Teraz będzie o czymś na czasie. Jestem taka trendy!
Nie wiem jak u Was, ale dla mnie krem do opalania ma dodatkowo niezwykłe, a nawet rzekłabym magiczne właściwości. Nie chodzi mi o jego działanie - bo o tym przekonał się chyba każdy, sięgając po większe filtry UV (czyli np. ja i luby tydzień temu). Mam na myśli jego zapach. Nie ważne jaka marka - zawsze jest podobny. I momentalnie przenosi mnie w czasoprzestrzeni. Wystarczy że wsmaruję odrobinę kremu w ramiona - od razu czuję się jak na wakacjach nad morzem.
Nie ważne czy właśnie ugniatam trawnik na terenie basenu miejskiego, czy wyciągam racice siedząc na leżaku przed domem, czy pakuję kartony do służbowego vana. Jeśli czuję zapach kremu do opalania moje samopoczucie automatycznie się poprawia i robi mi się błogo. Oszukiwanie samego siebie?
Może. Ale za to jakie efektywne!
Poza tym wszystko w normie, wszyscy zdrowi, wszyscy zadowoleni z pogody, która umożliwia mi podróże w czasoprzestrzeni. Strongbow Dark Fruit, książka i śmierdzący bąk Angola błąkający się w powietrzu. Takie życie :)
czwartek, 11 lipca 2013
środa, 10 lipca 2013
Rocznica
Rok temu obroniłam swoją pracę magisterską. To był upalny dzień i miałam nogi samych bąblach, gdyż pogryzły mnie meszki. Dziś natomiast, w rok po uzyskaniu tytułu naukowego (haha), czyściłam i polerowałam duże lampiony, piłam pepsi w pubie w ramach godzin pracy, a wieczorem zakończyłam pierwszy rok kursu języka angielskiego. Było dużo śmiechu, dużo pakistańskiego jedzenia i ogórków :) Mimo iż moje dzieło odkupione potem, okraszone niewybrednymi przekleństwami, nawet w najmniejszym stopniu nie pomogło mi w dotarciu do tego miejsca, gdzie właśnie jestem - to jestem z niego dumna. A przy okazji całkiem szczęśliwa :)
O! Ojeje! Telepatia - właśnie otrzymałam maila od Piernika. Ta to ma wyczucie. Niech żyją edytorzy!
O! Ojeje! Telepatia - właśnie otrzymałam maila od Piernika. Ta to ma wyczucie. Niech żyją edytorzy!
sobota, 6 lipca 2013
Wypieki
Siur i Angol oglądają program kulinarny. Pani na ekranie, szeroko uśmiechnięta, zadowolona z życia w błyskawicznym tempie przygotowuje sernik. Momentalnie zachciało mi się sernika z brzoskwiniami, ale Angol wydedukował, że mi w życiu chodzi tylko o piernik z wiśniami.
Nie ma ani jednego, ani drugiego - są za to muffinki z budyniem (premiera, jeszcze nie skosztowałam).
Ponadto dziś z racji wyśmienitej pogody i przygotowań do Woodstocku, wraz z Angolem wytapialiśmy smalczyk z boczków. Pomyliłam się co do kremu z filtrem, za co publicznie chciałam przeprosić. Filtr 30 to nie za mało. To wręcz za dużo jak na pierwszy raz i opaliłam się tylko tam, gdzie się niedbale - lub wcale - posmarowałam. Efekt dość komiczny. Angol również stał się ofiarą filtra i zyskał barwy narodowe na nogach. Podejrzewam, że to forma zemsty, gdyż wylegiwaliśmy się na Union Jacku. A masz, a masz, wstrętny emigrancie!
Smażenie na słońcu zostanie zatem powtórzone, by zminimalizować obrażenia spowodowane przez kostrzyńskie słońce :)
Nie ma ani jednego, ani drugiego - są za to muffinki z budyniem (premiera, jeszcze nie skosztowałam).
Ponadto dziś z racji wyśmienitej pogody i przygotowań do Woodstocku, wraz z Angolem wytapialiśmy smalczyk z boczków. Pomyliłam się co do kremu z filtrem, za co publicznie chciałam przeprosić. Filtr 30 to nie za mało. To wręcz za dużo jak na pierwszy raz i opaliłam się tylko tam, gdzie się niedbale - lub wcale - posmarowałam. Efekt dość komiczny. Angol również stał się ofiarą filtra i zyskał barwy narodowe na nogach. Podejrzewam, że to forma zemsty, gdyż wylegiwaliśmy się na Union Jacku. A masz, a masz, wstrętny emigrancie!
Smażenie na słońcu zostanie zatem powtórzone, by zminimalizować obrażenia spowodowane przez kostrzyńskie słońce :)
piątek, 5 lipca 2013
Formalnie i profesjonalnie
Kolejny tydzień za mną. I za Tobą też, nie łudźmy się. Ale w tym miejscu skupiamy się bardziej na mnie, więc, no, sam rozumiesz.
Dni pełne sztucznego mchu, herbaty i sztucznego mchu w herbacie. Udało mi się znów zobaczyć kawałek Anglii, dzięki dwóm skrajne różnym instalacjom - urodziny córki farmera w ogromnym namiocie na farmie oraz klasyczne wesele w monumentalnej rezydencji w stylu gregoriańskim z rozległym ogrodem. Poza tym próbowałam przykleić szefową do stołu, dostałam firmową bluzkę (jeeej!) i założyłam konto bankowe w UK.
O tym ostatnim chciałam opowiedzieć.
Królowa zawsze stresowała się, kiedy czekała ją wizyta w banku. Przyznaję, że troszeczkę mi się to dziś udzieliło, bo to poważna sprawa - bank, konto, zarobki, paszporty, dowody... a czy mam wszystko, co jest mi potrzebne? A może o czymś nie wiem? Słowem dużo formalności. Jednakże po wejściu do lokalnego banku stres gdzieś się ulotnił. Poczekałam grzecznie na umówione wcześniej spotkanie i po chwili bardzo sympatyczna pani w średnim wieku zarosiła mnie do jej pokoju. Przy przekraczaniu progu pokazała mi swoje świeżo nabyte kwiaty ustawione w kącie, które zaplanowała zasadzić w ten weekend w swoim ogrodzie. Jak możecie się domyślać już po wstępie, całe spotkanie było niesamowicie przyjemne, a wszelkie formalności zostały mi jasno przedstawione i wyjaśnione. Przy okazji nasłuchałam się komplementów oraz zostałam zapewniona, że mogę dzwonić do pani bankierki, jeśli tylko będę mieć problem lub pytanie... albo gdy będę chciała porozmawiać o pogodzie czy o ogródku i kwiatach :)
Morał z tej opowieści jest taki, iż poczyniłam kolejny kroczek do przodu, a gdy będę chciała sobie poprawić humor i zaczerpnąć pozytywnej energii, przejdę się do banku ^^
Za 3 tygodnie Polska!
Dni pełne sztucznego mchu, herbaty i sztucznego mchu w herbacie. Udało mi się znów zobaczyć kawałek Anglii, dzięki dwóm skrajne różnym instalacjom - urodziny córki farmera w ogromnym namiocie na farmie oraz klasyczne wesele w monumentalnej rezydencji w stylu gregoriańskim z rozległym ogrodem. Poza tym próbowałam przykleić szefową do stołu, dostałam firmową bluzkę (jeeej!) i założyłam konto bankowe w UK.
O tym ostatnim chciałam opowiedzieć.
Królowa zawsze stresowała się, kiedy czekała ją wizyta w banku. Przyznaję, że troszeczkę mi się to dziś udzieliło, bo to poważna sprawa - bank, konto, zarobki, paszporty, dowody... a czy mam wszystko, co jest mi potrzebne? A może o czymś nie wiem? Słowem dużo formalności. Jednakże po wejściu do lokalnego banku stres gdzieś się ulotnił. Poczekałam grzecznie na umówione wcześniej spotkanie i po chwili bardzo sympatyczna pani w średnim wieku zarosiła mnie do jej pokoju. Przy przekraczaniu progu pokazała mi swoje świeżo nabyte kwiaty ustawione w kącie, które zaplanowała zasadzić w ten weekend w swoim ogrodzie. Jak możecie się domyślać już po wstępie, całe spotkanie było niesamowicie przyjemne, a wszelkie formalności zostały mi jasno przedstawione i wyjaśnione. Przy okazji nasłuchałam się komplementów oraz zostałam zapewniona, że mogę dzwonić do pani bankierki, jeśli tylko będę mieć problem lub pytanie... albo gdy będę chciała porozmawiać o pogodzie czy o ogródku i kwiatach :)
Morał z tej opowieści jest taki, iż poczyniłam kolejny kroczek do przodu, a gdy będę chciała sobie poprawić humor i zaczerpnąć pozytywnej energii, przejdę się do banku ^^
Za 3 tygodnie Polska!
poniedziałek, 1 lipca 2013
Wielki come back cytrynówki
[patrzy niepewnie w stronę edytora]
Chrząknięcie.
Angol mi powiedział, że nie ma co czytać w internecie, zatem piszę. Wiem, że ostatnio pozarastało tu pajęczynami, ale tak jest na wsi - zostawi się coś bez użytku na jakiś czas, a insekty od razu się do tego dorwą.
Co nowego? Przeżyliśmy wizytację jednego z Kołków! Szczur odwiedziła nasze progi i trochę pozwiedzaliśmy, trochę pograliśmy w Monopoly, trochę popiliśmy... przyjemnie było :) Niestety pogoda pokrzyżowała plany rzucenia uroku na Szczura, ale można to nadrobić następnym razem. Z drugiej strony - dobre rzeczy należy umiejętnie dozować, by się tak od razu nie przejadły. Jednakże jestem niezmiernie dumna z odkrycia fenomenalnego pubu w Shrewsbury, któremu klimatu nie można odmówić. Do tego zaskoczyłam samą siebie, pijąc cytrynówkę roboty Szczura, gdyż zarzekałam się, że ja jej pić nie będę! Cóż. Piłam. Bo dobra była i wchodziła, jak za starych czasów, gdy cytrynówka mi się nie przeżarła :P
Zatem dziękuję Szczurowi za światełko w tunelu dla cytrynówki, za towarzystwo, wyręczenie mnie z obowiązków i w ogóle za to, że się jej chciało taki kawał drogi lecieć :) :* Mam nadzieję, że było warto. Tak jak warto czasem dla kaprysu kupić coś niekoniecznie niezbędnego do życia, aby w reszcie otrzymać dwufuntówkę.
Odwiedziny odwiedzinami, a tu zwykłe życie się toczy dalej. Pracowity siurek został rozłożony na łopatki przez wstrętną chorobę, lecz na szczęście był to krótki epizod, zakończony happy endem. Szkoda tylko, że zamiast podziwiać niezwykłe okolice kompleksu szkół rodem z filmu, ja modliłam się w duchu, aby pojechać już do domu. Naprawdę, gdyby nie dolegliwości, zastanawiałabym się poważnie nad powrotem do edukacji. Stare, ceglane budynki, wieżyczki, kaplica, zielone trawniki, ogromne, rozgałęzione drzewa, przystojni młodzieńcy... ekhm, znaczy ten, renoma w kraju - wszak jedna z najlepszych szkół w Królestwie! A jako wisienka na torcie podobizna iguany u stóp podobizny Darwina. Łatwo wpaść w zauroczenie, a zapał do nauki odżywa na nowo.
[Ihihi właśnie wyobraziłam sobie siebie w szkolnym mundurku, siedzącą na lekcji jak na tureckim kazaniu ihihihi tak, to byłoby bardzo poniżające :P]
Póki co, zostanę przy moim kursie językowym, przynajmniej mogę porać w chińskie szepty, czyli po polsku głuchy telefon i jest zabawnie ;)
***
Dzień Psa.
Za 25 dni wyściskam piesiuńcia!!! <3
wtorek, 18 czerwca 2013
Oh long Johnson
No tak. Godzina 22, a my dopiero wzięliśmy się za porządki przed przyjazdem gościa. Ale tak to jest, gdy człowiek cały dzień przylepia sztuczny mech do waz, zamiast szaleć ze ścierką po chacie.
Od ostatniego wpisu chyba wiele się wydarzyło. Piszę chyba, bo ręki nie dam sobie uciąć. Chociaż nie umiem dokładnie wyliczyć, co takiego się działo, wewnętrzny głosik piskliwie podpowiada mi, że działo się sporo. Mogę nadmienić ciekawostkę o nowym asortymencie bielizny (love Primark) oraz wprawie w układaniu małych bukiecików.
I widzieliśmy dzieciaka, który robił numer z oh long Johnson! Przysięgam na ogórki kiszone, że tak było!
Jutro skoro świt otworzę oczka, szybka toaleta, płatki z mlekiem, rower i do pracy - a, nie! Inaczej! Jutro skoro świt wsiadamy w Tornado i jedziemy na lotnisko po Szczura! Hurra, hurra!
Bez odbioru.
Od ostatniego wpisu chyba wiele się wydarzyło. Piszę chyba, bo ręki nie dam sobie uciąć. Chociaż nie umiem dokładnie wyliczyć, co takiego się działo, wewnętrzny głosik piskliwie podpowiada mi, że działo się sporo. Mogę nadmienić ciekawostkę o nowym asortymencie bielizny (love Primark) oraz wprawie w układaniu małych bukiecików.
I widzieliśmy dzieciaka, który robił numer z oh long Johnson! Przysięgam na ogórki kiszone, że tak było!
Jutro skoro świt otworzę oczka, szybka toaleta, płatki z mlekiem, rower i do pracy - a, nie! Inaczej! Jutro skoro świt wsiadamy w Tornado i jedziemy na lotnisko po Szczura! Hurra, hurra!
Bez odbioru.
wtorek, 11 czerwca 2013
Morza szum, ptaków śpiew
Ostatnio mój grafik się zapełnił i nie brak mi zajęć, za to czasu brakuje na spisywanie spostrzeżeń. Nieskromnie powiem, że olśniewam swoim urokiem i wreszcie jest czego gratulować, bo po długich i żmudnych zmaganiach w poszukiwaniu odpowiedniej pracy zostałam zatrudniona. I to nie byle gdzie, lecz w miejscu, które mi się podoba! Miło zmierzać do pracy z uśmiechem na ustach.
- A propos... dzisiaj gołębie obsrały mi rower. Siarczysty policzek. Zapamiętam to sobie.
Tak więc od kilku dni uczę się nowych rzeczy, budzę swoją kreatywność i raz w tygodniu zwiedzam okolice oraz poznaję obyczaje tubylców. Brzmi świetnie, prawda?
Przy okazji zwiedzania... odświeżyłam swoją miłość do Walii. Poniekąd dzięki wyjazdom służbowym, ale w głównej mierze dzięki małej, popołudniowej wycieczce do Swansea, nadmorskiego miasta położonego na południu Walii. Nie będę się chwalić, kiedy ostatni raz było mi dane przechadzać się po plaży, bo w gruncie rzeczy nie ma czym. Dlatego tak przyjemnie dreptało się po mokrym piasku i wybierało co ładniejsze muszle (niektóre z wkładem - R.I.P. Przyjacielu ze Swansea). Razem z Angolem odbyliśmy dwie interesujące przechadzki tą samą ulicą. Najpierw w poszukiwaniu bankomatu, a potem w poszukiwaniu jakiejś jadłodajni. Mijaliśmy co chwilę salony fryzjerskie (było ich chyba z 5 albo i więcej na jednej ulicy, po tej samej stronie - aż się włos na głowie jeżył) tudzież chińską/hinduską restaurację. Bankomatu nie znaleźliśmy, ale druga przechadzka zakończyła się powodzeniem, gdyż dopadliśmy fish&chips. I to godny zaufania, bo z kolejką ;)
Ogólne wrażenia ze Swansea były bardzo pozytywne. W oczy rzucała się specyficzna zabudowa. Małe, jasne domki, ew. zrobione z kamienia, ale jakże odmienne od tych, do których przyzwyczaiło się moje oko. Do tego krzyki mew, piaszczysta plaża i luksusowe apartamenty sąsiadujące z podniszczonymi, małymi mieszkaniami do wynajęcia. Nie umiem dokładnie sprecyzować swoich wrażeń, ale mogę zaryzykować stwierdzenie, że Swansea jest typowym miasteczkiem nadmorskim, o jakich czyta się w książkach. Tak też się trochę czułam - jakbym spacerowała po mieście wyjętym żywcem z jakiejś nowelki. Zaostrzył mi się apetyt na morze i planuję w przyszłości odwiedzić więcej walijskich plaż. Myślę, że i Angol da się namówić przy użyciu odpowiednich argumentów... :)
Co więcej, co nowego...
Nie wiem. Ale fajnie jest! Jak wszystko się sypało, tak teraz kawałek po kawałku układa się obrazek zadowolonego siurka. I do woodstocku coraz bliżej...
PS. Lubię osły, a osły lubią mnie. Swój pozna swego! Nioch, nioch!
- A propos... dzisiaj gołębie obsrały mi rower. Siarczysty policzek. Zapamiętam to sobie.
Tak więc od kilku dni uczę się nowych rzeczy, budzę swoją kreatywność i raz w tygodniu zwiedzam okolice oraz poznaję obyczaje tubylców. Brzmi świetnie, prawda?
Przy okazji zwiedzania... odświeżyłam swoją miłość do Walii. Poniekąd dzięki wyjazdom służbowym, ale w głównej mierze dzięki małej, popołudniowej wycieczce do Swansea, nadmorskiego miasta położonego na południu Walii. Nie będę się chwalić, kiedy ostatni raz było mi dane przechadzać się po plaży, bo w gruncie rzeczy nie ma czym. Dlatego tak przyjemnie dreptało się po mokrym piasku i wybierało co ładniejsze muszle (niektóre z wkładem - R.I.P. Przyjacielu ze Swansea). Razem z Angolem odbyliśmy dwie interesujące przechadzki tą samą ulicą. Najpierw w poszukiwaniu bankomatu, a potem w poszukiwaniu jakiejś jadłodajni. Mijaliśmy co chwilę salony fryzjerskie (było ich chyba z 5 albo i więcej na jednej ulicy, po tej samej stronie - aż się włos na głowie jeżył) tudzież chińską/hinduską restaurację. Bankomatu nie znaleźliśmy, ale druga przechadzka zakończyła się powodzeniem, gdyż dopadliśmy fish&chips. I to godny zaufania, bo z kolejką ;)
Ogólne wrażenia ze Swansea były bardzo pozytywne. W oczy rzucała się specyficzna zabudowa. Małe, jasne domki, ew. zrobione z kamienia, ale jakże odmienne od tych, do których przyzwyczaiło się moje oko. Do tego krzyki mew, piaszczysta plaża i luksusowe apartamenty sąsiadujące z podniszczonymi, małymi mieszkaniami do wynajęcia. Nie umiem dokładnie sprecyzować swoich wrażeń, ale mogę zaryzykować stwierdzenie, że Swansea jest typowym miasteczkiem nadmorskim, o jakich czyta się w książkach. Tak też się trochę czułam - jakbym spacerowała po mieście wyjętym żywcem z jakiejś nowelki. Zaostrzył mi się apetyt na morze i planuję w przyszłości odwiedzić więcej walijskich plaż. Myślę, że i Angol da się namówić przy użyciu odpowiednich argumentów... :)
Co więcej, co nowego...
Nie wiem. Ale fajnie jest! Jak wszystko się sypało, tak teraz kawałek po kawałku układa się obrazek zadowolonego siurka. I do woodstocku coraz bliżej...
PS. Lubię osły, a osły lubią mnie. Swój pozna swego! Nioch, nioch!
Subskrybuj:
Posty (Atom)