Kiedy zakładam błękitny t-shirt w rozmiarze s (s jak dla słonia) a na szyi zawieszam gwizdek, świat robi się tęczowy. Uśmiech sam pojawia się na twarzy. Zwłaszcza, gdy popełniam żenujące błędy... Na szczęście wiele ludzi mi to wybacza, bo ten uśmiech potrafi zahipnotyzować, a poza tym w ogóle mam fory, co tu ukrywać.
Co proszę? Nie słyszę. Nie rozumiem, mówcie wyraźniej.
A, chcecie się dowiedzieć co to za żenujące błędy? O wy, bestie ciekawskie. Nic tylko polujecie na skandale.
Otóż jako wszechstronnie uzdolniona poliglotka od siedmiu boleści potrafię przy odbieraniu zamówień od klientów pomylić cheeseburgera z dwoma herbatami lub zawiesić się, kiedy ktoś prosi o bree. Ten ser, kretynko! Albo rozlać coś, coś upuścić, podnieść i upuścić to jeszcze raz, o czymś zapomnieć, kogoś nie zrozumieć i pytać osiem razy nim zakapuję... mogę tak długo wymieniać. Lecz moja niezdarność zdaje się tylko pogłębiać sympatię. W przeciwnym razie skąd brałyby się te wyznania miłości i diamenty w prezencie?
A ile frajdy mam przy kasie... Nie wiedzieć dlaczego, funt szterling wzbudza we mnie zakłopotanie. Czasem nie mam pojęcia, ile pieniędzy trzymam w dłoni, szczególnie jeśli są to monety, gdyż z banknotami radzę sobie znacznie łatwiej. Hm, swoją drogą, zastanawiające. Im mniejsze nominały, tym gorzej. Potrzeba mi więcej praktyki. Najłatwiej zapamiętać duże kanciate 50 i małe kanciate 20, a reszta na wyczucie :P
No dobrze, może troszeczkę egzageruję, ale z matematyką nigdy nie byłam zaprzyjaźniona. Czasami nawet się waham, czy mam w głowie sobie liczyć po polsku czy po angielsku? Jak będzie łatwiej, żeby się nie pomylić? Olaboga, co za rozterki!
Jedno wiem na pewno. Dobrze być z powrotem.
czwartek, 30 maja 2013
wtorek, 28 maja 2013
Progres
Patrzę na zegar. Przydałoby się zacząć szykować. Muszę się dziś pokazać z najlepszej strony, a jeszcze nie zdecydowałam, która to właściwie ma być. Czasu coraz mniej.
Wiadomo nie od dziś, że aby związek dwojga ludzi był szczęśliwy, potrzeba kompromisów. Znaleźliśmy jeden. Mamy wspólną grę na xbox, w którą możemy z Angolem grać razem. Według mnie ta gra jest najlepsza, taka jak ma być. Jak wczoraj dowiodłam Angolowi "ta gra ma wszystko". I nie ma lepszej na xboxa. Zgadniecie, o jaką grę mi chodzi? Podpowiem tylko, że jest totalnie "oldskulowa". Przy okazji - nie potrafię używać odpowiednich ruchów wynikających z kompilacji przycisków. W ferworze walki przyciskam wszystko jak leci, zupełnie przypadkowo i lekko nerwowo. Cudem, coś z tego wychodzi. Całe szczęście gram z moim chłopakiem, który poświęca się, wskrzesza mnie i broni. Tylko czasem się boczy, bo przypadkowo czymś w niego rzucę lub rzucę nim... Raz obraził się, bo zabrałam mu miecz. A to był jego miecz! Jak śmiesz, siuru? Toż to podłe, tak kraść miecz.
Na koniec skucha. Kupiłam sobie zaparzacz do herbaty, lecz nic po nim, jeśli nie potrafi się go poprawnie zakręcić. Roibos ma stanowczo za małe fusy.
[Czy to w ogóle są fusy? Wglądają jak miniaturowe patyczki.]
Wiadomo nie od dziś, że aby związek dwojga ludzi był szczęśliwy, potrzeba kompromisów. Znaleźliśmy jeden. Mamy wspólną grę na xbox, w którą możemy z Angolem grać razem. Według mnie ta gra jest najlepsza, taka jak ma być. Jak wczoraj dowiodłam Angolowi "ta gra ma wszystko". I nie ma lepszej na xboxa. Zgadniecie, o jaką grę mi chodzi? Podpowiem tylko, że jest totalnie "oldskulowa". Przy okazji - nie potrafię używać odpowiednich ruchów wynikających z kompilacji przycisków. W ferworze walki przyciskam wszystko jak leci, zupełnie przypadkowo i lekko nerwowo. Cudem, coś z tego wychodzi. Całe szczęście gram z moim chłopakiem, który poświęca się, wskrzesza mnie i broni. Tylko czasem się boczy, bo przypadkowo czymś w niego rzucę lub rzucę nim... Raz obraził się, bo zabrałam mu miecz. A to był jego miecz! Jak śmiesz, siuru? Toż to podłe, tak kraść miecz.
Na koniec skucha. Kupiłam sobie zaparzacz do herbaty, lecz nic po nim, jeśli nie potrafi się go poprawnie zakręcić. Roibos ma stanowczo za małe fusy.
[Czy to w ogóle są fusy? Wglądają jak miniaturowe patyczki.]
niedziela, 26 maja 2013
Trawing i cydering
Trzymajcie się krzeseł, foteli, czy na czym tam siedzicie. Trzymajcie się mocno, albowiem wiadomość będzie mocna. Może zwalić z nóg.
Opaliłam się.
Dzisiaj podczas niemal 3 (słownie: trzy) godzinnego spaceru spaliłam sobie ramionko. Tłumy szaleją, wszyscy się cieszą, meksykańska fala! Pierwsze słonko na mym ciele w tym sezonie i już piecze. A ja myślałam, że najszybciej ten zaszczyt kopnie mnie dopiero na woodstocku... Oby mi tylko piegi nie wyszły.
Uważny czytelnik zauważył, że użyłam słowa spacer. Udało mi się zaszantażować emocjonalnie Angola i wywabić go z kryjówki na światło dzienne. Wzięliśmy na drogę gruszkowe cydry (co za niefortunne wyrażenie) i zaczęliśmy szukać miejsca w plenerze, gdzie moglibyśmy je w spokoju spożyć. To wcale nie jest takie łatwe w naszych okolicach. Ostatecznie włamaliśmy się komuś na pastwisko - otwierając bramę i grzecznie wchodząc na posesję - usiedliśmy na trawce nad rzeczką i raczyliśmy się piękną pogodą/trunkiem. Ja podziwiałam angielską wioskę, Angol - zaloty pająków. Gdy opróżniliśmy puszki i skończyliśmy łamać prawo, grzecznie opuściliśmy miejscówkę, aby wrócić do domu okrężną drogą. Powiedzmy, że częściowo się nam udało. Maszerowanie przez środek pola z zaskoczonymi owcami dookoła wprawiło mnie w doskonały humor, pomimo pokrzyw i nadkładania drogi.
Bo ja lubię tak.
Wszystkim mamom życzę najpiękniejszych kwiatów! (choć o tej porze to raczej wszystkie się już pochowały... kwiaty, nie mamy)
Opaliłam się.
Dzisiaj podczas niemal 3 (słownie: trzy) godzinnego spaceru spaliłam sobie ramionko. Tłumy szaleją, wszyscy się cieszą, meksykańska fala! Pierwsze słonko na mym ciele w tym sezonie i już piecze. A ja myślałam, że najszybciej ten zaszczyt kopnie mnie dopiero na woodstocku... Oby mi tylko piegi nie wyszły.
Uważny czytelnik zauważył, że użyłam słowa spacer. Udało mi się zaszantażować emocjonalnie Angola i wywabić go z kryjówki na światło dzienne. Wzięliśmy na drogę gruszkowe cydry (co za niefortunne wyrażenie) i zaczęliśmy szukać miejsca w plenerze, gdzie moglibyśmy je w spokoju spożyć. To wcale nie jest takie łatwe w naszych okolicach. Ostatecznie włamaliśmy się komuś na pastwisko - otwierając bramę i grzecznie wchodząc na posesję - usiedliśmy na trawce nad rzeczką i raczyliśmy się piękną pogodą/trunkiem. Ja podziwiałam angielską wioskę, Angol - zaloty pająków. Gdy opróżniliśmy puszki i skończyliśmy łamać prawo, grzecznie opuściliśmy miejscówkę, aby wrócić do domu okrężną drogą. Powiedzmy, że częściowo się nam udało. Maszerowanie przez środek pola z zaskoczonymi owcami dookoła wprawiło mnie w doskonały humor, pomimo pokrzyw i nadkładania drogi.
Bo ja lubię tak.
Wszystkim mamom życzę najpiękniejszych kwiatów! (choć o tej porze to raczej wszystkie się już pochowały... kwiaty, nie mamy)
piątek, 24 maja 2013
Nadmiar czasu
Bezrobocie daje o sobie znać. Zaczęłam czytać samą siebie, czyli jest już tragicznie w kwestii szukania sobie zajęcia. Jasne, zawsze mogłabym coś posprzątać, bo akurat ta opcja zdaje się nie być wyczerpana nigdy, ale tak się składa, że wczoraj w przypływie kobiecego kaprysu pomalowałam sobie paznokcie. No i trochę szkoda lakieru, szkoda, by odprysł tak szybko, no szkoda... Przy okazji zorientowałam się, że malowanie paznokci było zakazanym owocem przez jakiś czas i sprawiło mi szalenie dużo przyjemności. Czy to oznacza, że źle ze mną?
I dlaczego nie potrafię pisać tak jak kiedyś? Odczuwam dyskomfort.
Wiedziałam, że tak będzie. Powiedziałam na głos, że mm zamiar objeździć na rowerze całą okolicę. Już nawet poprosiłam Angola, żeby zerknął na opony, żeby przyniósł pompkę, obadałam mapę, coby się nie zgubić... Gdyby warunki pogodowe posiadały palce to właśnie teraz pokazywałyby mi dwa palce. I wcale nie chodziłoby o zwycięstwo, ani tym bardziej o pokój.
Pada, wieje, gradem sypie - arsenał dobrany idealnie do wyciszenia moich rowerowych zapędów.
Ostatnio miewam bardzo fabularne sny, które nie pozwalają mi wstać wcześnie. Są tak ciekawe, że wręcz domykam powieki, usiłując do nich wrócić.
Skoro już poruszyłam sprawy łóżkowe to Angol ostatnio powiedział mi, że śpię jak baletnica.
Wracam do lektury. Zrobię sobie dobrze, jak to mawiał dr ... cholera, jak mu było?
[Już wiem. Z imieniem trafiłam :D]
I dlaczego nie potrafię pisać tak jak kiedyś? Odczuwam dyskomfort.
Wiedziałam, że tak będzie. Powiedziałam na głos, że mm zamiar objeździć na rowerze całą okolicę. Już nawet poprosiłam Angola, żeby zerknął na opony, żeby przyniósł pompkę, obadałam mapę, coby się nie zgubić... Gdyby warunki pogodowe posiadały palce to właśnie teraz pokazywałyby mi dwa palce. I wcale nie chodziłoby o zwycięstwo, ani tym bardziej o pokój.
Pada, wieje, gradem sypie - arsenał dobrany idealnie do wyciszenia moich rowerowych zapędów.
Ostatnio miewam bardzo fabularne sny, które nie pozwalają mi wstać wcześnie. Są tak ciekawe, że wręcz domykam powieki, usiłując do nich wrócić.
Skoro już poruszyłam sprawy łóżkowe to Angol ostatnio powiedział mi, że śpię jak baletnica.
Wracam do lektury. Zrobię sobie dobrze, jak to mawiał dr ... cholera, jak mu było?
[Już wiem. Z imieniem trafiłam :D]
czwartek, 23 maja 2013
Cucumber girl
Przyznaję się. Po kilku miesiącach poczułam więź z uczestnikami kursu językowego. Dostrzegłam to wczoraj, aczkolwiek już od kilku spotkań narastało to we mnie. Najpierw okazało się, że jedna wolontariuszka wyjeżdża na tydzień do Krakowa, więc jako spec od dawnej stolicy (z całej naszej grupy to ja przebywałam tam najdłużej :P) udzieliłam jej kilku wskazówek. Później jedna z Pakistanek nazwała mnie "cucumber girl", czym zyskała dużego plusa. Ale wczoraj przekonałam się na własnej skórze, że ona osiągnęła ten sam level co ja!
Rozmawialiśmy o racjach żywieniowych w Zjednoczonym Królestwie podczas II wojny światowej i nauczycielka zapytała, czy mieliśmy coś podobnego w Polsce. Powiedziałam, że nawet całkiem niedawno, bo w latach 80-tych funkcjonowały kartki na jedzenie i nie tylko. Dla zobrazowania powagi sytuacji dodałam wyświechtane "na półkach sklepowych był tylko ocet", a moja poczciwa znajoma wykrzyknęła z przejęciem:
- I żadnych ogórków!!!
Nie ważne jaki masz kolor skóry. Nie ważne, w co wierzysz. Nie ważne, czy zakrywasz całe swoje ciało czy eksponujesz bez pardonu swe walory.
Ważne, że pojmujesz miłość do ogórków.
Rozmawialiśmy o racjach żywieniowych w Zjednoczonym Królestwie podczas II wojny światowej i nauczycielka zapytała, czy mieliśmy coś podobnego w Polsce. Powiedziałam, że nawet całkiem niedawno, bo w latach 80-tych funkcjonowały kartki na jedzenie i nie tylko. Dla zobrazowania powagi sytuacji dodałam wyświechtane "na półkach sklepowych był tylko ocet", a moja poczciwa znajoma wykrzyknęła z przejęciem:
- I żadnych ogórków!!!
Nie ważne jaki masz kolor skóry. Nie ważne, w co wierzysz. Nie ważne, czy zakrywasz całe swoje ciało czy eksponujesz bez pardonu swe walory.
Ważne, że pojmujesz miłość do ogórków.
środa, 22 maja 2013
F jak fantastyczny wtorek
Nic nie wskazywało na to, że wczorajszy dzień będzie taki wyjątkowy. Wręcz przeciwnie - obudziłam się za późno, za oknem było szaro, a płatków owsianych ledwo starczyło na śniadanie.
Lecz nagle stało się coś, co odmieniło cały dzień. Nie było to nic konkretnego. Raczej kilka detali, zbiegów okoliczności, ale zadziałały.
Najpierw mail z odpowiedzią w sprawach zawodowych, następnie kilka słów z Sąsiadką na gtalk, pocztówka z Taipei, potem paczka z Polski z cudowną zawartością... Przy okazji - żadne maile, żadne wiadomości na gg czy na facebooku, nic nie zastąpi tradycyjnego listu!
Zaczęło się nawet przejaśniać, a gdy Angol skończył pracę wypogodziło się na dobre. Grzechem byłoby zignorowanie takiej okazji, zatem mój drogi Knurek zabrał mnie na łąkę. A tam wraz ze znajomymi Czechami oraz stadem krów cieszyłam się z przygrzewającego słońca i prawie bezchmurnego nieba. Gdy ja raczyłam się irlandzkim cydrem, panowie gimnastykowali się przy frisbee. Było to dość widowiskowe, zwłaszcza dla krów, które zebrały się w bezpiecznej odległości kilku metrów i obserwowały bacznie przebieg gry. Nie chciały się przyłączyć, mimo namów Łukasza. Tak naprawdę bały się fioletowego latającego cosia, a prawdziwą przyczyną ich zainteresowania był szczeniak, który nam towarzyszył. W końcu i ja nabrałam odwagi, aby spróbować pograć we frisbee i wiecie co? Muszę potrenować, bo to wcale nie jest takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Zwłaszcza, gdy na łące można wdepnąć w śmierdzące i śliskie utrudnienia. Karol może coś o tym powiedzieć ^^ Moje trampki również... chociaż to bardziej wina Angola, bo mnie nakierował na jeden z krowich placków. Nie obyło się także bez integracyjnej zabawy w stópki. Pozwoliłam Angolowi na wytłumaczenie reguł i popełnił czeski błąd. Na szczęście wszystko dało się naprostować, Czechom spodobała się właściwa wersja stópek i było przezabawnie :)
To był dobry wtorek. Oby takich więcej.
Tak naprawdę do szczęścia nie potrzeba wiele.
"What you don't have you don't need it now
What you don't know you can feel it somehow"
Lecz nagle stało się coś, co odmieniło cały dzień. Nie było to nic konkretnego. Raczej kilka detali, zbiegów okoliczności, ale zadziałały.
Najpierw mail z odpowiedzią w sprawach zawodowych, następnie kilka słów z Sąsiadką na gtalk, pocztówka z Taipei, potem paczka z Polski z cudowną zawartością... Przy okazji - żadne maile, żadne wiadomości na gg czy na facebooku, nic nie zastąpi tradycyjnego listu!
Zaczęło się nawet przejaśniać, a gdy Angol skończył pracę wypogodziło się na dobre. Grzechem byłoby zignorowanie takiej okazji, zatem mój drogi Knurek zabrał mnie na łąkę. A tam wraz ze znajomymi Czechami oraz stadem krów cieszyłam się z przygrzewającego słońca i prawie bezchmurnego nieba. Gdy ja raczyłam się irlandzkim cydrem, panowie gimnastykowali się przy frisbee. Było to dość widowiskowe, zwłaszcza dla krów, które zebrały się w bezpiecznej odległości kilku metrów i obserwowały bacznie przebieg gry. Nie chciały się przyłączyć, mimo namów Łukasza. Tak naprawdę bały się fioletowego latającego cosia, a prawdziwą przyczyną ich zainteresowania był szczeniak, który nam towarzyszył. W końcu i ja nabrałam odwagi, aby spróbować pograć we frisbee i wiecie co? Muszę potrenować, bo to wcale nie jest takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Zwłaszcza, gdy na łące można wdepnąć w śmierdzące i śliskie utrudnienia. Karol może coś o tym powiedzieć ^^ Moje trampki również... chociaż to bardziej wina Angola, bo mnie nakierował na jeden z krowich placków. Nie obyło się także bez integracyjnej zabawy w stópki. Pozwoliłam Angolowi na wytłumaczenie reguł i popełnił czeski błąd. Na szczęście wszystko dało się naprostować, Czechom spodobała się właściwa wersja stópek i było przezabawnie :)
To był dobry wtorek. Oby takich więcej.
Tak naprawdę do szczęścia nie potrzeba wiele.
"What you don't have you don't need it now
What you don't know you can feel it somehow"
Etykiety:
euforia,
love,
ludzie,
majówka,
optymistycznie,
samo życie,
UK OK
sobota, 18 maja 2013
Wiosna w doniczkach
Lubię Anglię. Jednak Anglię wiosną - kocham! Szczególnie, gdy świeci słońce i gdy wieje ciepły wiatr.
Dziś zakochałam się na nowo w miasteczku Ludlow, które skradło moje serce po raz kolejny. Uwielbiam angielskie ogrody, przytulone do ścian domków, wybujałe, dzikie, nieposkromione, ale w miniaturowym wydaniu. Przez te kuszące kwiaty mam ciągotki kleptomanki.
Ponadto nigdy nie byłam uzdolnionym ogrodnikiem, ale dziś zauważyłam, że moja kolendra skomplementowała moje umiejętności i zakwitła! Radość moja była ogromna i ... krótkotrwała, bo niestety kwiaty należy urywać. Jednakże te kilkanaście sekund tuż po odkryciu było bezcenne. Warto było :)
Kanapki na ławce w parku. Orany wybrzmiewające z wnętrza średniowiecznego kościoła. Angol obok. Czego więcej? Wszystko inne nie ważne, poradzimy sobie.
A za miesiąc... :D
Dziś zakochałam się na nowo w miasteczku Ludlow, które skradło moje serce po raz kolejny. Uwielbiam angielskie ogrody, przytulone do ścian domków, wybujałe, dzikie, nieposkromione, ale w miniaturowym wydaniu. Przez te kuszące kwiaty mam ciągotki kleptomanki.
Ponadto nigdy nie byłam uzdolnionym ogrodnikiem, ale dziś zauważyłam, że moja kolendra skomplementowała moje umiejętności i zakwitła! Radość moja była ogromna i ... krótkotrwała, bo niestety kwiaty należy urywać. Jednakże te kilkanaście sekund tuż po odkryciu było bezcenne. Warto było :)
Kanapki na ławce w parku. Orany wybrzmiewające z wnętrza średniowiecznego kościoła. Angol obok. Czego więcej? Wszystko inne nie ważne, poradzimy sobie.
A za miesiąc... :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)