsza książka królowej kryminału, którą poleciła mi kiedyś koleżanka. Czytając to po raz pierwszy, książka miała rasistowski tytuł.
5. "Ciemno, prawie noc" J. Bator. Oj, jak miło przeczytać kawałek dobrej, polskiej prozy... Zajęło mi trochę przyzwyczajenie się do stylu, ale jak już załapałam to aż nie chciało się kończyć lektury.

Na ten rok podtrzymuję swoje postanowienie. Może kiedyś się uda wypełnić je w 100%.

Przyjmuję propozcyje książkowe pod tym postem, tylko poważne oferty.

czwartek, 15 listopada 2018

Raz, dwa... próba mikrofonu

Pamiętam, że kiedyś ktoś z czytelników zasugerował, żebym zmieniła kolor i wielkość czcionki, bo się oczy za bardzo męczą przy dłuższym czytaniu bloga. Persono, zrobiłam to z dedykacją dla ciebie, kimkolwiek i gdziekolwiek jesteś. A przy okazji i dla siebie, bo wzrok już nie ten co kiedyś i ileż można iść w zaparte.

(właśnie sąsiad wracał z papieroska i mijając na korytarzu nasze drzwi wdzięcznie beknął, również pozdrawiam)

Od ostatniego blogowania upłynęło dużo wody w rzece Severn. Sama rzeka kilka razy wylała, a raz prawie się zamieniła w mały strumyk z powodu suszy minionego lata. Ja też trochę się zmieniłam. Dojrzałam niczym walijski cheddar. Mam męża, pełnowymiarową pracę, do której chodzi się w uniformie z imienną plakietką oraz posiadam prawo jazdy. Od ponad trzech lat mieszkam w tym samym miasteczku i nadal pałam do niego sympatią. Dalej podróżuję po Wielkiej Brytanii, może nie do końca tyle, ile bym sobie tego życzyła, ale niestety tyle, na ile czas pozwala, odkrywając coraz to piękniejsze miejsca - Szkocjo, tęsknię! Zyskałam kilka nowych ważnych osób w moim życiu i wciąż poszukuję weny, bo pisanie nie idzie tak gładko jak kiedyś.
Z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu poczułam potrzebę powrotu tutaj, na bloga. Nie mam niczego mądrego do powiedzenia, ale w dzisiejszych czasach, kiedy wszystko jest ulotne i tymczasowe jak relacje i zdjęcia na snapchacie, chciałabym mieć coś, do czego wrócę za kilka lat, przeczytam, i pomyślę "ale to zgrabnie napisałam!".

poniedziałek, 15 października 2018

Tak na wszelki wypadek

Usunęli mi starego bloga.

To tak jakby kilka lat wspomnień zostało mi odebrane. Auć.
Dlatego piszę tu choć kilka zdań, żeby historia się nie powtórzyła. Chociaż w sumie, może mnie coś tknie i wrócę, bo nigdy nie wiadomo...

poniedziałek, 15 lutego 2016

Miastowa

Milczę. Ciągle jeszcze istnieję, ale nie mam czasu, żeby zebrać myśli w poprawne gramatycznie zdanie.
Taka jestem miastowa.

środa, 21 października 2015

Owczarek niemiecki

Zainspirowała mnie śmierć.
Od dwóch lat jeżdzę taką samą drogą do pracy. Jeśli warunki mi na to pozwalają wsiadam na rower. Mam już swój rytuał: spoglądam na dom z workami na śmieci w oknach, czasem mijam dostawcę lokalnej gazety, zaglądam do ogródka przy drodze sprawdzić jak się mają truskawki w skrzynce z napisem volvo, obszczekuje mnie owczarek niemiecki... No właśnie. Za każdym razem wypatrywałam tego psa. Wylegiwał się w ogródku a na mój widok zawsze podnosił się i obszczekiwał tak długo, aż zniknęłam z pola widzenia (ewentualnie aż mu się znudziło). Bywały dni, że go nie widywałam i ogarniał mnie lekki niepokój, ale pojawiał się na następnego dnia i wiedziałam, że wszystko jest na swoim miejscu.
Dzisiaj jechałam do domu i zamiast starego druha zobaczyłam małego szczeniaczka.

Jeden z elementów mojego rytuału został zaburzony. Poczułam, że to znak.

Za niecałe dwa tygodnie przeprowadzam się do innego mieszkania, w innym mieście. Już nie będę dojeżdżać do pracy na rowerze, zniknie więc obecny rytuał. Biorąc pod uwagę, że wszystkie moje przeprowadzki miały charakter chaotyczny (i było ich aż, bagatela! dwie) i nigdy tak do końca ich nie rozplanowałam, teraz trzęsę portkami. To konkretna sprawa i nie mam pojęcia, od czego zacząć. Na samą myśl, że nasza chatka nie będzie już nasza robi mi się bardzo smutno... więc staram się nie myśleć. Nie ma co ukrywać, że przywiązałam się do tego miejsca, w końcu trzy lata to szmat czasu.
Lecz dzisiejsza rozmowa o owczarku niemieckim coś zmieniła. Pomyślałam sobie, że na wszystko jest w życiu odpowiedni czas.
Teraz nastaje czas na opuszczenie chatki i rozpoczęcie nowego życia w nowym mieszkaniu.

A pies? Pewnie jest teraz szczęśliwy gdzieś daleko, w świecie bez irytujących rowerzystów.

środa, 30 września 2015

Najlepsze miejsce do ukrywania się we wrzosach

Jakiś czas temu wspomniałam, że jak znajdę trochę czasu to napiszę Wam o najlepszym miejscu do ukrywania się we wrzosach. Czasu co prawda nie mam, ale przy kubku kawy z mlekiem czekoladowym (bez laktozy) naszła mnie ochota na pisanie. Takiej okazji nie można odtrącić.

Wrzosy w chwili obecnej nie są imponujące, gdyż okres ich świetności przypada na koniec sierpnia i początek września. Kiedyś dawno temu, w odległym dzieciństwie czytałam książkę, w której bohaterka jechała do swojego nowego domu przez wrzosowisko. Nie do końca świadoma co to znaczy, wyobrażałam sobie jakieś ponure, straszne miejsce. Nic bardziej mylnego.

Niedaleko miejscowości, w której mieszkam rozciągają się pofałdowane wzgórza. Nie ma nic oprócz owiec, paproci, borówki i wrzosów właśnie (i lotniska dla szybowców). Kiedy wrzosy zaczną kwitnąć to miejsce wygląda bajecznie!

Gdy zapytacie, gdzie są najlepsze, najpiękniejsze wrzosowiska w Anglii zapewne usłyszycie, że w Yorkshire. Tam ogólnie wszystko jest najlepsze, jak powszechnie wiadomo ;) Warto jednak wziąć pod uwagę wciąż tajemnicze i sielskie Shropshire Hills. A jeśli jesteście nie tylko fanami flory, ale także amatorami wędrówek po górach to polecam wejść na Caer Caradoc i tam na samym szczycie z powodzeniem można chować się we wrzosach i obiecuję, nikt Was nie znajdzie.

Sami popatrzcie.



wtorek, 22 września 2015

Jak zarobić fortunę przez internet

Jak zarobić fortunę przez internet?

Nie mam bladego pojęcia, ale jeśli ktoś wie, chętnie wysłuchać wszelkich wskazówek.

Wiem jednak kiedy podświadomość wysyła sygnał, że zbliża się podeszły wiek. Próbuje dotrzeć do świadomości poprzez sny. Przykład:
S. (otwiera szafkę w łazience): Co jest? Kto zużył mój cały krem różany pod oczy?
A. (przeciągle): Ja... Bo miałem suche kolana.
S. (rozpacz): @#/%&*$£¥§

Kurtyna.

poniedziałek, 14 września 2015

Ciągle dycham

Dla uspokojenia wszystkich, którzy niepewnie zerkają na ten zakątek internetu i martwią się, że od jakiegoś czasu nic się nie pojawia - pragnę Was powiadomić, że ciągle żyję, mam się dobrze i jedyne czego mi brakuje to wolny czas. Co w sumie jest dobrą informacją.
Pomiędzy próbami poprawienia kondycji, szukaniem nowego lokum, wypadami do kina i pracą mam czas na sen. Stąd milczenie. I czasem też, prawda, weny brakuje.  Tak już z nią jest, że gdy jest potrzebna, to jej nie ma.

Aby ten post nie był tylko tłumaczeniem się przed Wami zdradzę sekret. Krwawy sekret.
Rozjechałam gołębia... W jednej chwili pojawił się na przejściu dla pieszych i zdecydował, że się przespaceruje. To był jego ostatni spacer.

Ups.

Jak mi się znowu zechce (czyt. znajdę czas) to napiszę o najlepszym miejscu do chowania się we wrzosach. Bywajcie!

sobota, 18 lipca 2015

Aberystwyth

Jest sobie takie miasto na mniej więcej środkowym wybrzeżu Walii, którego nazwa na pierwszy rzut oka jest niewypowiadalna dla zwykłego śmiertelnika. Aberystwyth. Kiedyś, nie wiedzieć czemu, kojarzyło mi się z absyntem. Teraz kojarzy mi się bardziej z ogniskami na plaży i hazardem.

W Aberystwyth - jak w każdej szanującej się mieścinie na Wyspach Brytyjskich - znajduje się zamek. Niewiele z niego zostało, ale przyznam, musiał być imponujący za czasów swojej świetności. Obawiam się, że jednak większą uwagę przykuwa budynek starego uniwersytetu, którym nie pogardziłby żaden fan Harrego Pottera. Chociaż do nich nie należę budowla znalazła u mnie wielką aprobatę (och te wieżyczki!). Zwłaszcza w świetle zachodzącego słońca. Już nawet wyobraziłam sobie siebie samą, siedzącą na nużącym wykładzie, spoglądającą przez okno w dal, na fale rozbijające się o skały. O tak.

Budynek uniwersytetu Aberystwyth

środa, 15 lipca 2015

Na zielono i niebiesko

Ostatnio pisanie nie przychodzi mi z taką łatwością jak kiedyś. Zbieram w głowie myśli, formuję je w zdania, ale potem jakaś niewidzialna siła powstrzymuje mnie przed ich zapisaniem. To chyba świadomość i powątpiewanie przyczyniły się do tej blogowej ciszy.
Zresztą nie tylko tu brak nowości. Od dawna przestałam pisać jakiekolwiek teksty. Chciałabym, ale nie czuję się wystarczająco dobra.

Za milczenie można również obarczyć naszą ludzką rasę. Zwyczajnie się zniechęciłam. Czasem po prostu łatwiej i zdrowiej jest zamknąć usta. Przemilczeć. Olać gorącym strumieniem moczu.

Jakiś czas temu zdarzyło mi się oglądać znowu "Amelię". Zapomniałam, jaki to piękny film, zostawiający w człowieku ciepło jeszcze na długo po jego obejrzeniu. Byłoby pięknie żyć w świecie Amelii. Takim prostym, szczerym, w odcieniach czerwieni. Tak... hm. Muszę zadowolić się życiem siurkowym, które jest trochę bardziej skomplikowane, w kolorze zieleni i błękitu.

Ostatnio znowu byliśmy nad morzem. Wpatrując się w horyzont myślałam o tym, że tam gdzieś daleko dokładnie przede mną zaczyna się Irlandia. Wdychanie jodu zdecydowanie mi sprzyja. Tak sobie myślę, że gdybym dożyła emerytury mogłabym zamieszkać nad morzem. Spacerowałabym rano po plaży znajdując setki muszli i połamane szczypce krabów.

***
Tęsknię do Woodstocku. Już niedługo!

środa, 1 lipca 2015

24 dni

24 dni do wyjazdu na Woodstock! Jupiii!

sobota, 20 czerwca 2015

A może by tak...

Czasami zastanawiam się, czy nie łatwiej byłoby po prostu rzucić tym wszystkim, odciąć się od ludzi, całego zakłamanego świata i zamieszkać wśród dziczy.
Z gromadką psów, by mieć przy sobie towarzystwo przyjaciół na dobre i na złe.

wtorek, 16 czerwca 2015

Mądrości Dr House'a

Dr House mawiał, że ludzie się nie zmieniają. Odważę się nie zgodzić. Ludzie się zmieniają, przynajmniej w pewnych aspektach.

Weźmy na przykład mnie.

Jeszcze kilka lat temu w moim pokoju ustanowiłam kategoryczny zakaz dla wegetacji. Przez wiele lat walczyłam z wiszącą nad łóżkiem paprotką (ostatecznie wygrałam), potrafiłam ususzyć kaktusy a jak podlewałam mamie kwiatki to zawsze je przelewałam.
Dzisiaj mój parapet jest pozastawiany doniczkami z kaktusopodobnymi i ziołami, przed chatką stoją doniczki z kwiatami, warzywami i resztą ziół, a wczoraj zakwitły zeszłoroczne goździki. Co więcej, przesadzanie i dopatrywanie roślinek rosnących z nasion stało się jedną z moich rozrywek. Kiedyś nie lubiłam babrania się w ziemi. Dziś uważam to za trapeutyczne zajęcie. A kanapki z samodzielnie wychodowaną sałatą albo ziemniaki posypane domowym koperkiem - mniam!
Albo inny przykład. Kiedyś nienawidziłam oliwek. Krzywiłam się na samą myśl. Teraz sama od czasu do czasu wrzucam je do swojego jedzenia, bo zaczęły mi smakować. Ale tylko czarne. Zielone są dla mnie wciąż zbyt intensywne.
To może jeszcze przykład z gitarą. Kiedyś byłam przekonana, że moja kariera będzie się wiązać z muzyką. Gitara towarzyszyła mi niemal wszędzie. Dzisiaj nie pamiętam nawet nazw chwytów barowych, a gitara stoi w kącie i nie widuje światła dziennego. Ani żadnego innego.

Dr House mawiał także, że wszyscy kłamią.


A wspominam o House'ie z tego powodu, gdyż od poniedziałku do piątku spędzamy razem poranki. On zazwyczaj rzuca złośliwe komentarze, łyka Vicodin i ratuje ludzkie życia; ja jem płatki z mlekiem albo owsiankę i czeszę włosy. Jest ok.

wtorek, 9 czerwca 2015

Wędzony kabelek, hot wings i Walia w jednym

Jakiś czas temu siedziałam sobie przeglądając ciekawe blogi, tanie linie lotnicze i etsy, gdy nagle poczułam spaleniznę. Sprawdziłam wszystkie możliwe źródła zapaszku (łącznie ze skarpetkami), ale nie znalazłam niczego, co pachniałoby jak wędzony kabel. I wtedy mnie olśniło.

Kabel!!!

Na szczęście komputer ocalał, miałam tylko kilkunastodniową przerwę. Kto tęsknił ręka do góry!

Szybki update:
1. Odhaczony Grillstock na którym Angol miał darmową wyżerkę skrzydełek, objadłam się mięsa jak świnia i pobujałam się do The Heavy.  Konkurs jedzenia pączków przełożyłam na przyszły rok.
2. Przez tydzień byłam razem z Angolem właścicielką labradora i przypomniało mi się jak to jest mieć psią sierść na każdym skrawku ubrania.
3. Weekend spędzony nad morzem i w górach. Opaliłam sobie nogi i nabawiłam się zakwasów od spaceru po górkach. A wszystko w towarzystwie ludzi, którzy znają moje potrzeby. Luuuubię takie weekendy :)

Lato przyszło ukradkiem i bardzo mi się to podoba, może w końcu przstanie wiać jak w Kieleckim. Ogólnie jest dobrze, nawet bardzo, a gdy pomyślę, że już za 48 dni jedziemy na Woodstock...! Juhuuu!

wtorek, 26 maja 2015

Wyspa Skomer - z lornetką wśród puffinów

Miałam dzisiaj dużo czasu na myślenie podczas pucowania 40 szklanych waz, więc obmyśliłam zarys tego, co chciałabym napisać. Wcześniej nie było czasu - ani na myślenie, ani na pisanie. Bywa. Ale do rzeczy.

Jest takie miejsce, o którym jeszcze do niedawna nie miałam bladego pojęcia, a które obecnie znajduje się w czołówce moich ulubionych. To niesamowity, nieskalany ludzką ręką teren, gdzie można poczuć integrację z naturą i zatopić się w bezkresnym pięknie przyrody; to miejsce, gdzie człowiek jest tylko gościem i to proszonym, lecz z wizytą ograniczoną czasowo.

Po polsku: jest tam cudownie.

wtorek, 19 maja 2015

Niemodny blog

Ostatnio doszłam do przełomowego wniosku.
Otóż - piszę to z żalem - mój blog jest staromodny.

Nie jest na czasie. Nie zawiera absolutnie niczego, co powinien zawierać. Nie ma ani pożytecznych porad, ani przepisów, ani wskazówek dotyczących jak żyć na emigracji, ani jak się ubrać ładnie (ani jak się ubrać brzydko), nawet recenzji nie ma, że nawet nie wspomnę o jakichś mądrych przemyśleniach. Do niedawna ten blog nie posiadał nawet opisu w ustawieniach. Postanowiłam trochę to zmienić a pierwszym krokiem, który można zauważyć, jest zmiana kolorystczna.
Toksyczny zielony zaczął krzywdzić nawet moje oczy. O jedną parę ślepi za wiele.

Zatem skoro pierwszy krok już zrobiony, teraz powinno pójść jak po maśle.


A propos. Chyba przypaliłam ciasto. Niech to licho.

czwartek, 7 maja 2015

Inwazja Polaków na Flounder's Folly

Majówka już dawno poszła w niepamięć. Było mokro i zimno, i w ogóle mniej majowo niż sobie tego życzyłam. Nie przeszkodziło to wcale w grillowaniu (a jakże), ani tradycyjnej już wyprawie do przyjezdnego wesołego miasteczka w Ludlow. W poniedziałek pogoda zrobiła wszystkim miłą niespodziankę i pozwoliła przebić się promieniom słonecznym oraz wstrzymała ten szalony wicher. I dobrze, bo moje zioła mogłby tego dłużej nie znieść.
Tak się szczęśliwie złożyło, że właśnie w bank holiday'owy poniedziałek można było wejść na wieżę Flounder's Folly, o której już kiedyś wspominałam w tym miejscu. Dla przypomnienia: wbudowano ją w niejasnym celu 200 lat temu na szczycie wzgórza i stoi do teraz.
Wieża zazwyczaj jest zamknięta dla turystów, ale obiecaliśmy sobie z Angolem, że tam wejdziemy. W tym kraju mało znane obiekty historyczne często są otwarte tylko w wyznaczone dni w ciągu roku. Można sobie sprawdzić, w które dni zwiedzanie jest udostępnione i czyhać na okazję. Często wstęp jest darmowy (chociaż mile widziane jest wrzucenie monety do puszki w ramach datków).
Zatem plan na wolny poniedziałek był. Założyliśmy wygodne buty i w południe ruszyliśmy na szlak.
Szło się  przyjemnie. Zapach żywicy budził we mnie wspomnienie Beskidów. Słońce miło grzało, pobudzone owady odbijały się od twarzy, a bluza i szalik okazały się być zbędnym balastem. Dość szybko dotarliśmy na szczyt pod wieżę. Przekonaliśmy się, że nie tylko ja zainteresowałam się poznawaniem lokalnej historii, bo wokół budowli utworzyła się mala grupka emerytów z psami oraz kilka młodych jednostek. Pan Strażnik Wieży poradził, żebyśmy poczekali chwilę, bo na górze jest już tłok. Pospacerowaliśmy więc sobie dookoła, ponapawaliśmy się widokami (widok znajomy, w którą stronę nie spojrzysz - wzgórza, pastwiska i pola uprawne) i doczekaliśmy się naszej kolejki.
80 stóp wyskości (26 metrów) nieco zmieniło perspektywę. Dojrzeć można było Black Mountains w Walii pod warunkiem, że wiedziało się, gdzie szukać.  Dzięki tablicom informacyjnym mogłam dowiedzieć się mniej więcej gdzie jest co i pooglądać Great Malvern, Long Mynd czy Wrekin.
Gdy się napatrzyliśmy zarządzono odwrót. Pan Strażnik Wieży zagadał, czy się podobało, gdzie mieszkamy, a skąd pochodzimy. "Poland! Dziękuję!" okazało się, że synowa Pana Strażnika Wieży pochodzi z Opola i był na weselu. Froslaf, też tam był i Warsaw w '59. I jeszcze na Słowacji był i widział Tatry i w Rosji też był. Światowy Pan Strażnik Wieży. Przyjemnie nam się rozmawiało, nauczyliśmy jeszcze Pana powiedzieć "dzień dobry", a na koniec padł żart, że pewnie nie będziemy głosować na UKIP.
Ruszyliśmy więc w drogę powrotną. Schodziliśmy sobie i spotkaliśmy na drodze naszych rodaków (których wcześniej notabene nie załam). Uprzejmi ludzie, emeryci, wiadomo. Ucięliśmy sobie z nimi pogawędkę i sprzedaliśmy cynk, że Pan Strażnik Wieży mówi po polsku.
Ruszyliśmy w dalszą drogę, dotarliśmy do parkingu i spotrzegliśmy znajomy samochód - następni Polacy... Prawdziwy najazd! Gdby każdy z nas zarejestrował się do głosowania UKIP naprawdę nie miałby żadnych szans.

Ale i tak już po ptokach. Brytyjczycy dzisiaj głosowali. Nasza kolej wypada w niedzielę. Znowu mam twady orzech do zgryzienia, bo niby mogę głosować, ale nie wiem na kogo. Czy mogłabym oddać głos na Pana Strażnika Wieży? Wyglądał na takiego co to ma poukładane w głowie...

To tyle z nowości siurkowego podwórka. Poza tym tendencja spadkowa, bo jak się chrzani to wszystko naraz. Oby do weekendu, a później jakoś to będzie.